Zastanawialiśmy się, czy w ogóle warto kruszyć kopie, podejmując polemikę z takimi tekstami jak "Rewolucja homoseksualna" Tomasza P. Terlikowskiego zamieszczonego na łamach "Rzeczpospolitej". Byliśmy gotowi potraktować jego artykuł jako klasyczny przykład, że papier jest cierpliwy i zniesie każdą brednię. Jednak po zastanowieniu doszliśmy do wniosku, że formułowane przez katolickiego publicystę argumenty, jak i sam wydźwięk tekstu, który radośnie został przyjęty w konserwatywnych kręgach, na tyle fałszuje rzeczywistość, że nie można zostawić go bez odpowiedzi.
Terlikowski w tyradzie przeciw środowiskom homoseksualnym stwierdza, że chcą one dokonać reinterpretacji "judeochrześcijańskiego rozumienia rodziny i wyrosłej z niego cywilizacji". Zarzut poważny, ale tylko na pierwszy rzut oka. Po bliższym przyjrzeniu się rodzi same pytania i wątpliwości.
Małżeństwo odwieczne? Nieprawda Nie wiadomo, czy autorowi chodzi o małżeństwo cywilne (świeckie) czy kościelne (religijne). Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że Terlikowski (nie tylko zresztą on, ale większość tzw. katolickich konserwatystów ) oba typy małżeństw ze sobą utożsamia, co ani w polskim, ani w zachodnim kontekście nie ma najmniejszego uzasadniania. Dlaczego? Ano dlatego, że polskie małżeństwo cywilne nie jest w żadnym wypadku tożsame z małżeństwem kościelnym. Tylko w wypadku tzw. małżeństw konkordatowych małżeństwo kościelne może rodzić skutki na gruncie polskiego prawa, ale katolickie rozumienie małżeństwa nie ma żadnego wpływu na jego skutki cywilno-prawne. Cywilne małżeństwo można rozwiązać przez rozwód, co w Kościele katolickim nie jest niemożliwe. Małżeństwo, jak wiemy, jest dla katolików sakramentem. Rzeczą świętą. Z drugiej strony unieważnione przez sąd kościelny małżeństwo pozostaje małżeństwem, dopóki świecki sąd nie orzeknie jego rozwiązania. Jak widać, inaczej małżeństwo definiowane jest na gruncie kościelnym, inaczej na gruncie prawa świeckiego.
Katoliccy konserwatyści utrzymują również, że "rewolucja gejowska" chce oddzielić małżeństwo od zdolności do prokreacji. Otóż takiej zależności w polskim prawie nie ma już od ponad pół wieku! W Polsce nie wymaga się zaświadczeń o płodności (zdolności prokreacyjnej małżonków), a małżeństwo cywilne mogą zawierać mężczyźni i kobiety, których wiek wyklucza jakąkolwiek możliwość prokreacji. Nawet nieskonsumowanie małżeństwa nie może być powodem do jego unieważnienia, ale tylko do rozwodu. To nie "rewolucja gejowska" dąży do oddzielenia małżeństwa od możliwości posiadania dzieci - polskie prawo małżeńskie oddzieliło je już ponad 60 lat temu.
Terlikowski i większość społeczeństwa nie zdają sobie sprawy także i z tego, że definicja małżeństwa jako dobrowolnego, równorzędnego związku mężczyzny i kobiety funkcjonuje w polskim prawie od zaledwie 1945 roku. A to oznacza, że jest czymś nowym. Wcześniej o możliwości zawarcia małżeństwa decydował stan społeczny, wiek, religia małżonków i m.in. zdolność rozrodcza. Jeszcze do XIX wieku prawo pozwalało, by mąż bił żonę kijem lub rózgą - to uprawnienie męża nazywano uroczo correctio charitativa, „życzliwe upomnienie”. Skoro zatem w ciągu dziejów dokonywała się redefinicja małżeństwo, to musimy sobie postawić pytanie, czy obecna definicja świeckiego małżeństwa nie może być rozszerzona na pary jednopłciowe? Przy próbie znalezienia odpowiedzi powinniśmy się jednak kierować nie tyle emocjami, ile spokojnymi, rzeczowymi i merytorycznymi argumentami.
Katolickim konserwatystom wydaje się, że nie muszą zawracać sobie głowy takimi niuansami. Mówią przecież do społeczeństwa, które jest w przygniatającej większości - wedle sondaży - katolickie, a więc pewne sprawy niejako zakłada się z góry, że są jasne i proste. Przekonuje się więc, że w tradycji judeochrześcijańskiej małżeństwo jest nie tylko "odwieczne", ale i "niezmienne". Tyle że to nieprawda.
