http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Prezydent statysta. Albo chłodno, albo nijak

Marcin Wojciechowski, Gazeta Wyborcza
2009-08-06, ostatnia aktualizacja 2009-08-05 16:21
Prezydent Lech Kaczyński w otoczeniu gruzińskich ochroniarzy przy granicy z Osetią Płd. Chwilę wcześniej rozległy się strzały. Nie wiadomo, czy strzelali Osetyjczycy, czy była to gruzińska prowokacja. 23 listopada 2008 r.
Prezydent Lech Kaczyński w otoczeniu gruzińskich ochroniarzy przy granicy z Osetią Płd. Chwilę wcześniej rozległy się strzały. Nie wiadomo, czy strzelali Osetyjczycy, czy była to gruzińska prowokacja. 23 listopada 2008 r.
Fot. IRAKLI GEDENIDZE AFP

Lech Kaczyński przestał odgrywać ważną rolę w polityce zagranicznej RP. Częściowo na skutek wydarzeń w naszym regionie, częściowo na własne życzenie

- Lech Kaczyński woli spotykać się z mieszkańcami polskich wsi i miasteczek, niż przyjmować zagranicznych ambasadorów, z którymi rozmowy go nudzą - tak bliski współpracownik prezydenta powiedział "Gazecie" po skandalicznym wywiadzie Piotra Kownackiego dla "Dziennika". Nie wiadomo, czy bardziej skandaliczna jest ta anonimowa wypowiedź, czy krytyka wygłoszona pod nazwiskiem przez Kownackiego: że prezydent jest słabo zorganizowany i często zmienia plany. Teraz jeszcze wiadomo, że prezydent politykę zagraniczną ma głęboko w pięcie.

Tymczasem do niedawna można było mieć wrażenie, że polityka zagraniczna - zwłaszcza jej wymiar wschodni, energetyczny oraz polityka bezpieczeństwa - jest jednym z koników Lecha Kaczyńskiego. Tak prezydent mówił w wywiadach, tak przedstawiał to na półoficjalnych spotkaniach z mediami, gdy przekonywał, że rola Polski w UE zależy od tego, co ugramy na jej południowo-wschodnich flankach. Stąd zaangażowanie Kaczyńskiego w projekt ropociągu transportującego kaspijską ropę przez Gruzję i Ukrainę do Polski, stąd próby wciągania Ukrainy do NATO i UE, pomocy dla Gruzji po zeszłorocznej wojnie z Rosją oraz budowy panregionalnej koalicji państw środkowoeuropejskich i bałtyckich, w której Kaczyński widział siebie w roli lidera i rzecznika.

Konik Gruzja padł

W zeszłym roku można było mieć złudzenie, że taka koalicja powstała po wojnie Rosji z Gruzją. Szybko jednak legła w gruzach. Częściowo winę ponosi za to sam Kaczyński, jadąc po raz drugi jesienią do Gruzji i niepotrzebnie angażując się w incydent graniczny między policją południowo-osetyjską a gruzińską zakończony strzelaniną. Dla większości przywódców regionu był to znak, że Gruzja nie ma czystych intencji. Jest gotowa wykorzystać nawet głowę obcego, życzliwie do niej nastawionego państwa, do zwrócenia uwagi na swą sytuację, a być może kosztem polskiego prezydenta doprowadzić do eskalacji napięcia w regionie.

Ogłoszony niedawno raport obserwatorów UE i wcześniejsze przecieki z raportów OBWE nie pozostawiają wątpliwości, że pierwszy za cyngiel podczas rozpoczętego rok temu konfliktu pociągnął gruziński prezydent Micheil Saakaszwili. Oczywiście Moskwa prowokowała, zaostrzała napięcie, ale gruziński prezydent dał się w to wplątać lub uznał, że Rosjan przechytrzy. W każdym razie z dzisiejszej perspektywy bycie rzecznikiem Gruzji w Europie i świecie - a kimś takim próbował być Lech Kaczyński - wydaje się całkowicie pozbawione perspektyw.

