http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Sieć to nie mordownia

Prof. Adam Grobler*
2009-08-21, ostatnia aktualizacja 2009-08-21 13:59

Uwielbiam angielską sztukę eufemizmów, która łagodzi zderzenia między ludźmi o różnej wrażliwości

Rys. Jacek Gawłowski
Rys. Jacek Gawłowski
Rys. Jacek Gawłowski
ZOBACZ TAKŻE
Wolno Janowi Hartmanowi ("Sieć to ostra jazda", "Gazeta", 18 sierpnia) lubić chamstwo w sieci, a mnie wolno go nie lubić. Dlatego jestem wdzięczny Jackowi Żakowskiemu ("Chamstwo hula w internecie" "Gazeta", 10 sierpnia), że wystąpił w obronie mojego prawa do nielubienia chamstwa. Że namawia do stworzenia możliwości cywilizacyjnego wyboru, takiego samego, jaki mam między filharmonią a festynem z cyklu "Gwiazdy na gazie" albo parkiem krajobrazowym a krajobrazem po bitwie. Że przeciwstawia się zawłaszczaniu przez hałaśliwą, obojętne, większość czy mniejszość, przestrzeni potrzebnej bardziej wrażliwej, obojętne, większości czy mniejszości zmuszanej do wycofywania się do coraz ciaśniejszych enklaw.

Być może Jan Hartman, jak przyznaje, rzeczywiście wiele zawdzięcza chamom dzięki sieciowemu "waleniu prosto w oczy". Ja inaczej uczyłem się mówić otwarcie, co myślę, a na to, że potrafię, mam wielu świadków z Janem Hartmanem włącznie. Wśród ludzi o podobnej umiejętności wybierałem sobie żonę i przyjaciół i dumny jestem z tego, że udało mi się tę samą cnotę zaszczepić swoim dzieciom. Żeby ją pielęgnować, nie muszę ukrywać się za sieciowym pseudonimem - "prosto w oczy" znaczy wszak "twarzą w twarz".

Nie chcę też "walić", bo mówię, co myślę, nie po to, by kogokolwiek zwalczyć, ale by się porozumieć w sprawach, które uważam za ważne. Nie odczuwam żadnej potrzeby, aby "pozwalać sobie na więcej". Na odwrót, nie boję się krytyki, ale wolę życzliwą sugestię, że być może popełniłem intelektualny lub moralny błąd, od oskarżeń o odziedziczoną po przodkach nieuleczalną głupotę lub niegodziwość, które zamiast zachęcić do naprawczych wysiłków napełnią mnie nieodwracalnym i bezpożytecznym poczuciem winy.

Gdy chodzi o porozumienie, "otwarcie" nie zawsze znaczy "bez ogródek". Łatwo bowiem o chamstwo mimowolne, bo nie sprowadza się ono przecież do używania wyzwisk i słów powszechnie uznawanych za obraźliwie. Dlatego uwielbiam angielską sztukę eufemizmów, która łagodzi zderzenia między ludźmi o różnej wrażliwości. Uprawiania tej sztuki po polsku uczę się od mistrzów słowa, których śladem niekiedy udaję się "do dalszych apartamentów" (K.I. Gałczyński) albo rozmawiam o "zażegnywaniu fenomenu obojętności bytu" (J. Pilch). To wytwory kultury wysokiej, a nie pospolitość internetu, służą ćwiczeniu precyzji i urody wysławiania się w celach społecznie użytecznych, a nie gwoli czczego pokrzepienia własnego ego metodą pognębiania innych.

Michał Olszewski i Paweł Wujec ("Cenzura w internecie nie łagodzi obyczajów" "Gazeta", 10 sierpnia) słusznie twierdzą, że internet nie jest niczyją własnością. Podobnie gastronomia. Dlatego tak samo, jak nie chcemy wszystkich restauracji zamienić w mordownie, nie możemy ludzi wybrednych zniechęcać do wszystkich forów internetowych. Obawy, że po zamknięciu niektórych forów dla niektórych wpisów część internautów przeniesie się gdzie indziej, są w gruncie rzeczy pobożnym życzeniem. O to właśnie chodzi, żeby internauci mieli wybór miejsca odpowiadającego ich upodobaniom. Rzeczą właściciela portalu zaś jest prowadzenie polityki przyciągającej takich użytkowników, których preferuje. Nie ma nic zdrożnego w chronieniu bywalców przed przepłoszeniem przez natrętów, jak to czynili niektórzy restauratorzy w czasach weekendowych najazdów Anglików na Kraków.

Chodzi o coś znacznie ważniejszego niż to, by internet mógł zaspokajać gusta i guściki. Mianowicie sprawą mediów jest nie tylko pośredniczenie między nadawcami i odbiorcami komunikatów, ale czynne uczestniczenie w kształtowaniu kultury. Z ubolewaniem obserwuję, jak coraz więcej dziennikarzy traci poczucie misji objaśniania świata i sprowadza swój fach do kreowania newsów, wiadomości rzadziej dobrych niż złych, niekoniecznie prawdziwych. Podobnie administratorzy forów internetowych wolą podnosić adrenalinę swoim klientom, niż promować wzorce konstruktywnej dyskusji, których tak bardzo brakuje nam w życiu publicznym.

Na koniec konkretna sugestia. Niedawno negocjowałem warunki moderowania dyskusji internetowej w międzynarodowym elektronicznym czasopiśmie filozoficznym. Jako kandydat na moderatora nie spodziewałem się chamstwa ze strony uczestników, ale postanowiłem zabezpieczyć się przed innymi niedoskonałościami żywiołu. Ustaliliśmy z redakcją, że dyskusja będzie publikowana pod oddzielnymi adresami w dwóch wersjach - w wersji "jak leci" i w wersji redagowanej. Moderator będzie miał prawo do wersji redagowanej wybierać dowolne wątki wypowiedzi, inne wątki odkładając na później albo pomijając w ogóle. Będzie miał też prawo w prywatnych e-mailach proponować autorom zmiany w nadsyłanych tekstach i prowokować ich do podejmowania kolejnych kwestii. W ten sposób można mieć i swobodną, niczym nieskrępowaną dyskusję, przez co chaotyczną i obfitującą w nieistotne dygresje, i dyskusję po akademicku uporządkowaną na odpowiedzialność moderatora.

* Adam Grobler, wędrowny profesor filozofii, obecnie pracownik Uniwersytetu Opolskiego, wcześniej UJ i UZ. Przewodniczący Komitetu Nauk Filozoficznych PAN.

  • 15 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    13 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':