Poligamia też tradycja Przypomnijmy: w czasach Jezusa z Nazaretu poligamia była na porządku dziennym wśród wyższych sfer żydowskich, i choć zanikała, to judaizm potępił ją dopiero około VI po Chrystusie. Próżno również szukać w Biblii stwierdzeń Jezusa, który walczyłby jak lew z praktyką poligamii. A przecież, gdyby Mistrz z Nazaretu uważał, że poligamia uderza w sedno przynoszonego przez niego orędzia na temat związku kobiety i mężczyzny, to niewątpliwie zwalczałby ją z taką samą mocą, z jaką zwalczał obłudę faryzeuszy.
Zwolennicy tradycyjnego małżeństwa z lubością powołują się na słynne zdanie Jezusa z 19. rozdziału Ewangelii Mateusza, w którym mówi on, że mężczyzna i kobieta stają się jednym ciałem. Tyle że to zdanie jest rabinicznym stwierdzeniem, którego celem było ukrócenie praktyki rozwodu, w którym zawsze poszkodowana byłaby kobieta (Jezus cytuje tu zresztą myśl rabbiego Szammaj), który potępiał rozwód zwany "z jakiegokolwiek powodu"). Zdanie to ma zatem niewiele wspólnego z definicją małżeństwa jako związku jednego mężczyzny plus jednej kobiety w celu płodzenia potomstwa. Nie tylko zresztą to - religijni fundamentaliści muszą się dobrze postarać, by w Biblii odnaleźć choćby jeden przykład małżeństwa jako związku jednego mężczyzny i jednej kobiety na równych prawach zawartego w celu prokreacji.
Małżeństwo jako związek jednego mężczyzny i jednej kobiety jest nie tyle wytworem cywilizacji judeochrześcijańskiej, ile raczej prawodawstwa rzymskiego, które wymusiło pewne zachowania na wyznawcach wielu różnych religii. Z wyjątkiem jednej, rzadkiej formy małżeństwa zwanej confarreatio (o dość mglistym znaczeniu religijnym), małżeństwo w prawie rzymskim było sprawą świecką bez żadnych skutków religijnych. Mężczyzna swoją żonę albo zwyczajnie kupował (coemptio), albo nabywał przez zasiedzenie (uzus). Dopiero z czasem chrześcijaństwu, które stawało się religią panującą, udało się połączyć skutki prawne zawarcia małżeństwa z chrześcijańską ceremonią religijną. Jednak od XVI wieku przede wszystkim za sprawą reformacji małżeństwo ulega ciągłym przeobrażeniom - np. kościoły reformacyjne przestały uważać małżeństwo za sakrament (w odróżnieniu od Kościoła rzymskokatolickiego), a od czasu Napoleona małżeństwem coraz intensywniej zajmuje się prawo świeckie.
Jak na dłoni widać, że małżeństwo w rozumieniu Polskiego Kodeksu Rodzinnego i Opiekuńczego z 1964 roku, gdzie jego zawarcie jest uzależnione od zgodnego oświadczenia woli mężczyzny i kobiety, którzy mają w nim równe prawa i obowiązki, z prawem małżeńskim z czasów Jezusa, czy nawet sprzed stu lat, ma niewiele wspólnego. Może więc przestańmy karmić się bajkami o "tradycyjnym małżeństwie", bo - na dobrą sprawę - do której tradycji się odwołać. Poligamii? Kupowania żony? Niektórzy pewnie z takiego obrotu sprawy byliby nawet zadowoleni.
Jeśli zatem zostawimy na boku małżeństwo religijne, do którego państwo nie powinno się mieszać, to pozostanie nam troska katolickich konserwatystów o małżeństwo świeckie. Przekonują oni, że rozciągnięcie go na pary jednopłciowe skończy się kulturowym Armagedonem. To argument ciut bardziej racjonalny i zasługujący na poważniejszą dyskusję. Ale takiej dyskusji w Polsce na razie nie widać.
