Szef
MSZ Radosław Sikorski rozpoczyna dziś dwudniową wizytę roboczą w Moskwie. Ma być ona przygotowaniem do wizyty premiera Władimira Putina 1 września w Warszawie. W Moskwie zbierze się także polsko-rosyjski Komitet ds. Strategii Współpracy, który nie działał od grudnia 2004 roku. - To dowód na normalizację naszych stosunków - powtarzają dyplomaci z obu krajów. Zarazem nie brakuje spraw trudnych. Polskę i Rosję dzieli spojrzenie na energetykę, historię, przyszłość naszych sąsiadów. Jak w tej sytuacji rozmawiać z Rosją i czy w ogóle warto rozmawiać? Przedstawiamy kolejne głosy w naszej dyskusji: "Jaka polityka wobec Rosji?".
4 kwietnia Marcin Wojciechowski pisał w "Gazecie Świątecznej": "Dziwi mnie, że gdy Obama wyciąga rękę do Rosji, kibicują mu w tym Francuzi, Niemcy i Włosi - a w Polsce znowu odzywa się strach, że Zachód po raz kolejny nas zdradzi. Dziś Zachód to także my. Blisko współpracująca z
USA i Zachodem Rosja nie będzie mogła pozostać taka jak dziś, nie będzie mogła być jedynie fasadą demokracji. Rosja bardziej związana z Zachodem będzie także bardziej przyjazna Polsce i innym swoim sąsiadom".
16 kwietnia Paweł Zalewski, poseł niezależny, polemizował: "Stoimy przed wyborem. Z jednej strony kraje Unii mogą dalej wyrażać zgodę, aby polityka unijna była zakładnikiem interesów grup gospodarczych zaangażowanych w Rosji. Oznacza to cofanie się na płaszczyźnie politycznej aż do zakwestionowania wspólnoty między częścią zachodnią i wschodnią Unii. Z drugiej strony Unia może postawić na jedność jako wartość nadrzędną i rozpocząć politykę skutecznej perswazji wobec Rosji".
Paweł Kowal, poseł PiS, b. wiceszef MSZ: Nie dajmy sobie wmówić, że jesteśmy antyrosyjscy Ze wszech stron pada propozycja rozpoczęcia z Rosją od nowa, zresetowania nie tylko tego, co było między nami, ale i własnej pamięci. Marcin Wojciechowski, w moim przekonaniu błędnie, proponuje polską wersję "resetu". Naszą odpowiedzią na sytuację między Rosją a UE i NATO powinien być raczej beznamiętny realizm w ocenie tego, co dzieje się na Wschodzie. Tak jak nie jest w naszym interesie, byśmy byli postrzegani jako antyrosyjscy, tak nie jest w naszym interesie, byśmy prezentowali się jako naiwni, skłonni do łatwych rezygnacji z ugruntowanych poglądów i interesów.
Postulaty Wojciechowskiego zostały dawno spełnione. Od 1997 r. specjalne relacje Rosji z NATO i UE zostały sformalizowane. Działa stała wspólna Rada NATO-Rosja, od grudnia 1997 r. funkcjonuje porozumienie o partnerstwie i współpracy UE-Rosja. Podsumowanie 12 lat nie wypada dobrze. W gospodarce Rosja nie jest zainteresowana partnerską współpracą.
Powszechnie mówi się o odradzaniu sfery rosyjskich wpływów w Europie Środkowej. W wypowiedziach rosyjskich polityków Ukraina traktowana jest otwarcie jako pole wpływów, a Polska i Czechy - czego przykładem była sprawa tarczy antyrakietowej - jak państwa o ograniczonych możliwościach decydowania o swoim bezpieczeństwie. Przewidywany akces Gruzji i Ukrainy do NATO wywołał w ostatnim roku gwałtowne reakcje Kremla.
Jeszcze niedawno to, o czym piszę, było kanonem analizy sytuacji w Rosji. Teraz staje się "skrajnym poglądem". Co się stało w ostatnich miesiącach? Zmieniły się intelektualne mody?
