Marzec 2001. Poseł Michał Kamiński ma 29 lat. Właśnie kończy się kadencja Sejmu, za pół roku nowe wybory. Polska żyje sprawą Jedwabnego. W "Naszej Polsce", piśmie zdecydowanie nacjonalistycznym, niewolnym od podtekstów rasistowskich, ukazuje się wywiad z posłem.
Kamiński mówi to, co dziennikarka i czytelnicy chcą usłyszeć: "To, co się dzieje w sprawie Jedwabnego, to próba odwrócenia historii. Próba obciążenia Polaków winą za Holocaust. (...) Według niepotwierdzonych informacji w tym mordzie garstka Polaków brała udział, ale była to garstka mętów, meneli i wyrzutków społecznych. Nikt przyzwoity nie brałby udziału w paleniu Żydów. To byli ludzie marginesu. Do dziś mamy w Polsce bandytów, morderców. Są oni w każdym innym kraju. Także w Izraelu".
Nie omieszka wspomnieć o "masowej kolaboracji ludności żydowskiej z okupantem sowieckim", a nawet o tym, że "w getcie działała żydowska policja, która pomagała wciągać do transportów swoich żydowskich braci, którzy szli do gazu". "Dlaczego tylko Polacy mają być oskarżani?" - pyta dramatycznie. I sam sobie odpowiada: "Z niepojętej dla mnie niechęci części środowisk żydowskich do Polski. Może to próba zagłuszenia sumień przez tych Żydów, którzy wyrządzili Polsce ogromne szkody podczas okupacji sowieckiej i w czasach komunizmu?"
Udzielił wywiadu i szybko pewnie o tym zapomniał. Zainteresowanie dla Jedwabnego wkrótce minęło Kamińskiemu. W 2001 r. w polskiej polityce działo się zbyt wiele, by tygodniami grać na jednym fortepianie. Zwłaszcza że temat Jedwabnego "zabezpieczało" od prawej strony sporo indywiduów, z którymi nie należało być kojarzonym. Ot, choćby gwiazda marcowej publicystyki Ryszard Gontarz. Albo Bogdan Poręba, szef komunistyczno-antysemickiego "Grunwaldu". I jeszcze faceci z Radia Maryja, których od głównego nurtu prawicy wtedy jeszcze dzieliły lata świetlne.
Nic więc dziwnego, że poseł Kamiński dał sobie spokój z Jedwabnem. Po wielu latach kilka nierozważnych słów powróciło jednak z siłą bumerangu. Gdy został wybrany na szefa frakcji "Konserwatyści i reformatorzy" w Parlamencie Europejskim, brytyjskie media urządziły ostrą nagonkę na polskiego polityka, określając go mianem "rasisty" i "antysemity".
Łomża zobowiązuje Do polityki ciągnęło go od małego. Jako nastolatek w schyłkowym PRL zaangażował się w działalność w opozycyjnym Narodowym Odrodzeniu Polski. NOP odwoływał się do tradycji przedwojennej endecji, także w najbardziej radykalnym, "falangistowskim" wydaniu.
W 1989 r. część działaczy z Michałem Kamińskim opuszcza NOP i wchodzi w skład nowo powstałego Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. Kamiński jest najmłodszym członkiem założycielem ZChN, nie ma nawet osiemnastu lat. Podgląda starszych, pracując w klubie parlamentarnym ZChN. Z perspektywy narodowo-katolickich okopów przygląda się pierwszym polskim wojnom kulturowym, podziwia wyczyny kolegów partyjnych Stefana Niesiołowskiego, Marka Jurka i Jana Łopuszańskiego.
W 1993 r. cała prawica doznaje klęski wyborczej. Kamiński zostaje w Sejmie, ale tym razem w roli dziennikarza radiowego i prasowego.
- "Miś" nie ukrywał swych związków z ZChN. W prywatnych rozmowach przyznawał, że jego kariera dziennikarska pachnie hipokryzją, bo chce tylko przeczekać polityczną dekoniunkturę. Ale był bardzo lubiany przez dziennikarzy. Inteligentny, koleżeński, lubił zabalować - wspomina ówczesny sprawozdawca sejmowy.
W 1996 r. prawica zwiera szyki. Skłócone dotąd partie zawiązują koalicję, powstaje blok wyborczy AWS. ZChN to jeden z głównych podmiotów Akcji. A Kamiński zostaje szefem katolickiego
radia w Łomży. Rodowity warszawiak odkrywa nagle swe związki z Łomżą. Powołuje się na dziadka, który przed wojną działał na tych ziemiach w Stronnictwie Narodowym. Świeżo upieczony łomżanin nie zapomni nawet o dopełnieniu obowiązku meldunkowego. Wszystko po to, by w 1997 r. wystartować z tego okręgu w wyborach do Sejmu - z listy AWS.
To był strzał w dziesiątkę. Po co przepychać się na obstawionych przez znane nazwiska listach wyborczych w stolicy, skoro można podbić prowincję znaną z sympatii dla narodowej prawicy? Przed wojną dominowała tu endecja. Sam Roman Dmowski dowartościował te ziemie, pomieszkując u schyłku życia w dworku Lutosławskich w podłomżyńskim Drozdowie.
Kamiński dostosowuje swój język do oczekiwań elektoratu. Prezentuje się jako 25-letni, żarliwy obrońca tradycyjnych wartości. Konkurencję w okręgu dystansuje o kilka długości, nabija jeden z najlepszych wyników w kraju. Jako poseł, przy okazji też rzecznik ZChN, będzie pilnował, by szum wokół niego nie opadał. Raz po raz epatuje publikę krwistymi wystąpieniami.
