Grupa kobiet, z których szerszej publiczności mogą być znane zapewne tylko dr Barbara Fedyszak-Radziejowska oraz Krystyna Mokrosińska, wypowiedziała się publicznie przeciwko parytetom, czyli mechanizmowi zwiększenia udziału kobiet we władzach ("Gazeta" z 10 lipca).
Krytykując główny postulat czerwcowego Kongresu Kobiet, autorki oczekiwały, że wywołają debatę na ten temat. Zdziwiły się, że zapadło pełne zażenowania milczenie i nikt się merytorycznie do niego nie odniósł, choć znakomity manifest w sprawie parytetów opublikowany przez Kingę Dunin i Magdalenę Środę w "Gazecie" (16 lipca) zawiera wiele tez, które pośrednio odnoszą się do zarzutów zamieszczonych w liście.
Warto zwrócić uwagę na parę spraw, o których nie napisały Środa i Dunin.
Zażenowanie budzi to, że panie sprzeciwiające się parytetom nie zrozumiały, o co w tym chodzi. A nie chodzi - wbrew temu, co piszą - o "obowiązkowy udział po 50 proc. obecności przedstawicieli obu płci we wszystkich ważniejszych ciałach", ale o umieszczanie równej liczby kandydatek i kandydatów na listach wyborczych. A więc celem nie jest przymusowy 50-procentowy udział każdej z płci w ciałach wybieralnych, tylko danie wyborcom szansy głosowania na kobiety. Tym samym o rozszerzenie możliwości wyboru, które nie ma nic wspólnego z przymusem.
Notabene, bardzo często, ilekroć mowa o prawach kobiet, np. o in vitro, przerywaniu ciąży, a teraz o parytecie, kiedy twierdzimy, że kobiety powinny mieć do czegoś prawo, natychmiast strona przeciwna sugeruje, że nie mówimy o prawie czy uprawnieniu, tylko o zmuszaniu kobiet do czegoś. A potem się z wymyślonym przez siebie zarzutem dyskutuje.
Warto podkreślić jednak, że sygnatariuszki dostrzegają, iż konstytucyjna równość płci nie jest przestrzegana. Natomiast uważają one, że nierówności spowodowane są biedą i złą polityką prorodzinną państwa. Piszą, że Kongres Kobiet zamiast zająć się realnymi problemami, tj. miejscami w przedszkolu, zajmuje się "kwotowaniem".
Tymczasem postulat zwiększenia liczby miejsc w przedszkolach i żłobkach od dawna jest zgłaszany przez środowiska kobiece, które uważają go za fundamentalny element polityki prorodzinnej państwa. Co więcej, postulat ten znalazł się w postulatach pokongresowych. Wystarczyło zajrzeć na stronę internetową.
Jednak największy problem z listem jest taki, że sygnatariuszki, uznając nierówności płci za faktycznie istniejące, nie proponują niczego konkretnego, aby ten stan zmienić. Tak naprawdę opowiadają się za pozostawieniem status quo. A to jest coś, z czym trudno nam się zgodzić.
Ograniczony udział kobiet w życiu publicznym jest bardzo poważnym ograniczeniem demokracji. Jest niesprawiedliwy, nierówno bowiem traktuje kobiety i mężczyzn z powodu płci, a także jest znacznie poniżej możliwości i aspiracji Polek.
Mamy oczywiście świadomość, że nie wszystkie Polki chcą robić karierę polityczną, w tym zapewne sygnatariuszki listu, ale nikt nie ma zamiaru ich do niczego zmuszać. Występujemy w imieniu tych, które próbują wejść do rady gminy, sejmiku, Sejmu i innych ciał obieralnych, ale nie mają szans, bo koledzy nie wpuszczają na listy.
***
Bardzo rozczarowującym postscriptum do listu jest upublicznione ostatnio stanowisko polityczek Platformy Obywatelskiej przeciwko parytetom. W tym przypadku trudno oprzeć się wrażeniu, że panie z PO, których jest we władzach przynajmniej cztery razy mniej niż kolegów, wcale nie martwią się tym, że są w mniejszości. Wręcz przeciwnie, pełnymi garściami korzystają z przywilejów i stanowisk, które przypadły im w udziale właśnie z tego powodu, że jest ich tam mało. Po co im konkurencja? Więcej kobiet partii, mniej stanowisk do podziału.
Opór posłanek Radziszewskiej, Pitery czy Kochan przeciwko kwotom czy parytetom sprawia wrażenie pragmatycznej obrony swojej wyjątkowej pozycji w partii. Inaczej nie da się zrozumieć, dlaczego sprzeciwiają się stosowanemu w świecie od lat mechanizmowi wyrównywania szans kobiet w polityce. Trudno bowiem poważnie traktować zarzut, że parytety czy kwoty mogą obrażać kobiety.
Osoby nadmiernie wrażliwe nie nadają się do polityki. Przecież jako polityczki ww. panie nieraz miały do czynienia z kwotami przy obsadzaniu stanowisk politycznych i rządowych przez siebie, swoich kolegów partyjnych czy koalicjantów, i jakoś dotąd nie słychać było ich protestów czy urażonych ambicji.
Skądinąd ciekawe, co na stanowisko swoich koleżanek partyjnych powiedzą nowe członkinie PO - eurodeputowane - Danuta Hübner, Lena Kolarska-Bobińska czy Róża Thun - wszystkie członkinie rady programowej Kongresu Kobiet.
Wracając do listu przeciwniczek parytetu, deklaruję gotowość debaty na ten temat we wskazanym miejscu i czasie, pod warunkiem jednak, że dotyczyć ona będzie tego, co naprawdę postulujemy, a nie wyobrażeń na temat naszych postulatów. Chcę wierzyć, że taka dyskusja jest możliwa i że jest nadzieja na współpracę, o którą sygnatariuszki apelują.