W jakimś sensie to UE nie skorzystała ze swojej szansy. Na pytanie, czy woli święty spokój, czy zmiany w Rosji, zachodni świat ostatecznie odpowiedział, że to pierwsze. Rosja, podobnie jak Ukraina i inne kraje na Wschodzie, zamiast poważnych propozycji otrzymała pomoc skierowaną jedynie do wybranych grup społecznych i środowisk. Z biegiem lat europejska oferta stawała się coraz mniej atrakcyjna dla zwykłych Rosjan. Władza, kręgi wielkiego biznesu, eksperci zatrzymujący się w renomowanych hotelach sami korzystają ze współpracy z Zachodem, ale Rosjanom proponują "specjalny rosyjski typ demokracji" i standardów praw człowieka. Jesteśmy świadkami załamywania się europejskiej orientacji w Rosji. W podobny sposób europejski projekt, tu zakładający także wejście do NATO i UE, załamać się może także na Ukrainie i w Gruzji.
Dzisiaj zamiast poważnej propozycji stwarza się Rosji w miejsce starej nową mrzonkę. Reset, czyli skasowanie pamięci, to propozycja dobra dla części rosyjsko-europejskich elit finansowo-politycznych, ale nie dla Rosjan. To projekt, który idealnie odpowiada na oczekiwania w Moskwie. Rosja chce teraz wykorzystać sytuację, wskoczyć na opuszczoną przez Jelcyna polityczną grzędę "supermocarstwa" i jak dawniej grać w dwa ognie z USA i wybranymi krajami Europy. Jak na targu w Biszkeku Rosja chce wymieniać bezpieczeństwo w jednej części świata za bezpieczeństwo w innej (tarcza za Iran). Spoiwem polityki zimnej wojny był wietrzejący marksizm, spoiwem "resetu" będzie bezradność władców Rosji wobec jej wewnętrznych problemów. To spoiwo zmusza dziś Rosję do powracania w stare koleiny, a wielu polityków zmęczonych nieustannymi problemami gotowe jest w tym pomagać, nie bacząc, że za tym przyjdą gorsze problemy. Rosyjska propaganda skieruje uwagę zawiedzionego społeczeństwa jak nie na wojnę w Gruzji, to ku dyplomatycznym "sukcesom" Kremla, zapowiedziom bez pokrycia i groźbom bez uzasadnienia. Czy naprawdę musimy przykładać do tego rękę?
Nie dajmy sobie wmówić, że byliśmy, jesteśmy antyrosyjscy. Polsce naprawdę najlepiej pozostać przy swoim. W UE i NATO bardzo często decyduje mniejszość, pod warunkiem że jest dobrze zorganizowana i ma przemyślane argumenty. Jeśli my pozostaniemy sobą, przyłączą się do tej polityki także inne kraje, a nasza opinia w sprawach wschodnich będzie się liczyć. Nawet jeśli nasze poglądy będą irytować, to nie będzie decyzji w ważnych dla nas sprawach, która zapada obok. Zamiast podążać za resetową modą, pozostańmy przy tym, co służy naszej polityce.
Prof. Roman Kuźniar, doradca szefa MON, wykładowca Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW: Zachód - Rosja: nowe otwarcie Jeśli źle oceniamy stosunki Zachodu z Rosją, jeśli jesteśmy krytyczni wobec sposobu, w jaki w ostatnich latach radzimy sobie z Rosją, i jeśli chcemy zmienić ten stan rzeczy, to najpierw musimy mieć odwagę uznać, że część odpowiedzialności za to leży po naszej stronie. To my wojną w Iraku pokazaliśmy Rosji, w jaki sposób dbać o swoje interesy bezpieczeństwa. Nasze uznanie deklaracji niepodległości Kosowa pokazało Rosji, jak można siłą zmieniać granice państw. Upierając się przy irracjonalnym projekcie systemu antyrakietowego, chcieliśmy jednostronnie, wbrew układowi ABM, zneutralizować rosyjski potencjał odstraszający. Pospiesznie dozbrajając Gruzję i żyrując niezbyt odpowiedzialną politykę jej prezydenta, a następnie nie reagując na rosyjską ekspedycję karną latem ubiegłego roku, utraciliśmy wiarygodność, co umocniło asertywność Moskwy.
