Przewodniczący Klubu Parlamentarnego PO Zbigniew Chlebowski na jednej z przedwakacyjnych konferencji prasowych zapewnił, że jeśli chodzi o parytety, w Platformie Obywatelskiej "toczy się dyskusja". Tak właśnie jest, choć do opinii publicznej przebił się tylko jeden pogląd z szeregów PO - że posłanki PO parytetów raczej nie chcą, nie mówiąc o posłach, którzy na samą wzmiankę o ustawie czują swoisty dyskomfort.
Przeciwnicy parytetów w PO rzeczywiście liczbowo przeważają, ale dyskusja naprawdę się toczy, a spektrum poglądów jest szersze, niż mogłoby się to wydawać po przeczytaniu opinii naszej klubowej koleżanki Magdaleny Kochan. Jako przedstawicielki inaczej myślącej mniejszości czujemy się w obowiązku przedstawić własny pogląd na kwestie parytetów wraz z uzasadnieniem.
Chcemy parytetów - ustawowych, twardych i niepodlegających negocjacjom. Nie zgadzamy się z tokiem rozumowania przedstawionym przez Magdę Kochan, która pisze, że nigdy nie czuła się wyróżniona ani dyskryminowana w naszej partii, a skoro tak, parytety jako mechanizm wyrównujący z definicji są niepotrzebne. Ani z twierdzeniem, że kobiet w polityce potrzeba więcej, bo są wrażliwe, idealistyczne i "twardo chodzą po ziemi". Źle czujemy się, słysząc nieco protekcjonalną argumentację kolegów, że Platforma "docenia kobiety, szanuje i właśnie dlatego wprowadziła parytety na swoje listy wyborcze do Sejmu i Senatu w 2005 i 2007 r.". Znamy historię naszego partyjnego parytetu i jesteśmy wdzięczne naszym koleżankom za to, że go wywalczyły, wstawiając stopę w drzwi, które dzięki temu otwierają się coraz szerzej.
Obecny niski udział kobiet w polityce (10-20 proc.) sprawia, że w ogóle o płci dyskutujemy. Kobiet jest mało i dlatego płeć się liczy, raz jest atutem, a raz wadą, zależnie od sytuacji, ale ma znaczenie, czasami znacznie większe niż kompetencje i talenty polityczne. To właśnie jest patologia, którą chcemy usunąć. Kiedy płeć się liczy, część kandydatów (kandydatek) uzyskuje mandaty nie ze względu na swoje przygotowanie merytoryczne, ale właśnie ze względu na płeć. Ten mechanizm działa w każdym zawodzie, który jest zdominowany przez jedną z płci, i nie omija polityki. Wybieranie kandydata ze względu na płeć, a nie jego kompetencje, prowadzi do marnowania publicznych pieniędzy, i dlatego popieramy rozwiązanie, które szybko wyeliminuje tę patologię.
Dyskusja o tym, w czym kobieta jest lepsza od mężczyzn, co takiego wniesie do polityki, czego w niej nie ma, niestety, w większości bazuje na stereotypach. To oczywiste, że kobiety, podobnie jak mężczyźni, mają różne poglądy polityczne i to one decydują, na jaką partię głosują i do jakiej partii wstępują. Mają też różną wrażliwość, kompetencje i style bycia, co decyduje o ich sukcesie politycznym. Stereotypy i przekonania dotyczące kobiet i tego, co mogą wnieść do polityki, z trudem odnoszą się do tej grupy kobiet, które już dziś w polityce istnieją. Dzisiejsze kobiety polityczki bywają delikatne i wrażliwe, ale - zmuszone sytuacją - częściej są twarde i bezwzględne. Inaczej nie przedarłyby się przez polityczne zasieki. Jak to się ma do stereotypu kobiety, która do polityki ma wnieść pokojowe metody działania, społeczną wrażliwość i piękno?
