List otwarty do administracji Obamy podpisany przez ponad dwudziestu polityków, byłych ambasadorów i analityków z Europy Środkowej i Wschodniej ("Zostań z nami, Ameryko" "Gazeta" 18 lipca) musi budzić zdziwienie, a nawet pewne zakłopotanie. Gdyby taki tekst powstał wyłącznie jako raport któregoś z think-tanków, byłby zapewne przedmiotem dyskusji jako tekst analityczny. Można byłoby się spierać o precyzję diagnozy i trafność rekomendacji. Jednak jeśli taki tekst firmują takie polityczne gwiazdy jak Wałęsa, Havel i Constantinescu, to wiadomo, że chodzi o manifest polityczny byłych prezydentów, premierów i ministrów, a zatem intencja jest stricte polityczna. Wykonanie budzi jednak poważne wątpliwości.
Rzecz jasna jest w tym liście wiele tez i ocen oczywistych, z którymi łatwo się zgodzić, jak choćby teza o konieczności utrwalania strategicznych związków pomiędzy Europą i Ameryką lub wstydliwa (dla Waszyngtonu) sprawa wiz
USA dla Polaków, które na szczęście już nie mają dla nich takiej wartości jak jeszcze 10-15 lat temu. Gorzej, gdy sygnatariusze listu całkiem otwarcie krytykują wiele aspektów polityki zagranicznej obecnej administracji.
Chodzi naturalnie nie o to, że nie powinni tego robić lub nie ma powodów do takiej krytyki. Trzeba mieć jednak do nich pretensję, że milczeli albo nawet sponsorowali jeszcze kilka lat temu prawdziwy okres "błędów i wypaczeń" w polityce zagranicznej USA. Chodzi nie tylko o sprawę fatalnej wojny przeciwko Irakowi, lecz także o szkodliwe dla Europy, a nawet całego Zachodu, dzielenie Europy na starą i nową. Nawet nie próbuję zgadnąć, dlaczego wtedy nie zabierali głosu. Szkoda, że tego nie robili, gdy sprawowali ważne urzędy, bo być może pomogliby ustrzec się naszemu wielkiemu sojusznikowi przed poważnymi błędami. Nie ulega wątpliwości, że niektóre ważne nowe elementy w polityce Waszyngtonu lub problemy, o których piszą autorzy listu, mają swoje źródła w tamtym niedobrym okresie.
Zakłopotanie musi budzić także nietrafność oceny dzisiejszej sytuacji Europy Środkowo-Wschodniej. Ta ocena jest wyraźnie naciągana - właśnie polityczna. Nasz region, choć zapewne nie wszystkie kraje w takim samym stopniu, znajduje się w najbardziej bezpiecznej sytuacji w całej swojej historii. Jest objęty solidnymi, faktycznymi i materialnymi gwarancjami szeroko pojętego bezpieczeństwa pochodzącymi z przynależności do NATO i Unii Europejskiej. Nie zmieni tego retoryka słabnącej Rosji ani rozmowy Waszyngton - Moskwa o ograniczeniu zbrojeń strategicznych. One nie są prowadzone, jak chcą niektórzy komentatorzy i politycy, ponad naszymi głowami.
Nie ma takiej praktyki, aby w rozmowach na temat nowego porozumienia START miał uczestniczyć np. prezydent Kaczyński, tylko po to, aby one nie były "ponad naszymi głowami". Nie ma najmniejszych powodów, aby sądzić, że takie ewentualne porozumienie może szkodzić naszym interesom bezpieczeństwa. Sygnatariusze listu niby popierają te rozmowy, ale obwarowują je tyloma zastrzeżeniami, że wrażenie jest odwrotne.
Przypadek Gruzji niczego nowego nie dowodzi, jeśli chodzi o politykę Rosji. Jej zachowanie było obliczone na utrzymanie status quo. Owszem, można było mieć zastrzeżenia do reakcji, a właściwie jej braku ze strony administracji Busha.
Gruzja była quasi-sojusznikiem USA. Ale przypomnijmy milczenie Waszyngtonu, gdy
Rosja dwukrotnie masakrowała Czeczenię. Pamiętam dobrze dezaprobatę mojego amerykańskiego kolegi, gdy na forum Komisji Praw Człowieka ostro potępiłem postępowanie Rosji w Czeczenii. Zatem i tutaj nic nowego.
Szczególnie nietrafne jest uznanie przez sygnatariuszy listu sprawy ewentualnych baz w Polsce i Czechach amerykańskiego systemu antyrakietowego za test na wiarygodność amerykańskich zobowiązań wobec naszego regionu. Autorzy zdają się zapominać, że w wersji administracji Busha miały one służyć bezpieczeństwu Ameryki przed ewentualnym atakiem ze strony Iranu. Mówiąc delikatnie, nie było to ścisłe.
W znakomitym wywiadzie dla "Gazety" (18 kwietnia) Steve Larrabee uznał ten projekt za "biznesowo-ideologiczny", który Amerykanie chcieli uzgodnić z rządami Czech i Polski ponad głowami obywateli tych krajów. Jeśli zatem dzisiaj polityka bezpieczeństwa USA staje się racjonalna i szuka innych, bardziej optymalnych i adekwatnych opcji rozwiązania tego problemu, to trzeba się cieszyć, a nie bić na alarm. Czyniąc tak, dajemy jedynie satysfakcję Rosji. Ona zresztą nie jest tak groźna, jak nasze o niej wyobrażenie. Słabości rekompensuje retoryką, na którą niektórzy nadal dają się nabierać. To jej sytuacja jest nie do pozazdroszczenia, nie nasza. My możemy sobie pozwolić na siłę spokoju. Podejrzenie, że Moskwa nie zaakceptowała naszej suwerenności lub członkostwa w UE i NATO należy dzisiaj do sfery political fiction.
