Znajomi
Niemcy pytają, czy potrafię wytłumaczyć, dlaczego artykuł "Die Komplizen" ("Ciemny kontynent", "Der Spiegel" z 20 maja) wywołał w Polsce tak gwałtowną reakcję. Nie wiem, czy potrafię racjonalnie wyjaśnić wielorakie przyczyny rozbudzonych emocji. Pewne jest to, że nie idzie o fakty lub przeinaczenia.
Stosunek do Zagłady Żydów i potrzeba określenia moralnej odpowiedzialności za to, co w imieniu III Rzeszy dokonało się na ziemiach polskich, zajmuje od ponad 20 lat ważne miejsce w polskiej debacie publicznej. Rozpoczął ją wybitny intelektualista Jan Błoński na łamach katolickiego pisma "Tygodnik Powszechny" artykułem "Biedni Polacy patrzą na getto ". Artykuł ukazał się w 1987 r. - dwa lata przed obaleniem komunistycznego reżimu. Błoński pisał: "Myślę, że w naszym stosunku do żydowsko-polskiej przeszłości winniśmy przestać się bronić, usprawiedliwiać, targować. Podkreślać, czego nie mogliśmy zrobić za okupacji czy dawniej. Zrzucać winę na uwarunkowania polityczne, społeczne, ekonomiczne. Powiedzieć najpierw: tak, jesteśmy winni". W opinii Błońskiego był to grzech zaniechania, bierności wobec zbrodni. Esej Błońskiego był przełomem. Otworzył serca, dusze, umysły.
Potem były wielkie spory wokół kolejnych książek Jana Tomasza Grossa: "Upiorna dekada", "Sąsiedzi", "Strach ". Wreszcie sprawa Jedwabnego. Wspominam o tym, ponieważ nie tylko elity intelektualne, ale społeczeństwo polskie jako całość po odzyskaniu wolności i pełnej suwerenności dowiodło odwagi, by z własnej woli rozpocząć trudny proces dochodzenia do prawdy. Nawet jeśli jest ona bolesna i dramatyczna. Nie był to proces łatwy. Jednak polskie społeczeństwo obywatelskie wyszło z tej próby obronną ręką. Debata w sprawie tego, co się wydarzyło 10 lipca 1941 r. w Jedwabnem, była jedną z najważniejszych.
Na miejscu, gdzie stała stodoła, w której żywcem spalono setki żydowskich mieszkańców Jedwabnego, prezydent
Aleksander Kwaśniewski powtórzył słowa wielkiej pisarki Zofii Nałkowskiej: "Ludzie ludziom zgotowali ten los". I dodał: "Sąsiedzi sąsiadom". Spór wokół Jedwabnego podzielił Polaków. Ale też oczyścił zbiorową pamięć. Było to swego rodzaju katharsis . Powiem krótko - postawy społeczeństwa wobec Zagłady Żydów nie należą w Polsce od dawna do tematów tabu, inaczej niż w wielu innych krajach Europy.
W jaki sposób zatem można wyjaśnić emocjonalne reakcje polskich publicystów na artykuł o zagranicznych pomocnikach ludobójczej polityki III Rzeszy? Dla zrozumienia polskiej wrażliwości warto może odnotować i to, że dwudziestą rocznicę obalenia komunizmu niemiecka i europejska prasa ilustruje zburzeniem muru berlińskiego, a nie wyłomem w totalitarnym systemie, którego autorem była "Solidarność".
Pierwszy niekomunistyczny rząd wyłoniony został w wyniku wyborów w Polsce 4 czerwca 1989 r. Gdy sięgniemy dziś - w roku wielu rocznic - do podręczników historii, to na ogół nie znajdziemy tam nic o roli, jaką odegrała Polska. Rzadko odnotowują one, że 70 lat temu Polska pierwsza stawiła zbrojny opór hitlerowskiej polityce agresji, lub to, że nie było w Polsce Quislingów, Petainów i Lavalów, natomiast funkcjonowało państwo podziemne na niespotykaną skalę. Bez precedensu w okupowanej Europie.
