Sprowokowana przez artykuł Adama Leszczyńskiego
("Triumfy ignorancji", "Gazeta" z 17 czerwca) dyskusja o wadach i zaletach forsowanego w Polsce kształcenia specjalistyczno-technokratycznego wpisuje się w szerszą debatę trwającą od dłuższego czasu nie tylko w naszym kraju. W jej rodzimych ramach coraz częściej słyszane są utyskiwania na niedostosowanie naszego systemu kształcenia do potrzeb rynku, mającego się wyrażać nadmiarem studentów i absolwentów kierunków humanistycznych i społecznych, oraz nawoływania do zmiany profilu powszechnej edukacji w stronę nauk ścisłych i technicznych, rzekomo lepiej przygotowujących do funkcjonowania we współczesnym świecie i aktywności w nowoczesnej gospodarce. Według wyrazicieli tego poglądu mamy za dużo psychologów i politologów, a za mało programistów, inżynierów i technologów.
Do tej opinii najwyraźniej przychyliły się władze państwowe, oferując dopłaty ze środków publicznych dla młodzieży podejmującej
studia na kierunkach technicznych i ścisłych oraz uczelni prowadzących takowe. Zapowiedziane przywrócenie obowiązkowej matury z matematyki ma ponoć zapewnić większą liczbę kandydatów przygotowanych do studiów technicznych i inżynierskich dostarczających gospodarce odpowiednio sprofilowanych kadr.
Pogląd o prymacie nauk ścisłych i technicznych nad humanistycznymi i społecznymi nie odzwierciedla jednak bynajmniej żadnych nowoczesnych trendów, lecz jest reliktem XIX-wiecznego nurtu filozoficzno-światopoglądowego znanego jako pozytywizm, który przeżył ostatni okres znaczących wpływów (jako tzw. neopozytywizm) w pierwszej połowie ubiegłego wieku. W imię ówcześnie rozumianej nowoczesności zwalczał on to, co dziś nazywamy humanistyką, i forsował kult "naukowości" utożsamianej z wiedzą faktograficzną o "realnym" (czyli fizycznym) świecie pozwalającą na jego kształtowanie i urabianie. Inżynier był naukowym i społecznym ideałem tego światopoglądu triumfującego w epoce uprzemysłowienia, a w Polsce mającego silną ekspozyturę jako tzw. pozytywizm warszawski w drugiej połowie XIX w. oraz filozoficzna
szkoła lwowsko-warszawska w okresie międzywojennym.
Choć od tego czasu nastąpiło kilka antypozytywistycznych przełomów demaskujących płycizny, uproszczenia i sprzeczności tego poglądu o świecie i nauce, ma on w niektórych środowiskach nadal bezkrytycznych zwolenników (by nie powiedzieć - wyznawców). Należą do nich twórcy profilu i programu polskiego szkolnictwa powszechnego. Idąc w ślady swych prekursorów z dwóch ubiegłych stuleci, wierzą oni naiwnie, że wiedza rodzi się z gromadzenia i uogólniania danych faktograficznych, a jej kluczowymi dziedzinami są nauki przyrodnicze i ścisłe. Stosownie do tych wyobrażeń polska szkoła maltretuje uczniów wtłaczaniem im do głów niezliczonej liczby faktów, a przedmioty przyrodnicze górują ilościowo i zakresowo w planach nauczania nad humanistycznymi. Czy to nie jest aby jedną z przyczyn, dla których absolwenci mają dosyć wieloletniego wkuwania matematyki, fizyki i biologii, więc gdy tylko mogą swobodnie wybierać profil własnego kształcenia w szkołach wyższych, garną się do filozofii, psychologii czy socjologii, których w obowiązkowej edukacji szkolnej im skąpiono?
Ale epigoni pozytywizmu wiedzą swoje i twierdzą, że niechęć uczniów i studentów do wiedzy ścisłej i przyrodniczej wynika z jej wyższego stopnia trudności, większych wymagań stawianych adeptom, co ma dowodzić jej wyższej wartości. Chętnie zmusiliby maturzystów, aby także na studiach uczyli się więcej matematyki i fizyki (zgodnie ze szkolną zasadą "więcej tego, czego nie lubicie"), a poniechali "mętnej" i rzekomo nieprzydatnej "łatwizny" humanistycznej. Nie chcą dostrzec ani wyciągnąć wniosków z faktu, że w zachodniej Europie i
USA system i treści edukacji są akurat zupełnie inne, a to właśnie tam poziom gospodarki, liczba noblistów czy liczba patentów przewyższają nasze osiągnięcia, o poziomie szeroko rozumianej kultury nie mówiąc.