Jest natomiast naszą specyfiką, by w debacie na temat niedyskryminowania homoseksualistów pokazywać ekstremalne zachowania parad gejowskich z Zachodu. Taki zabieg jest racjonalny z punktu widzenia katolickich konserwatystów: ma bowiem przekonać Polaków, że homoseksualiści to nieokiełznane zwierzęta w ludzkich skórach, którym jedynie żądze i przyjemności w głowie. Zgoda, i nie ma co kryć, że w czasie różnych parad dochodzi do wystąpień mających z dobrym smakiem i zachowaniem niewiele wspólnego. Stąd uzasadnione i oburzenie, i niesmak. Sęk w tym, że w swoim oburzeniu na przykład katolicki, biały i heteroseksualny publicysta Terlikowski sam takie zachowanie naśladuje, porównując praktyki homoseksualne do zoofilii, co może - naszym zdaniem - potwierdzać prawicowe tezy o wpływie "propagandy homoseksualnej" na resztę społeczeństwa.
Skrajnością w łeb Tyle że epatowanie skrajnościami to droga w ślepy zaułek. Bo to tak, jakby rodziny heteroseksualne opisywać przez pryzmat małżeństwa z Łodzi, które zabijało swoje dzieci i umieszczało je w beczce. W Łodzi krąży nawet na ten temat okrutny żart. Pytanie: "Co to jest tradycyjne małżeństwo?". Odpowiedź: "Mąż i żona plus beczka". Czy więc na podstawie takich skrajnych i patologicznych przypadków mamy wnosić, że każde małżeństwo heteroseksualne jest zagrożeniem dla dzieci? Idźmy dalej: czy jeśli chcemy opisać polski katolicyzm, to za jego normatywną twarz uznamy ks. Tadeusza Rydzyka i jego medialno-antysemickie imperium? Uproszczenie? Zgoda, tyle że właśnie za pomocą takich pałek z homoseksualistami walczą katoliccy publicyści. Zło i zdziczenie dostrzegając w ich szeregach, nigdy we własnych.
Jeśli obedrze się człowieka o preferencji homoseksualnej z godności, można go już potem obrażać do woli. Że jest profanatorem czy rozwiązłym zboczeńcem, który tylko marzy o tym, żeby wziąć ślub z kozą (lub kozłem) i w ten sposób nawrócić na "homoseksualizm" dzieci. Bo, jak poucza historia, homoseksualizm bierze się z gejowania rodziców - heteroseksualni rodzice zawsze wychowują heteroseksualne dzieci. Zapomina się przy tym, że - w optyce chrześcijańskiej - także homoseksualista to osoba stworzona na obraz i podobieństwo Boga. To nasze siostry i bracia.
A w Polsce to głównie
Kościół za pomocą swoich prawicowych szermierzy słowa i myśli staje do walki z homoseksualistami. Nie bierze przy tym pod uwagę, że wielu z jego wiernych to osoby o orientacji homoseksualnej. Można zrozumieć nauczanie Kościoła rzymskokatolickiego na temat gejów, gdzie potępia się czyny, ale szanuje osobę. Tyle że dziś nie tylko potępia się czyny, ale przede wszystkim gardzi się osobami. Czy naprawdę dominujący Kościół w Polsce nie może zmienić języka i nastawienia do homoseksualistów? I czy kiedykolwiek doczekamy się takiego listu duszpasterskiego, jaki napisali katolicy liderzy Kalifornii z abp. Rogerem M. Mahonym na czele, gdy pod koniec 2008 roku ten największy stan
USA głosował nad ósmą poprawką, która zdefiniowała małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, zakazując małżeństw jednopłciowych, które były tam wtedy dozwolone?
Małżeństwo kobiety i mężczyzny jest fundamentem społeczeństwa - stwierdzili biskupi. Ale zaraz dodali: "Wasza nieodzowna wartość jako istot ludzkich i jako braci i sióstr pozostaje bez zmian. Jeśli kiedykolwiek myślelibyśmy, że propozycja tej poprawki mogłaby zranić was lub kogokolwiek innego w stanie Kalifornia, nigdy byśmy jej nie poparli. Jesteśmy osobiście bardzo wdzięczni za świadectwo i służbę tak wielu oddanych i hojnych homoseksualnych katolików. Przysięgamy nasze oddanie w obronie waszej godności".
Zapytajmy na koniec: czy dla chrześcijaństwa i nauczania Mistrza z Nazaretu może być większa szkoda niż ta, gdy pod jego sztandarem i w jego imię odziera się ludzi z godności i poniża?
*Jarosław Makowski jest teologiem i publicystą. Autorem książki "Kobiety uczą Kościół".
Kazimierz Bem jest doktorem prawa, studiuje teologię na Yale Divinity School, przygotowuje się do bycia pastorem w Kościele ewangelicko-reformowanym.