Konik Ukraina padł

Kolejny konik prezydenta - Ukraina - jest w takim kryzysie gospodarczym i politycznym, że nikt w Europie nie traktuje władz tego kraju poważnie mimo ogólnej sympatii dla Kijowa. W tej sytuacji mówienie o stworzeniu Ukrainie perspektyw członkostwa w NATO lub UE budzi śmiech lub co najwyżej wzruszenie ramion. To Ukraińcy muszą sobie stworzyć takie perspektywy, porządkując bałagan w swym kraju. Europa i świat mogą na razie tylko wysyłać sygnały, że pod warunkiem spełnienia kryteriów (stabilności politycznej i gospodarczej, pogłębienia reform, demokracji i państwa prawa) Ukraina będzie mile widziana w szeroko pojętej rodzinie państw zachodnich.

Tłumacz nie pomoże

Na Litwie przekazał władzę serdeczny przyjaciel Kaczyńskiego, prezydent Valdas Adamkus. Tych dwóch polityków łączyło chyba największe zrozumienie polityczne i bliskość. Z racji wieku Adamkus jest trochę człowiekiem przedwojennym. Lech Kaczyński jest zaś taki z wyboru. Dzięki temu obaj prezydenci nadawali niemal na jednej fali. Nie bez znaczenia jest także to, że Adamkus mówił w cztery oczy z Kaczyńskim po polsku.

Był jedynym zagranicznym prezydentem, z którym polski prezydent mógł rozmawiać bez tłumacza, co wbrew pozorom odgrywa wielką rolę w polityce. Można czarować się, że rządowi tłumacze są na najwyższym poziomie. Ale rozmowa wprost odgrywa kolosalną rolę, buduje zaufanie, sympatię, sprawia, że między partnerami nie ma niedomówień. Poprzez znajomość języka można zrozumieć kulturę partnera, jego sposób pojmowania świata, uchwycić sposób rozumowania i mentalność. Nawet doskonały tłumacz nie jest w stanie tego oddać całkowicie. Lech Kaczyński niesłusznie lekceważy to, że nie zna żadnego języka obcego w taki sposób, by móc swobodnie rozmawiać z partnerem.

Klaus chorobliwie prorosyjski

Sporym zaskoczeniem jest rozejście się dróg Lecha Kaczyńskiego z uważanym za jego politycznego przyjaciela prezydentem Czech Vaclavem Klausem. Łączy ich eurosceptycyzm, ale Klaus jest eurosceptykiem ideologicznym, Kaczyński zaś tylko taktycznym - ze względu na część swych wyborców. Klaus jest wrogiem traktatu lizbońskiego z definicji, bo sprzeciwia się pogłębianiu integracji europejskiej w wymiarze politycznym. Kaczyński zaś uznaje traktat za swój sukces, a zwleka z jego ratyfikacją wyłącznie dlatego, że wbił sobie w głowę, że nie będzie zwiększał presji na Irlandczyków, która i tak jest ogromna. To kolejny dowód, że pozorna szlachetność góruje w prezydencie RP nad pragmatyzmem i zdolnością myślenia w kategoriach politycznych.

Klausa i Kaczyńskiego ostatecznie podzielił stosunek do Rosji i jej sąsiadów. Klaus jest chorobliwe prorosyjski, wręcz ugodowy wobec Kremla, nie widzi takich państw jak Białoruś, Ukraina, nie mówiąc już o Kaukazie krajach kaukaskich. Kaczyński zaś gotów byłby dać się za nie pokroić, nawet gdyby miał na tym nic nie zyskać. Choć wiele razy chwaliłem prezydenta za jego politykę np. wobec Ukrainy - i zdania nie zmieniam - to mam wrażenie, że bardziej napędza ją niechęć do Rosji niż rzeczywista sympatia dla Kijowa i przekonanie o roli tego kraju w regionie.

