http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Obalam uprzedzenia. Polskie i żydowskie

Rozmawiał Adam Leszczyński
2009-06-26, ostatnia aktualizacja 2009-06-26 19:00

Było prawie niemożliwe, aby Żyd ukrył swą tożsamość między Polakami, nawet jeśli miał tzw. dobry wygląd - mówi Gunnar S. Paulsson*. Rozmowa z laureatem nagrody "Gazety" za książkę historyczną

Laureat nagrody historycznej im. Kazimierza Moczarskiego Gunnar S. Paulsson. Kanadyjski historyk Holocaustu, doktoryzował się w Oksfordzie. Podstawą jego książki
Fot. Adam Kozak / AG
Laureat nagrody historycznej im. Kazimierza Moczarskiego Gunnar S. Paulsson...


Adam Leszczyński: Urodził się pan w Szwecji, mieszka pan w Kanadzie, a napisał pan książkę o Żydach ukrywających się "po aryjskiej stronie" w okupowanej Warszawie. Dlaczego?

Gunnar S. Paulsson: Moja mama była warszawianką pochodzenia żydowskiego, w Warszawie się ukrywała. Jej mąż, Polak i akowiec, zginął w Buchenwaldzie. Mama przeszła przez obozy w Niemczech, uratował ją szwedzki Czerwony Krzyż. Trafiła do Szwecji, gdzie poznała mego ojca. Pierwsze słowa wypowiedziałem po szwedzku. Mamie udało się jednak szybko ściągnąć babcię z Polski i chyba wcześnie słyszałem w domu polski.

Małżeństwo Paulssonów trwało krótko. Sąd mnie oddał ojcu - a mama wywiozła do Anglii. W domu mówiliśmy po polsku.

Jidysz też pan słyszał w domu?

- Dopiero na uniwersytecie, gdzie potrzebny mi był do badań. Mama ukrywała swe korzenie. Wiedziała, że ciężko być Żydem i chciała mi oszczędzić tego ciężaru.

Mama koniecznie chciała wyjechać z Anglii. Padło na Kanadę, ale ta wymagała od imigrantów konkretnego zawodu. Mama przed wojną skończyła Wyższą Szkołę Dziennikarską w Warszawie. Jej angielski nigdy nie był zbyt dobry, więc pracowała jako maszynistka, a tego zawodu nie było na liście. Znalazła fotografa - ten zawód na liście był - i wyszła za niego, właściwie za paszport. Był endekiem i zaciekłym antysemitą. Chyba się zorientował, z kim się ożenił, ale co mógł biedny zrobić? Był w niej zakochany.

W książce "Utajone miasto" cytuje pan Emanuela Ringelbluma, historyka i kronikarza getta warszawskiego, który pisze, że polski antysemityzm jest wybiórczy. Antysemita nie lubi Żydów - z wyjątkiem przyjaciół i rodziny, jak już się Żyd w rodzinie trafi...

- Nie tylko w Polsce tak było. Podobno sam Hitler umożliwił emigrację żydowskiemu lekarzowi, który dobrze się opiekował jego matką.

Dlaczego napisano dziesiątki książek o getcie, a o "podziemnym mieście" Żydów ukrywających się za murami pan napisał pierwszą?

- Michał Borwicz wydał w 1955 r. grubą książkę "Arishe Papirn" ("Papiery aryjskie"), o ukrywaniu się - ale w jidysz i w Buenos Aires. Utonęła jak kamień. Wydanie francuskie też przeszło bez echa.

Osobiste historie o ucieczce i ukrywaniu się, jak pamiętnik Anny Frank, są szalenie popularne. Opracowań historycznych prawie nie ma. Pytałem o to młodych historyków w Izraelu. Mówili: "Wiesz, Polska, Warszawa to już zamknięty rozdział, staruszkowie o tym pisali. Przeczytaj Ringelbluma, tam wszystko jest".

A przecież historię trzeba ciągle pisać na nowo. Doszedłem do wniosku, że u tych historyków doszło do sakralizacji pamięci: trzeba z szacunkiem wysłuchać opowieści świadków, ale trzeba też do nich podchodzić jak do wszelkich źródeł historycznych, w sposób krytyczny.

Ringelblum doskonale wiedział, że wielu ludzi ucieka z getta i ukrywa się poza nim. Był skromnym człowiekiem i wielkim uczonym. Rozumiał, że historia nigdy nie jest rozdziałem zamkniętym - trzeba obalać mity i przesądy.



Jakie przesądy pan obala?

- Polskie i żydowskie. Polacy oskarżają Żydów o współpracę z komunistami, a Żydzi Polaków o współpracę z nazistami. Oba oskarżenia są nieprawdziwe, bo oparte na generalizowaniu wybranych przypadków. Trzeba zebrać wszystkie fakty, które się da ogarnąć, a nie zaczynać od uprzedzeń.

Szacuje pan, że 70-90 tys. ludzi ratowało Żydów w Warszawie. To bardzo dużo! "Po aryjskiej stronie" żyło wtedy 700, może 800 tys. osób.

- Unikam określenia "ratowali". Bo "ratowany" jest bierny, a uciekający z getta Żydzi nie czekali, aż ktoś ich uratuje, aktywnie szukali pomocy.

Ta szacunkowa liczba jest często wyrywana z kontekstu. Używają jej różne środowiska, z którymi się nie zgadzam, i machają nim jak flagą - że Polacy generalnie byli bohaterami. Żydom pomagali różni ludzie z różnych pobudek. Znalazłem nawet kilku Niemców i jedną Szwajcarkę.

  • 34 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':