Czuję się Polakiem i katolikiem Pod koniec kadencji AWS sypie się. Na domiar złego prezes ZChN Marian Piłka przegrywa walkę o przywództwo w partii. Jego stronnicy, w tym Kamiński, są marginalizowani. Gwiazdą rządu Buzka zostaje minister sprawiedliwości
Lech Kaczyński. Jego brat Jarosław tworzy komitety założycielskie nowej partii - Prawa i Sprawiedliwości. Wielu ZChN-owców zerka już w tę stronę.
Najrozsądniejsze, co można zrobić w takiej sytuacji, to wzmacniać pozycję we własnym regionie i czekać, co przyniesie przyszłość.
W 2000 r. Kamiński na zjeździe podlaskiego ZChN: "Chcę, żebyśmy mieli odwagę powiedzieć: Chcemy Polski dla Polaków!". Hasło świetnie jest znane z bazgrołów na murach większości miast, ale odwagi wypowiedzenia go głośno żaden w miarę poważny polityk faktycznie dotąd nie miał. Skojarzenie z ksenofobiczną, antysemicką tradycją przedwojennego ONR jest oczywiste. Wybucha więc awantura na cały kraj. Sylwia Pusz z
SLD, do niedawna towarzyszka życia Kamińskiego, wzywa do bojkotu towarzyskiego posła ZChN.
"Ja nie wstydzę się Narodowej Demokracji" - tłumaczy Kamiński w lokalnej gazecie. "To moja tradycja. W klapie marynarki noszę mieczyk Chrobrego. (...) Nie boję się mówić tego, co myślę. Często dostaję za to po głowie. Nie czuję się potępiony, bo dostaję wyrazy poparcia. Czuję się Polakiem i katolikiem, i jestem z tego dumny".
Kilka tygodni później ukazuje się książka Jana Tomasza Grossa "Sąsiedzi" o mordzie w Jedwabnem. Towarzyszy jej gorąca debata na temat polskiego antysemityzmu. Na początku 2001 r. prezydent
Aleksander Kwaśniewski ogłasza, że weźmie udział w lipcowych obchodach 60. rocznicy tragedii. W miejscu, gdzie stała stodoła, w której spalono żydowskim sąsiadów, prezydent zamierza przeprosić w polskim imieniu.
Mieszkańcy Jedwabnego nie radzą sobie z przeszłością i z wielką presją, jaka znienacka spadła na niewielkie miasteczko. Poseł Kamiński zapewne wyczuł koniunkturę (Jedwabne leży w jego okręgu wyborczym, a wybory coraz bliżej!). Przybywa do miasteczka z pomysłem na list otwarty mieszkańców Jedwabnego oraz ideą założenia przez nich "komitetu obrony dobrego imienia miasta".
Komitet powstał, wydał nawet kilka stanowisk. Oto próbka stylu: "Rozumiemy pragnienie Żydów, by na miejscu spalonej stodoły stanęła macewa, lecz stanowczo sprzeciwiamy się budowie Ściany Płaczu. Czyżby Jedwabne miało być drugą Jerozolimą, a Warszawa kolejnym Tel Awiwem?"
Kamińskiego przy tym już nie było. Epizod z Jedwabnego uszedł mu na sucho. Każdy przecież czuł, że poseł tylko odegrał swą rolę - bo taka jest polityka.
Kamiński saute, czyli rozumienie kontekstów "Stawiane mi zarzuty antysemityzmu są absurdalne. Dla każdego, kto mnie zna, jest jasne, że nie jestem antysemitą" - broni się teraz Michał Kamiński. Ma świętą rację. Szkoda tylko, że politykowi
PiS pomyliły się konteksty.
W kontekście politycznym polskiej prawicy delikatny balans na antysemickiej nucie bywa opłacalny i warto raz na jakiś czas go wykonać. Co najwyżej rodzimi krytycy się odezwą, ale zawsze można liczyć na legion bliskich ideowo komentatorów. Gazety i internet zaroją się więc od spostrzeżeń, że oskarżenia o antysemityzm są w Polsce "pałką na przeciwników politycznych". Że problem jest "wydumany". Że został "nadmuchany" przez ludzi, którzy z racji swej "przeszłości i pochodzenia" są "przewrażliwieni". Że ludzie ci wywołują "nieistniejące upiory" ze "strachu przed polskim społeczeństwem". Warto wskazać też na absurdy "politycznej poprawności".
Jednak kontekst europejski jest zupełnie inny. Nie ma w nim miejsca na mruganie okiem. Nie można liczyć na wyrozumiałych adwokatów, którzy każde plugastwo obrócą w niewart wspomnienia lapsus. I dlatego słowa Kamińskiego sprzed lat, zacytowane teraz w brytyjskiej prasie, podane "saute", ogołocone z kontekstu polskiej debaty, zabrzmiały tak szokująco.
"Istotą bycia młodym w polityce jest pewien radykalizm. Kto za młodu nie był radykałem, ten na starość będzie cyniczny" - mówił Kamiński w 2000 r. w wywiadzie dla "Kuriera Porannego".
Sprawy miały się jednak inaczej: Kamiński został radykałem z cynizmu. Z tych samych przyczyn otarł się nawet o antysemityzm. I za ten cynizm brytyjskie lanie mu się należało.