http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Selekcja zeszła do podstawówek

Rozmawiała Aleksandra Pezda
2009-09-04, ostatnia aktualizacja 2009-09-02 13:47

Renomowane szkoły niepubliczne już do podstawówek przyjmują tylko wybranych uczniów. W publicznych - selekcja zaczyna się w gimnazjach. Rozmowa z Adamem Kalbarczykiem, dyrektorem prywatnego gimnazjum i liceum w Lublinie*

ZOBACZ TAKŻE
Aleksandra Pezda: Która szkoła jest dla uczniów lepsza: publiczna czy niepubliczna?

dr Adam Kalbarczyk: Niepubliczna, zdecydowanie. Każdy, kogo na to stać, powinien właśnie do takiej szkoły posłać swoje dziecko. Najwięcej skorzystają na tym dzieci wrażliwe, potrzebujące indywidualnej opieki, lub mniej dojrzałe emocjonalnie. Ale podobne korzyści wyniesie każde inne dziecko. Szkoła niepubliczna tworzy bezpieczniejszą atmosferę i lepsze warunki nauki.

Dlaczego? Bo w klasach jest mniej uczniów?

- Dlatego również, ale nie tylko. W szkołach publicznych liczebność klas ostatnio też zmalała. Oczywiście nadal istnieje różnica - łatwiej przecież prowadzić lekcje w klasie 18-osobowej - a takie dominują w szkołach niepublicznych - niż w 28-osobowej w szkole publicznej.

Ważniejsze jednak jest to, że szkoła niepubliczna uważniej pilnuje jakości nauczania. To wymusza na niej konkurencja. Edukacja jest usługą a rodzic klientem - to on płaci za nauczanie i opiekę. Tworzy to czytelny układ między nim a szkołą. Jeśli więc rodzic uzna, że poziom nauczania czy opieki jest niski, zabierze dziecko i swoje pieniądze ze szkoły. To nas obliguje do stałego windowania jakości.

Inaczej w szkole publicznej: ta w najlepszym razie dużo wymaga od uczniów, a nie od siebie i to ma jej zapewnić dobre wyniki. A rodzice są tu traktowani jako petenci, mają na szkołę niewielki wpływ.

Oczywiście to uogólnienie. Mówię jedynie o mechanizmach napędzających oba typy szkół.

Jednak szkoły publiczne, zwłaszcza licea, mają porównywalne wyniki do renomowanych szkół niepublicznych albo są od nich lepsze

- Pytanie - jak do tego dochodzą? Renomowana szkoła publiczna efekty uzyskuje w ten sposób, że przyjmuje po prostu najlepszych uczniów. To działa już w gimnazjach, ale zwłaszcza wyraźne jest w liceach, gdzie nie ma rejonizacji. Narzędziem selekcji kandydatów są egzaminy zewnętrzne. A miały służyć przede wszystkim ocenie pracy szkół, a nie selekcjonowaniu. Uczniom z gorszymi wynikami pozostają słabsze gimnazja i licea.

Tych najlepszych owa renomowana szkoła eksploatuje. Uczeń dostaje sygnał: mamy w szkole za mało czasu na każdego z was, uczcie się w domu. Jesteście zdolni, inteligentni, poradzicie sobie. Jeszcze kilka lat temu - znam taką statystykę - w jednym z lubelskich renomowanych liceów po pierwszym roku odpadał co dziesiąty uczeń. Albo uciekał sam, albo się go wypraszało szantażem: postawimy ci dwóję, ale zabieraj się do innej szkoły.

To wymaga dużej odporności psychicznej. Jak się trafi na nauczyciela, który mało uczy, ale dużo wymaga, jest na to lek - korepetycje. Jeśli trafi się na nauczyciela, który jest dobry i śrubuje poziom, też jest lek - korepetycje.

Renomowane szkoły niepubliczne też selekcjonują. Rozmowy kwalifikacyjne obowiązują już w zerówkach.

- To faktycznie selekcjonowanie do własnych potrzeb dzieci "skazanych na sukces". Ci, którzy odpadają z takiej selekcji, idą z kolei do słabszych szkół niepublicznych.

A dlaczego selekcja zeszła aż do podstawówek? Działa konkurencja, ale też działa obłędna presja społeczna na wynik. Gdyby tę presję zluzować, może i podejście byłoby inne. A tak ,zamiast koncentrować się na wszechstronnym rozwoju ucznia, staliśmy się szkołami ćwiczenia testów. Jeśli się temu nie podamy, rodzice nie przyślą do nas dzieci, bo oczekują od szkoły jak najlepszych wyników na tych egzaminach.

Tymczasem media, zamiast podawać surowe wyniki egzaminów, mogłyby tworzyć rankingi szkół na podstawie efektywności ich pracy. Podstawową miarą powinien być przyrost wiedzy i umiejętności uczniów w stosunku do ich poziomu przed wejściem do szkoły. CKE niedawno opublikowała wyniki takie wyniki (tzw. edukacyjna wartość dodana) dla wszystkich gimnazjów w Polsce. Nikt się tym nie zainteresował.

Prawda jest także taka, że gdyby w ogóle nie było egzaminów zewnętrznych, dziecko nawet z wysokim potencjałem mogłoby w szkole niewiele osiągnąć - tak bardzo motywujący jest sam wynik.

Szkoła w końcu ma nauczyć, a miarą efektów ucznia są jednak egzaminy. Trzeba tylko przy tym pamiętać, że nie jest to miara jedyna.

Może jednak małe dziecko lepiej posłać do rejonowej szkoły publicznej, żeby uczyło się żyć w niewypreparowanym otoczeniu?

- Ale to tak, jakby grać w ruletkę! Dziecko może trafić do klasy z takim, które np. trzy lata powtarza tę samą klasę albo dileruje narkotykami. Czyli do dżungli - bo taką sobie zafundowaliśmy w tym systemie, zwłaszcza w wielkomiejskich gimnazjach.

Wiele szkół niepublicznych dba o to, żeby ich uczniowie nie funkcjonowali w hermetycznie zamkniętej grupie. My na przykład, dzięki współpracy ze związaną ze szkołą fundacją, finansujemy naukę dzieci z podlubelskich wsi. Warszawskie liceum i gimnazjum "Bednarska" ma z kolei obowiązkowe miejsca dla dzieci emigrantów. Uczniowie mogą więc poznać kogoś albo z obcej kultury albo z innego środowiska, inaczej żyjącego i myślącego.

  • 33 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    17 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':