Znaczenie Europy Środkowo-Wschodniej w polityce Waszyngtonu było trochę przewartościowane w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Wiemy, z jakich powodów, więc nie będę ich tu przypominał. Powrót do normalności nie oznacza katastrofy ani nie powinien skłaniać do paniki. Nasz region nie znajduje się, jak chcą sygnatariusze listu, "na rozdrożu", nie ma tu "oznak nerwowości" ani też nie "zbierają się ciemne chmury nad horyzontem polityki zagranicznej państw regionu". Owszem, są problemy, jak zawsze i wszędzie, lecz Ameryka niewiele może nam pomóc w ich rozwiązywaniu (np. bezpieczeństwo energetyczne i kryzys gospodarczy). Dlaczego więc to sztuczne bicie w dzwony i wołanie o pomoc Waszyngtonu?
Tenor tego tekstu sygnowanego przez byłych prezydentów, ministrów i ambasadorów, niezależnie od jego intencji, zdradza jednak drugie, można rzec freudowskie dno. Chodzi z jednej strony o trochę "sierocy kompleks", o potrzebę opieki ze strony silniejszego brata, nawet wtedy, gdy okoliczności tego nie wymagają. Jest to o tyle przykre, że może rodzić wrażenie trudności samodzielnego, dojrzałego radzenia sobie w zupełnie przecież normalnej, jak na politykę międzynarodową sytuacji. A chodzi przecież o samodzielność w łonie potężnego Sojuszu Atlantyckiego i Unii Europejskiej, których może nam zazdrościć większość państw świata.
Z drugiej strony, można w tym liście odnaleźć syndrom "zawiedzionej miłości". Oznaczałoby to jednak, że jego autorzy nie rozumieli do końca kontekstu, który inspirował ich polityczne uczucie do Stanów Zjednoczonych. Waszyngton dawał w swoim czasie powody do miłości, ponieważ dawał złudzenie znaczenia i prestiżu, wtedy, gdy, nieco upraszczając, chodziło o udział naszych żołnierzy w budowie lepszego świata. Szkoda, że nie dostrzegano w ówczesnej polityce Waszyngtonu "politycznego realizmu", który dzisiaj jest w tym liście krytykowany.
Silne więzy z USA muszą być budowane na gruncie politycznego realizmu z obu stron. Jest wystarczająco wiele tego, co łączy, w tym wartości, interesy gospodarcze i bezpieczeństwa, aby mieć zaufanie do trwałości relacji USA - Europa Środkowo-Wschodnia. Oczywiście to wymaga stałego, organicznego wysiłku z obu stron.
Wątpię, czy służy temu budowanie nieadekwatnej wizji regionu zagubionego, niepewnego siebie lub wręcz przestraszonego Rosją. Tworzenie takiej wizji i bezpodstawny lament nie wzbudzą respektu w Waszyngtonie ani Brukseli. Mają tam prawo sądzić, że ogromny wysiłek, pomoc i zmiany, które dokonane zostały w ciągu ostatnich dwudziestu lat, czynią nasz region stabilny wewnętrznie i bardziej dojrzały w stosunkach zewnętrznych.
* Roman Kuźniar, profesor, doradca ministra obrony, wykładowca Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW Co było w liście do administracji Obamy Grupa byłych prezydentów, premierów i ministrów z krajów dawnego bloku wschodniego w liście do prezydenta USA przedstawionym w zeszłym tygodniu w Waszyngtonie ostrzega, że traktowany dotychczas jako pewnik bliski sojusz regionu z Ameryką przechodzi najtrudniejszą próbę.
„Gdy nowa administracja Obamy wyznacza priorytety swej polityki zagranicznej - czytamy - nasz region jest jednym z tych, o które Amerykanie przestali się martwić. Chwilami mamy wrażenie, że polityka USA była [tu] tak udana, że wielu amerykańskich urzędników doszło teraz do wniosku, iż nasz region (...) można »odfajkować « i skupić się na innych kwestiach strategicznych. Wielu zakłada, że proatlantyckie nastawienie regionu, jego stabilność i dobrobyt będą trwały wiecznie. To pogląd przedwczesny".
Autorzy listu ostrzegają, że "Europa Środkowa i Wschodnia jest na politycznym rozdrożu, a w regionie wzrasta nerwowość", m.in. z powodu tego, że "NATO stało z boku", gdy Rosja podczas zeszłorocznej wojny z Gruzją "gwałciła prawo międzynarodowe".
"Witajmy z zadowoleniem zresetowanie stosunków Ameryki z Rosją", gdyż "nikomu bardziej nie zależy na rozwoju demokracji w Rosji i lepszych stosunkach Moskwy z Zachodem" - piszą sygnatariusze, ale ostrzegają Obamę przed zbytnimi ustępstwami. "Z naszych doświadczeń wynika, że bardziej zdecydowana i oparta na wartościach polityka wobec Moskwy nie tylko wzmocni bezpieczeństwo Zachodu, ale sprawi, że Moskwa będzie bardziej skłonna do współpracy".
Najtrudniejszą sprawą może się stać plan budowy w Polsce i Czechach amerykańskiej tarczy antyrakietowej. Umowy z Warszawą i Pragą podpisał rząd George'a W. Busha. Ekipa Obamy wciąż zastanawia się, czy je realizować: "Ta sprawa stała się symbolem wiarygodności Ameryki. Wycofanie się z tego projektu lub zbyt głębokie zaangażowanie Rosji bez konsultacji z Polską i Czechami może podważyć wiarygodność USA".
maw