http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Stalin boleśnie tkwi w pamięci Rosjan

Andrzej Wielowieyski*
2009-09-03, ostatnia aktualizacja 2009-09-02 17:18

Dopóki mit bohaterskiego i zwycięskiego wodza Stalina nie zostanie obalony i wyparty ze świadomości społecznej Rosjan, nie ma szans na rzeczywiste zbliżenie i pojednanie Rosji z Europą

Uroczystości na Westerplatte potwierdziły, jak bardzo ważnym czynnikiem integracyjnym może być pamięć historyczna i jak warunkuje ona naszą europejską przyszłość. Bez wspólnej - choćby zbieżnej - pamięci nie będzie wzajemnego szacunku i zrozumienia między narodami. Toteż niewątpliwie mają rację biskupi Polski i Niemiec, gdy mówią w swoim oświadczeniu (26 sierpnia) o potrzebie "leczenia pamięci". Trzeba ją leczyć przez rzeczowość, zrozumienie i szacunek. Dlatego dobrze, że spotkanie na Westerplatte, tak ważne dla pamięci europejskiej, się odbyło. Ale ukazało też problemy, które mamy, i to nie tylko z Rosją. To, co mówiono we wtorek, tylko częściowo wzbogaca naszą pamięć. Od wschodu wiał jednak chłód, a od zachodu czuje się też czasem wstydliwe milczenie.

W Europie jednają się z sąsiadami

A jednak w Europie osiągnęliśmy znaczny postęp. Propozycje komisji podręcznikowej niemiecko-francuskiej są sukcesem. Odbiegają daleko od prób sprzed II wojny światowej, gdy szukano "najniższego wspólnego mianownika" - aby nie zadrażniać. Dziś są różnice w podejściu historyków francuskich i niemieckich, ale jest też sporo odwagi w jasnym stawianiu spraw bolesnych. Są szanse, aby i polsko-niemiecka komisja podręcznikowa osiągnęła dostateczny consensus, choć nie będzie to łatwe. Oczywiście chodzi tu o drogę do pojednania, o której też mówią biskupi, ale wolałbym, aby mówić o tym ostrożniej i traktować wspólną przeszłość ze zrozumieniem i szacunkiem.

Niemcom i Włochom pojednanie z sąsiadami na ogół się udaje z dwóch powodów. Po pierwsze - dlatego, że i hitlerowcy i faszyści włoscy przegrali wojnę. I po drugie - że rozwój społeczeństwa demokratycznego oraz szybka odbudowa i dobrobyt osiągnięty dzięki planowi Marshalla i integracji europejskiej dały ludziom poczucie sukcesu. W tych warunkach łatwiej przyznawać się do win i zbrodni. Nie umniejsza to zasług ojców-założycieli UE, a także polskich biskupów, którzy w 1965 r. bardzo odważnie otwarli drogę do pojednania Polski z Niemcami, mimo niechętnej podówczas rezerwy Niemców i dużych wątpliwości w Polsce.

Od dwóch pokoleń wielu ofiarnych ludzi stara się o poprawę wzajemnych stosunków. I są szanse na dalszy postęp, ale nie miejmy złudzeń, że nie będzie problemów, i to nie tylko z panią Steinbach i marginalnymi środowiskami wypędzonych. Będziemy coraz szerzej współpracować gospodarczo i politycznie, ale jako słabszemu partnerowi towarzyszyć nam będą obawy przed przewagą i dominacją silniejszego sąsiada. I - co bardziej istotne - będziemy wciąż musieli się liczyć, niezależnie od cennych wypowiedzi polityków i intelektualistów niemieckich, z obojętną lub niechętną wobec nas postawą większości społeczeństwa niemieckiego, postawą wyższości wobec "wschodu" i "Polaczków".

Potrzebujemy jeszcze dużo cierpliwości, ale są szanse, że będzie coraz lepiej, a wzajemne zrozumienie i kulturowe przenikanie obu społeczności będzie postępować. W każdym razie kanclerz Merkel stawiała we wtorek nasze problemy i historyczną odpowiedzialność jasno. Nie można tego powiedzieć o premierze Francji, który był pełen przyjaznych uczuć i mówił o "odwiecznej solidarności francusko-polskiej", ale nie wspomniał, że wtedy, przed siedemdziesięciu laty, czekaliśmy nadaremnie na francuską pomoc. Nie zdobył się nawet na ubolewanie, jakie wyraził brytyjski minister spraw zagranicznych Miliband w "Gazecie" (31 sierpnia), że "sojusznicy nie wsparli nas", gdyśmy ginęli.

