Adam Leszczyński: Urodził się pan w Szwecji, mieszka pan w Kanadzie, a napisał pan książkę o Żydach ukrywających się "po aryjskiej stronie" w okupowanej Warszawie. Dlaczego? Gunnar S. Paulsson: Moja mama była warszawianką pochodzenia żydowskiego, w Warszawie się ukrywała. Jej mąż, Polak i akowiec, zginął w Buchenwaldzie. Mama przeszła przez obozy w Niemczech, uratował ją szwedzki Czerwony Krzyż. Trafiła do Szwecji, gdzie poznała mego ojca. Pierwsze słowa wypowiedziałem po szwedzku. Mamie udało się jednak szybko ściągnąć babcię z Polski i chyba wcześnie słyszałem w domu polski.
Małżeństwo Paulssonów trwało krótko. Sąd mnie oddał ojcu - a mama wywiozła do Anglii. W domu mówiliśmy po polsku.
Jidysz też pan słyszał w domu? - Dopiero na uniwersytecie, gdzie potrzebny mi był do badań. Mama ukrywała swe korzenie. Wiedziała, że ciężko być Żydem i chciała mi oszczędzić tego ciężaru.
Mama koniecznie chciała wyjechać z Anglii. Padło na Kanadę, ale ta wymagała od imigrantów konkretnego zawodu. Mama przed wojną skończyła Wyższą Szkołę Dziennikarską w Warszawie. Jej angielski nigdy nie był zbyt dobry, więc pracowała jako maszynistka, a tego zawodu nie było na liście. Znalazła fotografa - ten zawód na liście był - i wyszła za niego, właściwie za paszport. Był endekiem i zaciekłym antysemitą. Chyba się zorientował, z kim się ożenił, ale co mógł biedny zrobić? Był w niej zakochany.
W książce "Utajone miasto" cytuje pan Emanuela Ringelbluma, historyka i kronikarza getta warszawskiego, który pisze, że polski antysemityzm jest wybiórczy. Antysemita nie lubi Żydów - z wyjątkiem przyjaciół i rodziny, jak już się Żyd w rodzinie trafi... - Nie tylko w Polsce tak było. Podobno sam Hitler umożliwił emigrację żydowskiemu lekarzowi, który dobrze się opiekował jego matką.
Dlaczego napisano dziesiątki książek o getcie, a o "podziemnym mieście" Żydów ukrywających się za murami pan napisał pierwszą? - Michał Borwicz wydał w 1955 r. grubą książkę "Arishe Papirn" ("Papiery aryjskie"), o ukrywaniu się - ale w jidysz i w Buenos Aires. Utonęła jak kamień. Wydanie francuskie też przeszło bez echa.
Osobiste historie o ucieczce i ukrywaniu się, jak pamiętnik Anny Frank, są szalenie popularne. Opracowań historycznych prawie nie ma. Pytałem o to młodych historyków w Izraelu. Mówili: "Wiesz, Polska, Warszawa to już zamknięty rozdział, staruszkowie o tym pisali. Przeczytaj Ringelbluma, tam wszystko jest".
A przecież historię trzeba ciągle pisać na nowo. Doszedłem do wniosku, że u tych historyków doszło do sakralizacji pamięci: trzeba z szacunkiem wysłuchać opowieści świadków, ale trzeba też do nich podchodzić jak do wszelkich źródeł historycznych, w sposób krytyczny.
Ringelblum doskonale wiedział, że wielu ludzi ucieka z getta i ukrywa się poza nim. Był skromnym człowiekiem i wielkim uczonym. Rozumiał, że historia nigdy nie jest rozdziałem zamkniętym - trzeba obalać mity i przesądy.
Jakie przesądy pan obala? - Polskie i żydowskie. Polacy oskarżają Żydów o współpracę z komunistami, a Żydzi Polaków o współpracę z nazistami. Oba oskarżenia są nieprawdziwe, bo oparte na generalizowaniu wybranych przypadków. Trzeba zebrać wszystkie fakty, które się da ogarnąć, a nie zaczynać od uprzedzeń.
Szacuje pan, że 70-90 tys. ludzi ratowało Żydów w Warszawie. To bardzo dużo! "Po aryjskiej stronie" żyło wtedy 700, może 800 tys. osób. - Unikam określenia "ratowali". Bo "ratowany" jest bierny, a uciekający z getta Żydzi nie czekali, aż ktoś ich uratuje, aktywnie szukali pomocy.
Ta szacunkowa liczba jest często wyrywana z kontekstu. Używają jej różne środowiska, z którymi się nie zgadzam, i machają nim jak flagą - że Polacy generalnie byli bohaterami. Żydom pomagali różni ludzie z różnych pobudek. Znalazłem nawet kilku Niemców i jedną Szwajcarkę.