Do wezwań do zwiększenia roli przedmiotów ścisłych i wiedzy technicznej w edukacji wnikliwie i krytycznie na łamach "Gazety" już rok temu (28-29 czerwca 2008) odniosła się Martha Nussbaum, autorka wydanej niedawno po polsku książki "W trosce o człowieczeństwo. Klasyczna obrona reformy kształcenia ogólnego". Podniosła ona, że ludzie wykształceni i ukształtowani w profilach techniczno-inżynierskich są bardziej skłonni do przyjmowania i powielania schematów mentalno-światopoglądowych, podatni na techniki manipulacji i inżynierię społeczną.
Użytkownicy równań, wzorów, regułek i algorytmów mają inklinację do wyobrażania sobie także życia społecznego jako podlegającego koniecznym prawom, mechanizmom i technikom, co czyni ich - zdaniem Marthy Nussbaum - niebezpiecznymi dla demokracji oraz pluralistycznego, otwartego społeczeństwa wolnych obywateli. "Kształcenie nastawione na technikę i biznes produkuje ludzi, którzy są konformistyczni, pokorni wobec władzy i nie myślą krytycznie o propagandzie, którą im podsuwają politycy. Nie potrafią też zrozumieć cierpienia i uczuć ludzi, którzy się od nich różnią". Rzeczywiście, cierpienie nie jest pojęciem technicznym, a uczuć nie da się opisać przy pomocy równań. Martha Nussbaum nadzieję widzi w tym, że amerykańskie uczelnie są prywatne i nie ulegną administracyjnej czy rynkowej presji na promowanie wąskozakresowego kształcenia inżyniersko-technicznego.
W Polsce najważniejsze uczelnie są jednak publiczne i przynajmniej na administracyjną presję znacznie bardziej podatne, a praktyka polityczna potwierdza obawy Marthy Nussbaum. Za rządów PiS otwarcie dezawuowano niepokornych humanistów i zbuntowanych intelektualistów, deklarując stworzenie własnego zaplecza społecznego w oparciu o inteligencję techniczną. Okoliczność, że głoszący taki program Ludwik Dorn (skądinąd sam będący socjologiem) jest aktualnie skłócony z liderem PiS, nie podważa tych zamysłów i nie oddala związanych z nimi zagrożeń.
Ludzie o wąskospecjalistycznym wykształceniu techniczno-inżynierskim często są istotnie bardziej podatni na polityczną agitację i ideologiczne sugestie, wykazując się ignorancją w rozpoznawaniu ich bałamutności. Wykształcenie matematyczne i ścisłe myślenie nie chroni bynajmniej przed przyjmowaniem i wyznawaniem najgłupszych - łącznie ze spiskowymi - wizji rzeczywistości. Obowiązkowa
matura z matematyki też od nich nie ustrzeże - a mogłaby solidna porcja nauk społecznych.
I proszę już nie powtarzać, że potrzeba kilkunastoletniego nauczania matematyki zwieńczonego obowiązkową maturą, aby Polacy umieli obliczać odsetki od depozytów czy kredytów w banku oraz wymiar podatku dla urzędu skarbowego. Zwłaszcza że przywracaniu matematyki na maturze towarzyszą pomysły ograniczenia zakresu nauczania podstaw przedsiębiorczości obecnych w programie szkolnym dopiero od niedawna w nader skromnym wymiarze.
A jak ujawnił na tych łamach już w zeszłym roku Piotr Cieśliński ("Gazeta" z 1 października 2008 r.), rynkowa kariera wyrafinowanych instrumentów finansowych, których upowszechnienie doprowadziło do kryzysu amerykańskiego systemu bankowego i w rezultacie do załamania gospodarki światowej, była dziełem fizyków i matematyków opracowujących skomplikowane modele funkcjonowania tych derywatów. Powinno to dodatkowo dać do myślenia zwolennikom zwiększania obecności w polskim systemie kształcenia przedmiotów ścisłych jako mających przyczynić się do podniesienia poziomu polskiej gospodarki.
W dyskusji o stanie polskiej edukacji głos zabrali już:
*Janusz A. Majcherek jest profesorem w Instytucie Filozofii i Socjologii krakowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego