Kiedy minister skarbu zagroził wprowadzeniem kuratora do spółki TVP SA, po korytarzach na Woronicza hulał sarkastyczny dowcip: "Jeśli kurator zawiedzie, to telewizji pozostaje już tylko poprawczak".
Po kolejnych tygodniach sporów personalnych i kompetencyjnych nikt już nie ma wątpliwości. Bez "poprawczaka" media publiczne przeżyć nie mogą. Ale proponowane procedury poprawcze zwykle sprowadzają się do roszad personalnych i politycznych sojuszów. Rzadko wspominało się o niezbędnej ustawie medialnej. Nowej, nie kolejnej nowelizacji obowiązującej ustawy.
Powrót do przyszłości W ciągu najbliższych czterech lat w Polsce musi nastąpić cyfryzacja mediów elektronicznych. To rewolucyjna zmiana sposobu nadawania programów radiowych i telewizyjnych pozwalająca na mnożenie nadawców, programów i kanałów telewizyjnych.
Cyfryzacja rozsadzi obecną trójpolówkę (TVP +
TVN + Polsat), bo na naszym atrakcyjnym rynku pojawią się nowi, globalni nadawcy. Dojdzie też do wysypu internetowych telewizji i rozgłośni radiowych. Wprowadzone zostaną nowe usługi medialne w już pęczniejących od funkcji telefonach komórkowych. I pewnie pojawi się coś nowego, co znów nas zaskoczy. A wszystko to regulowane jest ustawą o radiofonii i telewizji z 29 grudnia 1992 r. Nowelizowaną od tego czasu nieco, ale opisującą media z minionego wieku. Rzeczywistość, której już nie ma!
O cyfryzacji i jej konsekwencjach wspomina się rzadko, bo opinię publiczną rozpalają spory o kierownictwo TVP - instytucji potrzebnej politykom w czasie przyszłorocznych wyborów prezydenckich, samorządowych i przyspieszonych parlamentarnych. Skazanej przez obecne regulacje prawne na systematyczną degradację.
Publicznej telewizji grozi zarówno zapaść finansowa wywołana archaicznie uregulowanym i kiepsko ściąganym abonamentem oraz recesją na rynku reklamowym, jak i zapaść programowa, spowodowana nieustanną wymianą kadr. I przede wszystkim brakiem ustawy określającej nowoczesną koncepcję misji kulturalno-edukacyjnej mediów publicznych. Nie łudźmy się, bez zmian systemowych nawet najlepsze kierownictwa TVP i Polskiego Radia tej degradacji nie zahamują.
Degradację już widać w najbardziej misyjnym kanale TVP Kultura tworzonym obecnie głównie z archiwaliów TVP. Widać w tegorocznym budżecie telewizyjnej Agencji Filmowej okrojonym z 27 mln zł zaplanowanych na rok 2009 do 5 mln. W pozostawionej sumie mieści się 3,8 mln zł zaległych zobowiązań. Komu uda się współprodukować filmy za milion dwieście?
O zanikającym Polskim Radiu rzadko się wspomina. To wyjątkowo pechowa instytucja. Nie jest ceniona jako narzędzie do wygrywania wyborów przez klasę polityczną, choć wśród wyborców cieszy się poważaniem i wysoką wiarygodnością.
Nieszczęśliwie ustawa z 1992 r. los Polskiego Radia połączyła abonamentem z wywołującą ciągłe polityczne emocje TVP. I od tamtej pory za grzechy utrzymującej się w 40 proc. z abonamentu telewizji publicznej regularnie dostaje baty Polskie Radio, dla którego abonament stanowi 80 proc. budżetu. Naprawiając telewizję, nie wolno znów zepsuć
radia publicznego.
Utrzymać publiczne Rządzący dziś politycy Platformy Obywatelskiej lansują dwa sposoby uzdrowienia publicznych mediów. Zgruzowanie, czyli sprywatyzowanie. A po wywiezieniu gruzów stworzenie od nowa utrzymywanego z budżetu państwa, rozbudowanego kanału TVP Kultura - Historia - Edukacja. I podobnego radia. W pełni misyjnych. Drugi pomysł to skopiowanie wariantu "nowozelandzkiego", czyli finansowanie z funduszów publicznych programów kulturalno-oświatowych nadawanych w prywatnych mediach komercyjnych.
Entuzjaści tych pomysłów nie dodają, że wariant nowozelandzki zdążył się skompromitować. Tamtejsze komercyjne telewizje z wielką ochotą produkowały programy misyjne za publiczne pieniądze. Zwykle nadawały je jednak w pasmach jeszcze gorszych dla widzów niż obecna publicystyka kulturalna i dokumenty filmowe w TVP.
Pomysł zgruzowania i kreowania misyjnie czystych mediów publicznych prowadzi do powstania elitarnych kanałów tematycznych. Odbieranych przez widzów już kulturalnych i wyedukowanych.
Najsilniej za koniecznością utrzymania silnych mediów publicznych w Polsce przemawiają badania Eurostatu z 2007 r. Wedle nich statystyczny obywatel chodzi do kina rzadziej niż raz w roku. To ogon naszej kulturalnej Europy.
Do przynajmniej jednorazowego kontaktu z teatrem przyznaje się 18 proc. rodaków. To najgorszy wynik w UE. Z operą lub baletem styczność ma 12 proc. Lepiej jest w przypadku koncertów (29 proc.), kontaktu z muzeami i galeriami (32 proc.), bibliotekami (32 proc.). Aż 64 proc. obywateli RP deklaruje przeczytanie przynajmniej jednej książki. To blisko unijnej średniej.
Jest za to jeden wskaźnik, w którym wypadamy powyżej średniej unijnej. To "oglądanie programów kulturalnych w telewizji publicznej". Do tej czynności kulturalnej przyznaje się aż 81 proc. obywateli RP.
I można zasadnie krytykować politykę TVP wypychającą niekomercyjną kulturę, edukację w godziny nocne. Można spierać się, czy proponowana przez nią rozrywka to jeszcze misja, czy już płaska komercja. Uchwały rad programowych TVP pęcznieją od merytorycznej krytyki kolejnych zarządów ścigających się w oglądalności z komercyjną konkurencją. Ale to w publicznych mediach nadal powstają spektakle teatralne, reportaże o literackich ambicjach, dokumentalne zapisy współczesności.
Publiczne media nadal są poważnym mecenasem kultury polskiej i innych narodów mieszkających w naszym kraju. Ważnym koproducentem polskiej kinematografii, zwłaszcza filmów niekomercyjnych. Każdy lokalny działacz kultury wie, że obecność kamer TVP na imprezach kulturalnych to magnes przyciągający prywatnych sponsorów.
Dla ludzi spoza wielkich miast, niezamożnych, media publiczne są często jedynym kontaktem z kulturą, zwłaszcza niekomercyjną. Jeśli po zgruzowaniu pozostaną im tylko ogólnie dostępne, serwowane przez media komercyjne komedie romantyczne i seriale, to za lat kilkadziesiąt filmy Kazimierza Kutza i innych wybitnych twórców będą niezrozumiałe.