Z Rosją trudniej, bo wygrała wojnę

Niestety, w relacjach polsko-rosyjskich sytuacja jest i będzie jeszcze dość długo znacznie trudniejsza, przede wszystkim dlatego, że Związek Radziecki "wygrał" wojnę. A to zwycięstwo (pierwsze wielkie po różnych klęskach od czasu pokonania Napoleona) zostało osiągnięte pod wodzą Stalina i wciąż nieuchronnie kojarzy się z jego kultem. Opinie o Stalinie niezależnych historyków, części niezależnej prasy, a także zdecydowane potępienie dyktatora przez Cerkiew prawosławną nie ma jak dotąd, niestety, większego znaczenia. Ponad 60 proc. społeczeństwa w Rosji ocenia pozytywnie pakt Ribbentrop-Mołotow, jako uzasadnioną obronę przez Stalina bezpieczeństwa Rosji. Na pewno będzie w szerokim odbiorze pozytywnie przyjęte, że to ugoda w Monachium "zmusiła" Stalina do porozumienia z Hitlerem i przyczyniła się do wybuchu wojny.

Ostrożny i spokojny w tonie artykuł premiera Putina opublikowany w "Gazecie" (31 sierpnia) i jego przemówienie na Westerplatte skierowane były, niestety, głównie do Rosjan. Ani nas, ani naszych sąsiadów, czy - szerzej - opinii europejskiej Putin nie usiłował skutecznie przekonywać do wspólnego tworzenia pamięci historycznej. Natomiast wyrażał dobrze motywację i sposób myślenia znacznej części społeczeństwa i polityków rosyjskich. Odniósł się z szacunkiem do UE, która jest rezultatem pojednania francusko-niemieckiego, ale zaraz potem podkreślił polityczne znaczenie pojednania rosyjsko-niemieckiego (jako "dobry przykład") dla "budowy Wielkiej Europy".

Dopiero potem - co zrozumiałe - w trzeciej kolejności zaproponował tworzenie polsko-rosyjskiego partnerstwa. Jako punkt wyjścia uznał pochwałę polskiego wkładu w walkę z Hitlerem, a także szacunek obu narodów dla 600 tys. żołnierzy Armii Czerwonej, którzy polegli przy wyzwalaniu Polski oraz dla polskich żołnierzy z Katynia i Miednoje. Nie powiedział jednak, że była to zbrodnia. Wspomniał tylko o "systemie totalitarnym, który zniekształcił losy narodu rosyjskiego". Wspomniał też o wspólnych wartościach, które nas łączą, ale tego wątku nie rozwinął.

Najważniejsze, że chociaż uznał nieetyczność paktu Ribbentrop-Mołotow, to jednocześnie oświadczył, że ZSRR nie miał innego wyjścia, bo "zderzać się samotnie z najpotężniejszą machiną nazizmu byłoby nierozsądne". A zatem naprawdę winien był traktat wersalski, który upokorzył Niemcy, niezawarcie paktu bezpieczeństwa zbiorowego z udziałem ZSRR, Anschluss Austrii i monachijska zdrada Czechosłowacji, w której Polska też uczestniczyła. Premier Rosji powiela więc dziś z całym spokojem stanowisko ZSRR z lat 1938-39, kiedy to wicekomisarz Potiomkin oświadczył ambasadorom Anglii i Francji, którzy powiadomili go o traktacie monachijskim: "Panowie, to wy dokonaliście czwartego rozbioru Polski".

Władimir Putin pomija jednak milczeniem, że przecież Zachód proponował Stalinowi sojusz i pełne współdziałanie wojskowe w sierpniu 1939 r. Stalin nie chciał jednak ryzykować udziału w walce od początku i liczył na to, że kraje kapitalistyczne między sobą się wykrwawią, bo wówczas będzie mógł skutecznie wkroczyć i dyktować im warunki. Polska też była bardzo "niewygodna", bo Stalin poważnie obawiał się wariantu z groźnym dla niego sojuszem niemiecko-polskim. Dlatego po ważnym przemówieniu polskiego ministra Becka (5 maja 1939 r.), odrzucającego naciski niemieckie, komisarz Mołotow gratulował polskiemu ambasadorowi "zwłaszcza tego, co min. Beck mówił o honorze", ale bronić Polski nie miał zamiaru i z góry zakładał likwidację tego "bękarta wersalskiego".

