http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Farfał na zwłokę

Tomasz Wołek
2009-05-28, ostatnia aktualizacja 2009-05-27 16:36

Jeden ruch prezydenckiego palca strąciłby niewiernego Farfała w niebyt. Tymczasem kciuk obrócił się w górę. Farfał ocalony!

Tomasz Wołek
Fot. Sławomir Kamiński / AG
Tomasz Wołek
ZOBACZ TAKŻE
"Gazeta" zdaje się przesądzać losy ustawy medialnej. Zdaniem Agnieszki Kublik prezydent miałby ją skierować do Trybunału Konstytucyjnego, zapewniając tym samym Piotrowi Farfałowi "bardzo długie rządy". "Prezydent stawia na Farfał TV" - ironizuje "Gazeta".

Podzielam tę prognozę. Zastanówmy się zatem wspólnie, co skłaniać może Lecha Kaczyńskiego do podjęcia takiej właśnie decyzji - na tyle prawdopodobnej, że graniczącej z pewnością. Przecież Farfał, zaufany pretorianin Giertycha, to wyklęty zdrajca. Pokąsał dłoń, której zawdzięcza niewyobrażalne wcześniej wyniesienie. Zaś obóz PiS-u podobnej nielojalności nie wybacza. W obliczu apostazji tak straszliwej nawet neonazistowskie grzechy młodości obecnego prezesa schodzą na plan dalszy.

W tych okolicznościach jeden ruch prezydenckiego palca strąciłby niewiernego Farfała w niebyt. Widownia (czyli opinia publiczna) zamarła w oczekiwaniu tego, co nieuchronne. Tymczasem kciuk naszego Cezara, miast wskazać ziemię, obrócił się w górę. Farfał ocalony!

Co oznacza ten gest łaski? Nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzy, iż był to akt miłosierdzia, wybaczenia bądź dobrej woli. Sądzę, że obaj Kaczyńscy kimś takim jak Farfał w głębi duszy gardzą i przy pierwszej nadarzającej się okazji swemu obrzydzeniu dadzą upust.

Na razie wszelako były wszechpolak jest im po prostu potrzebny. Nawet jeśli traktują go jako zło mniejsze, to odgrywać może rolę sojusznika. Takiego od siedmiu boleści, mocno kłopotliwego, ale przynajmniej w jakiejś mierze przydatnego.

Wprawdzie prezes powyrzucał z telewizji niektórych ludzi forowanych przez PiS, jednak przecież nie wszystkich. Ot, choćby program Jana Pospieszalskiego ma się wcale dobrze i nadal, z żarliwością niestrudzoną, promuje idee jakże bliskie "rewolucji moralnej IV RP". I nie jest to przykład odosobniony. W TVP wciąż funkcjonuje sporo zwolenników PiS-u.

Co więcej, można mieć wrażenie, iż właśnie w planie ideowym pragmatyczny Farfał wbrew pozorom wcale nie jest przeciwieństwem braci Kaczyńskich. Być może są nawet bliżsi sobie, niż się to na pierwszy rzut oka wydaje. Łączy ich podszyta niechęcią nieufność do Europy, do liberalizmu, do "zgniłego Zachodu" i wszelkich jego obmierzłych przywar: od relatywizmu po permisywizm moralny etc.

W gruncie rzeczy wszyscy mogliby odnaleźć się w forsowanym przez Giertycha i Farfała, a zwalczanym przez Kaczyńskich Libertasie. To paradoks tylko pozorny. O traktacie lizbońskim zarówno Ganley, jak i prezydent Kaczyński myślą bardzo podobnie, jeśli nie identycznie. Ta wspólna nić ma charakter nie tyle polityczny, ile mentalny, kulturowy, może cywilizacyjny. Nie łudźmy się - nie samo wyrachowanie i zimna kalkulacja polityczna sprawiły, że Roman Giertych był wicepremierem w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. To by nie wystarczyło. Musiał, przynajmniej na początku, wystąpić jakiś rodzaj duchowego oraz ideowego powinowactwa. Dopiero potem wzajemna nienawiść zaślepiła pobłogosławionych przez dyrektora Rydzyka aliantów.

Nie sądzę, by ów dawny, złowrogi układ powrócił. Zbyt wiele się wydarzyło. Jednak nie wykluczam sojuszy doraźnych, cząstkowych, okresowych. Ot, choćby właśnie w materii medialnej. Po pierwsze bowiem, wrogiem śmiertelnym PiS-u pozostaje nieodmiennie Platforma, a nie żaden Libertas zdolny urwać najwyżej - jeśli w ogóle - skromny kąsek. Libertas okazać się może efemerydą; PO to rzecz realna i trwała.

Po wtóre - powtórzmy - z tego punktu widzenia Farfał jest złem mniejszym. Już nawet nie od PO, ale od wszystkiego, co mogłoby się pojawić w ramach przywracania telewizji jej autentycznie publicznej funkcji. To nieważne, że mieliby tam szanse trafić ludzie kompetentni, wartościowi, z nazwiskami i dorobkiem twórczym. Cokolwiek dobrego próbowaliby czynić, spotkałyby ich znane epitety: "wykształciuchy", "liberałowie", "mędrcy", "poputczycy" itp. - zatem ci wszyscy, których określić można jednym słowem: obcy. Nie nasi.

Odwleczmy więc decyzję, zablokujmy ustawą medialną, jak tylko się da. Zagrajmy na czas, na zwłokę. Zanośmy modły (do Rydzyka?), żeby kryzys jeszcze się pogłębił. A nuż w tym zamęcie wydarzy się coś, co da się obrócić na naszą korzyść. W odwodzie mamy przecież jeszcze dziarskich związkowców, no i te ich opony. A Farfała na razie nie ruszajmy. Nabroił nielicho, wykołował nas kiedyś, ale teraz przynajmniej nie pozwala puszczać wyników sondaży. I też jest wrogiem Platformy oraz lewicy. Dobre i to.

Oto zaledwie niektóre z przyczyn, dla których prezydent skieruje ustawę medialną do Trybunału. Zdziwiłbym się, gdyby - zdając sobie sprawę z nieskuteczności takiego kroku - ją zawetował. Gdyby ją podpisał - nie posiadałbym się ze zdumienia. Hola, hola. Nie bądźmy dziećmi.

Tomasz Wołek*, publicysta, w PRL-u redaktor i autor wydawnictw niezależnych, członek Ruchu Młodej Polski. W latach 90. naczelny "Życia Warszawy" i "Życia"



  • 16 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':