http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Czy Polacy będą wdzięczni za koszyk?

Elżbieta Cichocka
2009-07-24, ostatnia aktualizacja 2009-07-23 18:53

Prezydent podpisał tzw. ustawę koszykową i nie ustają spekulacje, dlaczego to zrobił. Czy chciał obarczyć rząd całym niezadowoleniem pacjentów z leczenia? Czy chce wysadzić z siodła minister zdrowia Ewę Kopacz?

Nie warto rozważać ewentualnych makiawelicznych motywów decyzji prezydenta. Najprostsza interpretacja jest zapewne najbliższa prawdy - sama ustawa niczego nie zmienia w sytuacji pacjentów. Dopiero w rozporządzeniach minister zdrowia w rozporządzeniach określi, co się nam należy w ramach opłacanej składki, do czego trzeba będzie dopłacać, a za co płacić.

Rozporządzeń jeszcze nie ma, choć ich projekt powinien być pokazany razem z projektem ustawy. Zamiast nich jest jednak deklaracja minister Kopacz, że pacjent nie będzie pozbawiony niczego, co ma już dzisiaj.

Już dzisiaj są usługi medyczne, za które pacjenci płacą pełną cenę, jak np. zapłodnienie in vitro, operacje zmiany płci czy operacje plastyczne na życzenie. Od dziesięciu lat istnieje też zalążek koszyka - w stomatologii. Razem z wejściem w życie kas chorych minister zdrowia określił w rozporządzeniu, jakie plomby i jakie protezy należą się w ramach ubezpieczenia. Jeśli pacjent chce być leczony nowocześniej, musi wyciągać własne pieniądze. Jedni wyciągają, a inni mają zniszczone zęby.

Przy pisaniu pozostałych rozporządzeń minister musi pogodzić całkiem odmienne cele - wymogi ekonomiczne systemu i wydźwięk polityczny, jaki wywrze ewentualne ograniczenie zakresu usług medycznych dziś należnych za składkę. Mamy bowiem ściśle wyznaczoną liczbę środków na leczenie w NFZ i niemal nieograniczony zakres świadczeń, które za te pieniądze mają wykonać szpitale, przychodnie i lekarze.

Dzisiejszy koszyk nie jest zdefiniowany, ale na pewno jest przepełniony. Szpitale toną w długach, a pacjenci oczekują w ogromnych kolejkach na badania i do specjalistów. To nie jest prawda, że długi są skutkiem samego tylko złego zarządzania placówkami. Skoro z 30 krajów OECD mamy 28. miejsce pod względem wysokości nakładów na zdrowie, to pora wreszcie przyznać, że za te pieniądze bliżej nam do poziomu leczenia w Meksyku i Turcji niż w Belgii czy Szwajcarii.

Od dwóch lat wysokość składki zdrowotnej pozostaje na poziomie 9 proc. dochodów ubezpieczonych. Póki gospodarka dynamicznie się rozwijała i obywatele coraz więcej zarabiali, wpływy NFZ rosły. NFZ kilka razy do roku nowelizował swój budżet, co oznaczało, że zwiększał ilość pieniędzy na zakup świadczeń. W tym roku to się zmieniło i jeszcze nie wiadomo, jak długo potrwają lata chude. Na dodatek rząd wycofał się z obietnicy premiera Tuska sprzed kilkunastu miesięcy, że od przyszłego roku składka zdrowotna wzrośnie do 10 proc. naszych dochodów. Ba, nawet na podniesienie jej do poziomu 9,25 proc., i to od 2011 r. (postulowane przez prezesa NFZ), rząd nie chce dziś się zgodzić.

W tej sytuacji wydawałoby się, że jedynym racjonalnym pociągnięciem byłoby ograniczenie, w jakimś zakresie, możliwości leczenia w ramach składki. Tylko że byłaby to dla rządu samobójcza bramka, z czego doskonale zdają sobie sprawę politycy PO. Chyba dlatego większość polityków tej partii oczekiwała prezydenckiego weta.

Czekamy zatem na rozporządzenia do ustawy, które mityczny koszyk usług zdrowotnych wreszcie skonkretyzują. Powinny się pojawić do końca sierpnia.

Brawura minister Ewy Kopacz jest tu wręcz niepojęta. Dzięki ustawie, która nakłada na nią obowiązek wyznaczenia, o ile okroić dostęp pacjentów do leczenia, to na nią spadnie niezadowolenie społeczne. Jeśli cokolwiek zniknie z dzisiejszej oferty NFZ, opozycja nie zostawi na niej suchej nitki, a media zaczną pokazywać konkretnych ludzi, którzy stracili możliwość leczenia swojej choroby. Konsekwencje są łatwe do przewidzenia. Czyżby panią minister znużyło już jej stanowisko?

Taki scenariusz wydaje się mało prawdopodobny. Należy się raczej spodziewać, że po pojawieniu się rozporządzeń wszystko pozostanie po staremu. Po co zatem pani minister wzbudza niepotrzebne nadzieje, twierdząc, że ustawa porządkuje system, że ustanawia czytelne i jasne reguły dostępu do świadczeń zdrowotnych, że likwiduje podłoże do licznych nieprawidłowości? To puste obietnice. Na razie będzie tak jak teraz.

Tylko że to od dawna już bardzo pacjentom doskwiera. Z roku na rok rosną aspiracje zdrowotne i poziom niezadowolenia z możliwości ich zaspokojenia. Rosną też potrzeby zdrowotne, bo im więcej starszych ludzi, tym częściej muszą odwiedzać lekarzy. Rosną koszty, bo nowoczesność w medycynie słono kosztuje. Rząd nie ma zadowalającej odpowiedzi na te problemy systemu zdrowia, po co więc opowiadać w telewizji, że "Polacy będą wdzięczni za tę ustawę"? Obawiam się, że jesteśmy narodem niewdzięczników i za obietnice nie będziemy nikomu dziękować.

  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':