Putin nie uznaje tego wszystkiego za błąd, a więc tego nie żałuje i nie przeprasza, chociaż jego kraj mógł zapobiec wojnie. Sądzę jednak, że trzeba ocenić pozytywnie fragment jego przemówienia, gdy apeluje, aby uznawać swoje błędy i gdy podkreśla winę tych, co dbali wyłącznie o swoje własne interesy. Sprawa jest więc otwarta

Putin nie żałuje wszakże i nie przeprasza za to, co jego kraj (uważa się za spadkobiercę ZSRR) wyrządził Polakom i sąsiednim narodom przy realizacji paktu Ribbentrop-Mołotow, choć był on przecież - z jego punktu widzenia - konieczny. Nie wspomina też wyroku, jaki Stalin wydał na Warszawę i polskie państwo podziemne w 1944 roku, bo było mu to potrzebne do opanowania Polski przez ZSRR. W 1988 roku była w Warszawie delegacja intelektualistów rosyjskich, głównie z moskiewskiego Instytutu Bogomołowa, i jej uczestnik prof. Amietistow (późniejszy sędzia sądu najwyższego) oświadczył wtedy: "jestem tu po raz pierwszy, ale mój ojciec uczestniczył w 1944 roku w bitwie o Warszawę i wiem, co się tu stało. Przyjechałem więc, aby was przeprosić". Przyjdzie nam jeszcze poczekać na zrozumienie i wspólną ocenę tamtych wydarzeń.

Groźny mit Stalina-Zwycięzcy

Rzeczowe argumenty i dowody nie będą dziś na ogół przyjmowane w Rosji, ponieważ legenda i nimb zwycięskiego wodza Stalina stanowi nadal istotny walor narodowej tożsamości Rosjan i poczucia ich wartości. To, że Stalin czasem się mylił oraz że prowadził drastyczną politykę, według wielu ludzi nie narusza jego pozycji w panteonie dumy narodowej obok Piotra Wielkiego, Kutuzowa i Lenina. Mit Stalina-Zwycięzcy, który był również sprawnym zarządzającym rewolucyjnych zmian, nadal cementuje narodową wspólnotę. Zaakceptowanie przez Rosjan rzetelnej historii najnowszej Rosji i wyrwanie się z niewoli fałszywych opowieści, dokumentów i świadectw nie będzie możliwe, dopóki nie będzie skutecznie podważony "mit wielkiego zwycięstwa".

Prawdą jest wielki, decydujący wkład ZSRR w pobicie Hitlera. My też jesteśmy poległym Rosjanom coś winni, mimo że nas potem politycznie zniewolili. Ale cena, którą za to zwycięstwo zapłaciły narody ZSRR, USA i Wielka Brytania straciły w tej wojnie po ok. 400 tys. żołnierzy. Pobite Niemcy straciły ich ponad 4,5 mln, a do tego prawie 3 mln zabitych cywilów. ZSRR natomiast, nie licząc kalek, stracił 13-16 mln żołnierzy i 11-15 mln cywilów. Spory o liczby nadal się toczą. Putin podkreślał to mocno i słusznie na Westerplatte. ZSRR stracił przecież całą swoją najlepszą młodzież i większość swoich elit. Z 250-300 tys. oficerów zmobilizowanych na początku wojny przeżyło ok. 3 proc. Straszliwe straty ludzi (do dziś poniewierają się po polach i lasach szczątki setek tysięcy krasnoarmiejców) wynikały z ciężkich błędów Stalina i jego dowódców i ich pogardy dla ludzkiego życia. Ale również z niskiego morale armii i społeczeństwa, które przeżyło wielki głód z lat 30. oraz komunistyczne prześladowania, a także krwawe czystki w latach 1936-39, kiedy zabito 800-900 tys., czyli większość elit partyjnych oraz prawie połowę korpusu oficerskiego i większość wyższego dowództwa Armii Czerwonej. Fakty te nie są dziś ukrywane, ale też nie są dostatecznie nagłaśniane i wyjaśniane. Wielu ludzi niewiele o tym wie, a społeczeństwo nadal czerpie energię moralną z "wygranej" przez Stalina bohatera wojny ojczyźnianej.

Dopóki mit bohaterskiego i zwycięskiego wodza Stalina nie zostanie obalony i wyparty dostatecznie ze świadomości społecznej, przy całym szacunku dla bohaterstwa i poświęcenia Armii Czerwonej, nie ma szans na rzeczywiste zbliżenie i pojednanie Rosji z Europą, a szczególnie z tymi krajami, które wchodziły w skład imperium. Nasze pamięci historyczne będą wręcz przeciwstawne, ze szkodą dla wszystkich.

Rosjanie muszą zacząć sobie powoli uświadamiać, że słabość wewnętrzna ZSRR, niezdolność do skutecznego współzawodnictwa z Zachodem po dekadach nuklearnego szantażu i rozpad imperium, to przecież w sposób oczywisty rezultat faktycznie przegranej wojny i stalinizmu. Stąd się przecież bierze to ogromne osłabienie wielkiego kraju, skrzywdzonego straszliwie przez zbrodniarza, który mu dał złudzenie zwycięstwa. Są pisarze rosyjscy, którzy o to walczą. Trzeba ich wspierać. Ale na to może jeszcze nie wystarczyć całego pokolenia

*Andrzej Wielowieyski - b. poseł i senator PD, b. wiceprzewodniczący Zgromadzenia Rady Europy

  • 33 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':