Przykładów jest więcej. Przecież to Bush ujrzał w oczach Putina duszę demokraty, a Blair powtarzał w stosunku do niego opinię Thatcher o Gorbaczowie, że z tym człowiekiem można robić interesy. Kiedy w kontekście wojny z Irakiem Waszyngton dzielił Europę na starą i nową, Chirac i Schröder nie mieli już żadnych oporów, aby wspólnie z Putinem się tej wojnie przeciwstawiać. Moskwa postanowiła skorzystać z przykładu i także dzielić Europę na lepszą i gorszą.
Pierwszą zasadą w tym nowym otwarciu wobec Rosji powinno być zatem unikanie grzechów i błędów, które Rosja wykorzysta. Nasza polityka w ogóle i wobec Rosji w szczególności musi być bardziej przyzwoita i konsekwentna. To nie wystarczy, ale będzie nam pomagać. Po drugie, istotnie powinniśmy być bardziej zjednoczeni wobec Rosji. Teraz z nową administracją w USA będzie to być może łatwiejsze.
Po trzecie, musimy jako Zachód przestać robić wrażenie lub - co gorsza - wierzyć, że to my potrzebujemy Rosji. W rzeczywistości jest przecież odwrotnie. Dlatego trzeba wyraźnie, choć może nie wprost, mówić Rosji, że jej nie potrzebujemy. Oczywiście, jeśli Rosja chce się do nas przyłączyć - znakomicie, ale nie potrzebujemy jej pomocy w żadnej z istotnych spraw. Aby być wiarygodnym w takim przesłaniu, trzeba mieć dobre stosunki z Chinami, zmienić podejście do Iranu, zmniejszyć znaczenie G8 na rzecz G20, robić swoje w dziedzinie ograniczania i kontroli zbrojeń bez oglądania się na Moskwę. Rosja nie ma środków na utrzymywanie swego potencjału zbrojnego. Rosja, ma rację w tym punkcie Richard Pipes, jest słaba. Proces zmniejszania się jej pozycji jeszcze się nie zakończył. Jej retoryki nie wolno mylić z możliwościami. Ukarać Gruzję czy przyciskać słabą wewnętrznie Ukrainę to nie to samo co mocować się z Zachodem.
Co się tyczy gazu i ropy, to wbrew polskim strachom Moskwa starannie kultywuje swój wizerunek wiarygodnego dostawcy. Lepszego kupca na ten towar niż Europa Rosja nie znajdzie, a bez tych pieniędzy czekałoby ją bankructwo. Ubiegłoroczne załamanie finansowe uczyniło ją znacznie słabszą i odsłoniło kruchość podstaw jej mocarstwowej retoryki. Ujmując rzecz przewrotnie, moglibyśmy pozwolić jej na kontynuację tego nadmiernie asertywnego kursu, który na dłuższą metę okazałby się najbardziej szkodliwy dla niej samej.
Nowotwór, który się uzłośliwia, umiera wraz z organizmem, na którym żeruje.
Ale oczywiście z wielu względów Rosję warto mieć po swojej stronie. Wymaga to od nas cierpliwości i długofalowego, konsekwentnego zaangażowania. To będzie raczej przypominać receptę Brzezińskiego z jego "Planu gry". Stany Zjednoczone miały zwyciężyć nad ZSRR w perspektywie historycznej nie drogą wojny, tylko poprzez wyższość swego potencjału i strategii. Pierwszy krok został zrobiony. Rosja nie ma wyboru. Z czasem musi się do nas przyłączyć, choć to może jeszcze potrwać 20-30 lat. A w międzyczasie wartość zachowuje zalecenie Stephena Sestanovicha (jego niedawny artykuł w "Foreign Affairs") mówiące o potrzebie utrzymywania właściwego balansu pomiędzy selektywnym zaangażowaniem a selektywnym powstrzymywaniem, z naciskiem na "właściwy balans". Dzisiejszy Zachód jest w stanie taką strategię realizować i my - Polska - powinniśmy być jej częścią.
