http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Tragedia optymistyczna

Witold Gadomski
2009-07-09, ostatnia aktualizacja 2009-07-08 16:20

Łyse ma dwa diamenty. Palmy i zakłady mięsne Bałdygi. Tyle że palmy były tu zawsze, a JBB powstały w ostatnich latach - mówi wójt Wiesław Kowalikowski.

8 lipca, Łyse na Kurpiach. Józef Bałdyga przed spalonymi budynkami swoich zakładów mięsnych
fot. Przemysław Skrzydło / Agencja Gazeta
8 lipca, Łyse na Kurpiach. Józef Bałdyga przed spalonymi budynkami swoich...
ZOBACZ TAKŻE
- Zaczęli już dawać wypowiedzenia porannej zmianie - mówi młody mężczyzna stojący w grupce podobnych do siebie wiejskich chłopaków. - Podobno jutro będą wypowiedzenia dla zmiany popołudniowej.

Mężczyźni stoją na skraju lasu, przyglądając się zgliszczom dwóch hal zakładów mięsnych JBB. Komentują akcję strażaków. Przeważają opinie, że nie była szczytem sprawności. Nie sposób powiedzieć, czy są sprawiedliwe.

Łyse płaczą i patrzą na pożar

Pożar wybuchł po południu, 29 czerwca, gdy w zakładach JBB trwała produkcja. Prawdopodobnie zapaliły się plastykowe beczki z ropą, a upał i wiatr zrobiły resztę. Właściciel zakładów Józef Bałdyga wyklucza celowe podpalenie. W metalowych halach jest mimo wszystko wiele materiałów łatwopalnych - plastykowe wykładziny, urządzenia chłodnicze, meble, tłuszcze. Nim przybyła straż pożarna, ogień przerzucił się do drugiej hali. Kilkadziesiąt jednostek, które przybyły między innymi z oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów Ostrołęki i Łomży, mogło jedynie zabezpieczać teren, by nie dopuścić do rozprzestrzenienia się pożaru na lasy, które otaczają zakłady.

Uratował się budynek administracyjny, do którego udało się przenieść kilka lżejszych urządzeń. Pracownicy bezradnie przyglądali się, jak pożar trawił ich miejsca pracy. Niektórzy wynosili dokumenty, krzesła, monitory komputerów. Niewiele można było uratować. Drogie maszyny były zbyt ciężkie, by je wynieść z ognia. Kobiety płakały, jakby to palił się ich dom. Wszyscy wiedzieli, że katastrofę odczuje cała gmina, że już nic nie będzie takie jak wcześniej.

Według Pawła Frątczaka, rzecznika prasowego komendanta głównego Państwowej Straży Pożarnej, pożar w Łysych był jednym z największych w Polsce. Akcja była bardzo trudna. Na razie nikt nie potrafi powiedzieć, jak to się stało, że pożar tak szybko strawił jeden z najnowocześniejszych w Polsce, spełniający wszystkie normy zakład.

- Nie dopuściliśmy do zapłonu zbiorników z olejem opałowym. Gdyby do tego doszło, ogień szybko mógł przenieść się na stojące w pobliżu samochody, a to groziło wybuchami. Mogli zginąć ludzie - twierdzi Jarosław Wilga, komendant Państwowej Straży Pożarnej w Ostrołęce.

Kurpiowskie diamenty

Ludzie przez kilka dni pracowali, wywożąc spalone mięso, które w upale szybko się rozkładało. Potem dezynfekowali zakłady. Nikt nie sprawdzał listy obecności, zresztą do pracy przychodzili nawet ci, którzy w JBB nie byli zatrudnieni. Wszyscy wiedzą, że im szybciej firma się odbuduje, tym szybciej do Łysych powróci względny dobrobyt.

Gmina Łyse położona jest na piaszczystej Równinie Kurpiowskiej. Ziemia jest słaba - piaski nadające się raczej pod zalesienie niż uprawę zboża. Lepsze są łąki i pastwiska, dzięki którym gmina ma dobrze rozwiniętą hodowlę krów. Lasy Puszczy Zielonej są atrakcyjne, choć przez turystów nieodkryte.

- Łyse ma dwa diamenty - mówi wójt Wiesław Kowalikowski. - Palmy i zakłady mięsne Bałdygi. Tyle że palmy były tu zawsze, a JBB powstały w ostatnich latach.