Chłodno z Sarkozym i Obamą

Jedynym sojusznikiem Lecha Kaczyńskiego na Zachodzie był przez krótką chwilę Paryż. Francuska prawica prezydenta Nicolasa Sarkozy' ego ma pewne cechy wspólne z PiS. Jest proeuropejska raczej z pragmatyzmu niż z entuzjazmu, ma silne zakorzenienie ludowe, jest gotowa do upadłego bronić unijnych dopłat bezpośrednich dla wsi. Ludwik Dorn będący kiedyś emisariuszem PiS na rozmowach z politykami francuskimi umiejętnie przekonał ich, że Paryż i Warszawa mogą stworzyć zgrany tandem w Europie, zwłaszcza w obliczu PiS-owskiej niechęci do Niemiec. W zeszłym roku Francja potrzebowała polskiego poparcia jak dżdżu, by skutecznie zrealizować swą prezydencję w UE. Od prezydenta Lecha Kaczyńskiego oczekiwano, by podpisał traktat lizboński, dzięki czemu Paryż mógłby mocniej naciskać na Irlandczyków, by rozpisali powtórne referendum w tej sprawie. Ale Kaczyński traktatu nie ratyfikował, choć podobno obiecał to w osobistej rozmowie Sarkozy'emu. Od tego czasu na linii Sarkozy - Kaczyński zapanował chłód.

Równie chłodno jest między Kaczyńskim a nową amerykańską administracją Baracka Obamy. Przyczyna tego to silne poparcie prezydenta RP dla tarczy antyrakietowej, w zasadzie nieskrywana niechęć wobec Rosji, z którą Obama chce rozpocząć nowe otwarcie, oraz bardzo silne związki ekipy Kaczyńskiego z poprzednim prezydentem George'em W. Bushem znienawidzonym przez ludzi Obamy. No i ideologicznie Obama i Kaczyński to ludzie z całkowicie różnych planet.

Prezydent traci karty

Jeśli weźmiemy te wszystkie czynniki do kupy, okaże się, że w ciągu ostatniego pół roku Lech Kaczyński utracił niemal wszystkie atuty w polityce zagranicznej. Dziś jego jedynym narzędziem jest możliwość pewnego wpływu na nominacje ambasadorów oraz słowa, wywiady i wystąpienia na konferencjach. Ale w praktyce prezydent nie ma jak realizować swojej wizji, bo jego dawni sojusznicy rozproszyli się, odwrócili się od niego albo stali się mało wiarygodni w świecie.

Niewiele pomoże Kaczyńskiemu podpisanie ostatnio listu b. prezydentów i ministrów do administracji Obamy z apelem, by Amerykanie poświęcali więcej uwagi Europie Środkowo-Wschodniej. Już dziś wiadomo, że ten list - szlachetny w intencjach i słuszny w diagnozie - raczej nie będzie miał znaczącego wpływu na amerykańską politykę zagraniczną. Kaczyński zaś, demonstracyjnie podpisując list jako jedyny czynny polityk, wzmocnił swoją "gębę" regionalnego jastrzębia i etatowego rusofoba.

Może więc nic dziwnego, że w ostatnim roku prezydentury Lech Kaczyński zamierza zmniejszyć aktywność w polityce zagranicznej, by poświęcić czas na pozyskiwanie głosów potencjalnych wyborców niezbędnych do reelekcji. Pole działania Kaczyńskiego w polityce zagranicznej po prostu dramatycznie skurczyło się w porównaniu z sytuacją sprzed roku, a w zasadzie zmalało niemal do zera. Częściowo winne są temu okoliczności, ale sporo winy ponosi także sam Kaczyński, zmniejszając poprzez swój upór polityczne pole manewru. A rząd to skrupulatnie wykorzystuje. I to on jest faktycznym kreatorem i realizatorem polskiej polityki zagranicznej. Prezydent pełni rolę statysty próbującego się czasem wybić na pierwszy plan, ale szybko wracającego za kulisy, bo nie jest w stanie udźwignąć pierwszoplanowej roli, o której marzy.

  • 24 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    52 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':