Polacy walczyli na wszystkich frontach od pierwszego do ostatniego dnia wojny, a liczebność polskich formacji zbrojnych była największa po armiach trzech wielkich mocarstw: ZSRR, Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Dodajmy do tego podziemny zorganizowany ruch oporu i wreszcie Powstanie Warszawskie z 1944 r., które na Zachodzie myli się niektórym z o rok wcześniejszym powstaniem w getcie warszawskim.
Ignorancja i niewiedza o polskich dokonaniach jest odbierana w Polsce jako lekceważenie i świadome fałszowanie historii. Dotyczy to w szczególności nazewnictwa, kiedy niemieckie obozy śmierci i obozy koncentracyjne założone w okupowanej Polsce nierzadko określane są przymiotnikiem "polskie obozy zagłady". Młody czytelnik przecież nie wie, że pod hitlerowską okupacją nie było żadnych legalnych polskich instytucji. Tym bardziej nie było "polskich" obozów. Błędy wynikające z ignorancji postrzegane są w Polsce jako świadoma insynuacja, socjotechniczny zabieg zniekształcania obrazu przeszłości.
Taka percepcja czasu przeszłego nie jest polską specyfiką. Od wojny minęło blisko 65 lat. W całej Europie powraca zainteresowanie korzeniami własnego narodu, najnowszą historią własnych społeczności. Jednak percepcja historii w kraju, który wielokrotnie tracił niepodległość, ma w świadomości społecznej inne miejsce niż w państwach, na których terytorium - jak choćby w Wielkiej Brytanii czy Szwecji - nigdy nie stanęła stopa zaborcy.
Narody, które odzyskały suwerenność po 1989 r., są jeszcze obolałe, wrażliwe na zewnętrzny odbiór. Anglik wzruszy ramionami, gdy usłyszy krytyczny pogląd od cudzoziemca o swoim kraju. Rosjanin uzna to za potwierdzenie, że jego kraj otoczony jest zewsząd wrogami. Polak gwałtownie zareaguje. Kompleks? Zapewne też, ale przede wszystkim poczucie urażonej dumy i przeświadczenie, że nasze wady i słabości są wyolbrzymiane, a osiągnięcia - niedoceniane lub ignorowane.
Wielu życzliwych Polsce niemieckich polityków wyraża często pogląd, że stosunki polsko-niemieckie powinny być kształtowane na wzór relacji Niemiec z Francją. Model pożądany, ale nie do zrealizowania. Niemcy mają wobec francuskiej kultury i cywilizacji kompleks niższości. Wobec Polaków - kompleks wyższości.
Upraszczam i generalizuję. Niemieckie elity z reguły manifestują wobec Polski zainteresowanie, życzliwość i sympatię. Spotyka się to z wzajemnością.
Angela Merkel, Horst Köhler i Gesine Schwan są w Polsce popularni, lubiani, szanowani. Polska literatura i film, teatr i
muzyka znajdują w Niemczech więcej odbiorców niż w pozostałej Europie. Jednak na poziomie przechodnia z ulicy utrzymują się zakorzenione negatywne stereotypy, co Polacy odnotowują z wielką wrażliwością.
W polskiej kulturze jest wiele autoironii, samokrytycyzmu, prześmiewczego stosunku do własnych słabości. Po transformacji 1989 r. w Polsce dominowała (i nadal dominuje) krytyczna rewizja własnej historii. Jej elementem było również piętnowanie nagannych postaw i surowy osąd zachowań części polskiego społeczeństwa wobec Zagłady Żydów.