Bazowanie na stereotypach płci przy dyskusji o parytetach jest ślepą uliczką, w którą brnie większość dyskutantów i dziennikarzy. Wywody o tym, jak kobieta swą kobiecością ubogaci politykę, jeśli tylko do niej wejdzie, paradoksalnie tylko wzmacniają odczuwalną dziś dyskryminację. Polityka nie powinna mieć płci - co nie znaczy, że może obyć się bez kobiet. W naszym patriarchalnym społeczeństwie kobiety mają specyficzne dla płci społeczne i historyczne doświadczenie, które sprawia, że jako polityczki mogą do każdego obszaru gospodarki, finansów, edukacji czy polityki społecznej wnieść, oprócz doświadczenia zawodowego, które jest porównywalne z doświadczeniem zawodowym mężczyzn, swoją kobiecą perspektywę. Kobiety nie są lepsze ani gorsze od mężczyzn, ale inne - nie tylko biologicznie, ale także społecznie. Osiągają cele innymi drogami, preferują inne metody zarządzania, mają inną hierarchię celów i wartości. Zderzanie różnych perspektyw i doświadczeń do rozwiązania problemu, podstawa pracy projektowej i nowoczesnego zarządzania, jest potrzebne także - a może szczególnie - w polityce. Dziś w tym obszarze mamy prawie wyłącznie perspektywę męską. Potrzebujemy w parlamencie kobiet, aby rozwiązywać problemy w większym stopniu interdyscyplinarnie, zderzać różne perspektywy i doświadczenia. Zrównoważony płciowo Sejm może pracować bardziej nowocześnie i tworzyć lepsze prawo - lepsze dla obu płci i lepsze dla polskich rodzin.
W polityce jest za mało kobiet - z tym zgadzają się wszyscy. Powinniśmy coś zrobić, żeby to zmienić - tu dalej zgoda. Ale nie przez parytety, parytety są upokarzające dla kobiet - twierdzą ich przeciwnicy. Tak twierdzą także niektóre nasze koleżanki, przeciwniczki ustawy o parytetach, jednocześnie przyznając, że wewnętrzny parytet Platformy skutecznie zwiększył liczbę parlamentarzystek PO w obecnej kadencji Sejmu. To, że to był tylko parytet wewnętrzny, miękkie zalecenie rady krajowej, a nie obligatoryjny przepis ustawowy, jest sprawą drugorzędną. Parytet zachęcił kobiety w PO do aktywności politycznej i walki o miejsce na listach wyborczych. Czy może być mocniejszy argument za parytetem niż to doświadczenie?
Oczywiście sama treść ustawy powinna być dyskutowana. Bardzo prawdopodobne, że przy obecnym zaangażowaniu kobiet w politykę 50-proc. parytet nie wszędzie i nie zawsze przyniósłby dobry efekt. Ale przecież nie chodzi o 50 proc., tylko o usunięcie nierówności, która nadaje nadmierne znaczenie płci i chowa w cień kwestie kompetencji. Może zapis minimum 40 proc. dla każdej z płci byłby, jako wystarczający i bardziej elastyczny, łatwiej akceptowalny dla sejmowej większości. Na pewno stworzyłby ogromne możliwości do działania dla tych kobiet, które już dziś są aktywne społecznie i zawodowo - tyle że poza polityką.
Parytet na listach wyborczych nie jest rozdawaniem mandatów, ale jedynie wyrównaniem szans - zwiększeniem możliwości wyboru dla wyborców i aktywności publicznej dla kobiet. Jako kobiety, polityczki uczestniczące dziś w polityce, znające jej mechanizmy, mamy prawo żądać parytetów i żądamy ich - w imię sprawiedliwości i jakości w polityce.
* Agnieszka Kozłowska-Rajewicz, dr biologii, posłanka PO, przewodnicząca Parlamentarnego Zespołu "Rodzina 2030"; pracuje w komisji edukacji, nauki i młodzieży oraz w komisji zdrowia.
**Joanna Mucha, dr ekonomii, posłanka PO, wiceprzewodnicząca Parlamentarnego Zespołu "Rodzina 2030"; pracuje w komisji zdrowia.
***Lena Kolarska-Bobińska, prof. nauk humanistycznych, członek Komitetu Socjologii PAN, przez 12 lat kierowała Instytutem Spraw Publicznych, posłanka PO do Parlamentu Europejskiego; pracuje w komisji przemysłu, nauki i energii oraz w komisji petycji.