Zapomnianą tradycję strojenia kurpiowskich palm w końcu lat 60. reaktywował proboszcz Adolf Pogorzelski. Dzięki palmom Łyse - matecznik Kurpiów - są raz do roku obecne w telewizji, która relacjonuje konkurs na najwyższą i najpiękniejszą palmę. W tym roku przyjechał nawet prezydent Kaczyński. Kurpie tradycyjnie głosują na prawicę. Ludzie są tu pobożni. Przed wojną silne wpływy miała endecja, dziś wygrywa PiS, choć wójt zarzeka się, że obecność oficjeli z Warszawy wcale go nie cieszy.

- Powiedzieć, że JBB to największy zakład w gminie, to zbyt mało - mówi wójt. - To jeden z największych w powiecie ostrołęckim. Podatki, które wpłaca do kasy gminnej - 8 mln zł rocznie - stanowią 80 proc. dochodów własnych gminy.

Gmina ma 8,6 tys. mieszkańców, a w JBB pracowało ostatnio 1,5 tys. osób. To znaczy, że niemal każda rodzina miała kogoś w zakładach. Dzięki zarobkom w JBB Łyse i okoliczne wsie - Lipniki, Złota Góra, Wejdo, Pupkowizna, a nawet wsie w sąsiednich gminach - wzbogaciły się w ostatnich latach. Widać to gołym okiem - dużo nowych domów, niemal przy każdym stoi samochód. Podobno większość na kredyt. Bezrobocie w gminie Łyse było dotychczas najniższe w całym powiecie, a może w całej północno-wschodniej Polsce, nazywanej czasami Polską B. Zakłady mięsne jak odkurzacz wchłaniały siłę roboczą. Jeszcze na początku dekady pracowało w nich 300 osób, w 2005 - 900. Gdyby nie pożar i kryzys gospodarczy, zatrudnienie w JBB wkrótce mogłoby przekroczyć 2 tys. Druga co do wielkości prywatna firma w gminie PPHU Kiernozek zatrudnia 20 osób.

- Często rozmawiałem z Bałdygą - mówi wójt Kowalikowski. - On naprawdę czuje odpowiedzialność za tych ludzi. Mówił mi: "Wiesiu, chyba już czas się zatrzymać. Mam wszystko, co zamierzałem". Ale natychmiast dodawał: "Przecież ludzie potrzebują pracy. Muszę dalej inwestować". Wszyscy go tu lubią, bo się nie wywyższał, choć za palenie papierosów przy pracy wyrzucał. Teraz jest w potrzebie i cała gmina mu pomoże, bo w ten sposób każdy pomoże sobie.

Mała prywatyzacja

Józef Bałdyga był najmłodszym pracownikiem masarni w Łysych należącej do Gminnej Spółdzielni. Kiedyś szef GS przyszedł do niego i powiedział: "Zostaniesz, Józiu, kierownikiem". Podobno nikt inny nie chciał się zgodzić.

- W tej masarni uczyłem się zawodu - mówi. - Zaczynałem na praktykach uczniowskich. Wiem wszystko o przetwórstwie mięsa i produkcji wędlin.

W PRL Gminne Spółdzielnie były na wsiach ważną instytucją gospodarczą. Miały monopol na handel towarami dla rolników, na skup, małą produkcję. Nikt w nich nie myślał o wydajności i kosztach. Gdy nastał w Polsce wolny rynek, musiały się rozpaść lub szybko przekształcić w bardziej efektywne firmy. Masowo pozbywały się majątku, który kupowali pracownicy lub lokalni przedsiębiorcy. To był masowy proces ważny nie tylko z ekonomicznego, ale też społecznego punktu widzenia. W ten sposób rodziła się lokalna klasa średnia. Niemal w każdej gminie jest dziś jedna lub kilka prywatnych firm powstałych dzięki prywatyzacji majątku GS-ów lub małych lokalnych przedsiębiorstw.

Ale mało który przedsiębiorca odniósł taki sukces jak Józef Bałdyga. W 1992 roku kupił masarnię za 3 mld starych złotych. Wziął kredyt, zatrudnił kilkunastu pracowników, którzy wcześniej pracowali dla GS. Maszyny wziął w leasing i zaczął budować nowoczesny zakład. W tym czasie wielu kiepskich przedsiębiorców najpierw brało w leasing mercedesa, a potem zastanawiało się, jak go spłacić.

  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':