W Niemczech natomiast krytyczne podejście do własnej historii przesunęło się po 1989 r. na sprawy powojenne, a zwłaszcza na kolaborację z narzuconym totalitarnym reżimem w NRD. Polscy publicyści i badacze określili te różnice jako "fatalizm nierównoczesności". Tak czy inaczej mamy w obu krajach do czynienia ze swoistym dysonansem poznawczym. Jednym z przejawów tego zjawiska jest reakcja części polskiej prasy i niektórych polityków na artykuł "Ciemny kontynent". W tym przypadku ważny jest nie tyle tekst (przypuszczam, że wielu krytyków tekstu nie czytało), ile kontekst.
Na ten sam temat opublikowano przecież w Polsce eseje i prace naukowe znacznie bardziej krytyczne i ostrzejsze w tonie. Nie wywołały żywszej reakcji. Zalegają w księgarniach i bibliotekach na półkach wypełnionych setkami opracowań, których głównym przedmiotem jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: dlaczego doszło do Zagłady? Sam sobie zadaję często pytanie: dlaczego w żadnym publicznie ogłoszonym wspólnym dokumencie koalicji antyhitlerowskiej sprawa mordu na wielomilionowej żydowskiej społeczności Europy, który dokonywał się na oczach świata, nie była wzmiankowana? Przyczyn tego stanu rzeczy wolę nie dociekać
Autorzy niemieccy przywołują obrazy ucieczki i wypędzania Niemców oraz towarzyszące temu exodusowi gwałty, rabunki i bezprawie. Polacy pamiętają o niemieckim terrorze - milionach zagazowanych i zakatowanych, rozstrzelanych, powieszonych i zmarłych z głodu. Nie obwiniają za to całego niemieckiego narodu, ale obawiają się, że w Niemczech kształtowany jest zafałszowany obraz tej wojny, jakoby głównymi jej ofiarami były dwie narodowe społeczności - Żydzi i Niemcy. "Za wojnę i zbrodnie odpowiada Hitler i jego wspólnicy" - w opinii części polskich komentatorów taki przekaz trafia do umysłów młodego pokolenia Niemców. W takim ujęciu naród niemiecki był ofiarą hitlerowskiej dyktatury, a nie sprawcą i wykonawcą woli wodza III Rzeszy. W polskiej pamięci czas wojny to czyny bohaterskie, chwalebne i martyrologia. Rzeczywistość, niestety, była bardziej złożona.
Polacy i Niemcy nie są wyjątkiem. Dla dzisiejszych Ukraińców hetman kozacki Iwan Mazepa to bohater narodowy bez skazy i zmazy. Dla Rosjan - zdrajca. Żył w XVII w. Ale nie dalej jak 18 maja 2009 r. ministerstwo spraw zagranicznych Ukrainy odpowiedziało ostro na notę rosyjskiego
MSZ, które przygotowania do uroczystych obchodów 300. rocznicy śmierci Mazepy określa jako próbę wciągnięcia narodu Ukrainy "w sztuczny konflikt z Rosją". Przykładów takiego instrumentalizowania historii dla bieżących politycznych potrzeb można podać bez liku.
Powiedzmy wprost: w społeczeństwie demokratycznym nie ma jednej obowiązującej prawdy. Musimy pogodzić się z tym, że percepcja i pamięć zbiorowa o tych samych postaciach, wydarzeniach i faktach historycznych są i będą różne. Polacy i Niemcy mają prawo do pielęgnowania własnej narodowej pamięci. Jednak zapoczątkowany ponad 40 lat temu proces pojednania i wspólna przynależność do Unii Europejskiej oraz wyznawanie tych samych wartości zobowiązują. Czas najwyższy, aby wyrazem poprawy stosunków nie były tylko oświadczenia dobrej woli polityków, ale zrozumienie i wyczulenie na wrażliwość sąsiada. Oznacza to potrzebę eliminowania zastygłych stereotypów i fobii. Uprawiania polityki partnerstwa, bez paternalizmu. I bez kompleksów - obojętne wyższości czy niższości. W tej mierze obie strony mają jeszcze do odrobienia poważne zadania domowe.
***
*Profesor Adam Rotfeld, były minister spraw zagranicznych, współprzewodniczący Polsko-rosyjskiej Grupy ds Trudnych