Ewa Siedlecka: Wasz projekt w części dotyczącej in vitro jest podobny do tzw. społecznego, przygotowanego z inicjatywy Federacji na rzecz Kobiet i stowarzyszenia Nasz Bocian, a wniesionego do Sejmu przez posłów lewicowych. Agnieszka Kozłowska-Rajewicz, członkini tzw. zespołu Małgorzaty Kidawy-Błońskiej*: - Jeśli po miesiącach pracy doszliśmy do podobnych rozwiązań, to znaczy, że są one najbardziej racjonalne. Przy obu projektach pracowali eksperci ze szpitali klinicznych, bo uważamy, że in vitro powinno być uregulowane zgodnie z najnowszą wiedzą medyczną.
Są trzy sprawy kluczowe dla in vitro: • skuteczność; • bezpieczeństwo zdrowotne kobiet; • maksymalna ochrona zarodków. Nie ma rozwiązań idealnych, więc trzeba działać pragmatycznie, na zasadzie minimalizowania szkód.
Poza tym większość przepisów, które zawierają te projekty, to wdrożenie dyrektyw unijnych regulujących postępowanie z komórkami rozrodczymi, gametami i zarodkami, w tym kwestie pozwoleń i nadzoru państwa nad stosowaniem metody in vitro.
Dopuszczacie tworzenie i mrożenie zarodków zapasowych - co zrozumiałe, skoro priorytetem jest skuteczność metody i zdrowie kobiet. I nie zakazujecie badań preimplantacyjnych, czyli selekcji zarodków. A więc tego, co Jarosław Gowin nazywa eugeniką. - Nie zezwalamy na selekcję zarodków w tym sensie. W żadnej sytuacji nie dopuszczamy do zniszczenia zarodka. Każdy zarodek nieimplantowany od razu musi być zamrożony. Zakazujemy też selekcji ze względu na płeć.
Nasza ustawa pozwala na testowanie komórek płciowych i zarodków, ale to oznacza ocenę ich potencjału rozwojowego (żywotności), a nie jakości genów. Zresztą zastosowanie bada genetycznych rozwijającego się zarodka do prognozowania dalszego rozwoju i zdrowia człowieka to obszar w nauce wciąż nowy i słabo poznany. Jest wiele wątpliwości i pytań bez odpowiedzi. Z rozmów z ekspertami wiemy także, że diagnostyka preimplantacyjna nie jest całkowicie bezpieczna dla zarodka i niesie z sobą ryzyko uszkodzenia go. Nie zakazujemy tej procedury, ale osobiście uważam, że na poziomie niższym niż ustawa powinno być ustalone, że można ją stosować tylko w szczególnych wypadkach.
Wielu innych kwestii też nie staraliśmy się precyzyjnie regulować, zostawiając je do decyzji lekarza. Wiedza szybko idzie naprzód i zbyt szczegółowe regulacje mogłyby niepotrzebnie ograniczać leczenie. A chcemy, żeby in vitro stosowano w zgodzie z najnowszą wiedzą medyczną.
Prawo do zabiegu in vitro uzależniacie od przedstawienia zaświadczenia, że "wyczerpano inne dostępne w danym przypadku metody terapeutyczne prowadzące do poczęcia i narodzin". Nie obawiacie się, że lekarze będą odmawiać takich zaświadczeń, np. jeśli pacjenci nie skorzystali z tzw. naprotechnologii - metody "naturalnej", popieranej przez Kościół katolicki? - Nie. Naprotechnologia z naukowej perspektywy nie jest alternatywą dla in vitro. Po pierwsze, ma znikomą skuteczność i niewielkie poważanie w środowisku lekarskim. Po drugie, są przypadki, gdy już przy pierwszym badaniu wiadomo, że żadna inna metoda nie pomoże, np. gdy brak jest plemników w spermie. Po trzecie, są znane i uznane procedury obowiązujące przy kwalifikowaniu do leczenia niepłodności metodą in vitro. Wreszcie, projekt był szeroko konsultowany w środowisku medycznym i takich obaw nie zgłaszano.
Kolejna kontrowersyjna kwestia - badania na komórkach macierzystych (totipotentnych). Dopuszczacie je. Zakazujecie tylko wykorzystywania do nich komórek z zarodka. Jarosław Gowin w swoim projekcie zakazuje takich badań w ogóle, nawet nad komórkami macierzystymi uzyskanymi np. ze skóry, bo teoretycznie można stworzyć z nich zarodek. - Badania na komórkach macierzystych powinno się prowadzić, bo dają szansę leczenia wielu nieuleczalnych dziś chorób. To wielka nadzieja medycyny. Chcemy jedynie zakazu hodowli komórek macierzystych z ludzkich zarodków, bo pobranie tych komórek grozi ich nieodwracalnym uszkodzeniem. A w naszym projekcie staramy się zarodek maksymalnie chronić.
Dlaczego w projekcie podkreśliliście, że "korzystanie z technik rozrodu wspomaganego medycznie dopuszczalne jest dla małżeństw i par heteroseksualnych"? - Chodziło nam o podkreślenie, że ma to być procedura nie tylko dla małżeństw. A także że in vitro jest metodą leczenia niepłodności, a nie techniką dostępną dla tych, którzy z innych względów nie mogą lub nie chcą mieć dziecka w sposób naturalny. Niepłodność jako przypadłość kliniczna może dotyczyć tylko pary heteroseksualnej.
Homoseksualizm zaś nie jest chorobą, a jego konsekwencją nie jest niepłodność.
A co z sytuacją pary kobiet, które są niepłodne i chcą adoptować zarodek? - Ograniczenie prawa do in vitro do par heteroseksualnych było naszym świadomym wyborem. Tu nie było kontrowersji.
A ograniczenie go do "par", czyli wykluczenie niepłodnych osób samotnych? - Nie dyskutowaliśmy kwestii kobiet samotnych, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby to zrobić w czasie prac komisji sejmowej.
Czy przewidzieliście sytuację - która zresztą zdarzyła się w Wielkiej Brytanii - gdy matka chciała rozmrożenia i wszczepienia jej zarodka, a ojciec - z którym w międzyczasie się rozwiodła - nie chciał mieć z nią dzieci? Trybunał w Strasburgu stanął po stronie prawa mężczyzny do decydowania, czy i z kim chce mieć potomstwo. Czy według was zarodek ma prawo do urodzenia się? - Nie jest to wprost zapisane, ale rozmawialiśmy o takich sytuacjach. Uznaliśmy, że należy maksymalnie zbliżyć myślenie o zapłodnieniu in vitro i powstałych zarodkach do sytuacji naturalnej. Kiedy zarodek powstanie w naturalny sposób - w łonie matki - ojciec nie może prawnie nie wyrazić zgody na dalszy jego rozwój i wyprocesować zmuszenie kobiety do aborcji.