Wspólne dzieło, jedno z największych w naszej historii, powinno być świętowane w prawdzie. To oczywiście święto nas wszystkich, symboliczny, ale i faktyczny kres dyktatury i sowieckiej dominacji nad Polską, dzień tak ważny, że zasługujący na to, by stał się świętem państwowym na równi z 11 listopada. Ale nie wystarczy ograniczyć się do tej trochę uroczystej oczywistości, by zadośćuczynić prawdzie.
Ten dzień jest oczywiście nade wszystko świętem "Solidarności" wielkiej narodowej ucieczki z komunizmu na 16 miesięcy, a także ówczesnej opozycji, która tej ucieczce dopomogła. Ale jest to także święto najlepszego wtedy odłamu PZPR, tego "jaruzelskiego". To on i jego przywódca generał Wojciech Jaruzelski wraz z gronem współpracowników zdecydowali o rozpoczęciu procesu, który miał doprowadzić do wolności, a kiedy wydarzenia potoczyły się inaczej, niż chcieli, nie zrobili nic, by je cofnąć, choć naciskał na to partyjny aparat, domagając się nieuznania rezultatu wyborów.
Czwartego czerwca wraz z systemem, w którym wyrośli i któremu służyli, sromotnie i zasłużenie przegrali głosowanie. Zgodzili się jednak na wybory, choć musieli przewidywać koniec systemu. Potem uznali ich wynik. Wygrali ważną rolę dla siebie i prawo do prawdziwej, a więc i dobrej pamięci. I do miejsca w obchodach 20. rocznicy tamtego dnia.
Padają nazwiska zaproszonych, z kraju, Europy, ze świata. O nich cisza, jak o trędowatych. A bez ich obecności, bez pamięci o ich udziale, czwarty czerwca będzie świętem niepełnej prawdy.