Stanisław Ciosek, ambasador w Rosji w latach 1989-2006: Jest szansa na nową szansę Proces integracji kontynentu europejskiego nie jest jeszcze zakończony, choć trwa już 20 lat. Rozpad ZSRR był zaskoczeniem dla wszystkich: dla samych Rosjan, Amerykanów, zachodnich i wschodnich Europejczyków. Byłem wtedy w Moskwie, obserwowałem to z bliska. Na skutek zmian w Rosji nie ma już dyktatury. Nie ma tam jeszcze demokracji w rozumieniu zachodnim, ale to przecież nie ZSRR. Przez 20 lat nie udało się rozstrzygnąć kwestii rosyjskiej, bo sama Moskwa wycofała się z przemian lat 90. W efekcie mamy podzieloną Europę. Rosja nie dostała w latach 90. na tyle przekonującej szansy, by się jej trzymać. Pamiętam prezydenta Borysa Jelcyna i jego szefa MSZ Andrieja Kozyriewa. Oni naprawdę chcieli przesunąć Rosję na Zachód, ale w pewnym momencie zostali sami. Dziś następuje druga szansa - być może ostatnia - by powrócić do procesu z lat 90.
Nie wiązałbym tej szansy tylko z kryzysem, ale raczej z nową filozofią polityczną Baracka Obamy. Amerykanie przyznają, że nie można opierać rozwoju świata wyłącznie na konsumpcji w USA. Jeśli to potraktować poważnie, to znaczy, że Ameryka jest gotowa dzielić się szansą na dobrobyt z innymi częściami świata. To może być kolosalna zmiana. Amerykanie szukają sojuszników, by ją przeprowadzić. Koncepcja jednobiegunowego świata nie sprawdziła się, stąd konieczność współpracy. Moim zdaniem powinna się ona odbywać przede wszystkim w trójkącie USA - Europa - Rosja. Należy sensownie zagospodarować nowy układ sił. Dokończyć proces integracji Europy o jej wschodnią część, nie zapominając o Ukrainie, Białorusi, Mołdawii. Należy powtórzyć z Rosją to, co udało się z Niemcami po II wojnie światowej: zintegrować, połączyć milionami związków z Europą.
Rosja stoi dziś na rozdrożu. Szuka, ale wysyła sygnały, że nie wyklucza także bliższego aliansu z Europą i USA. Pytanie, czy będzie rzeczywiście chciała konsekwentnie kroczyć tą drogą.
Przyznam otwarcie, że na początków rządu Putina popierałem jego politykę. Musiał on zrobić porządek po dezintegracji lat 90. Widziałem groźny rozpad państwa, upadek wszelkiej władzy. Ówczesny prezydent ustabilizował to, korzystając m.in. z wysokich cen ropy. Wprowadzono jako taki ład. Teraz Rosja musi jednak odpowiedzieć sobie na pytania, komu ma służyć to silne państwo. Jeśli tylko elicie, czynownikom, to nie ma sensu. Rosja musi uwolnić aktywność wytwórczą swoich obywateli, brak czego był jej słabością od stuleci, ale do tego muszą oni być przekonani, że im się to opłaci, że robią coś dla siebie i swoich dzieci, a nie tylko dla państwa.
Paweł Zalewski pisał w dyskusji zainicjowanej przez "Gazetę", że nie uda się to, bo w Rosji nie ma rządów prawa. Ale są oznaki, że Rosja gotowa jest powrócić do ich budowy. Zrobili zresztą Rosjanie w tym obszarze bardzo dużo. Są realne podstawy, by "dać Rosji szansę", do czego wzywał na początku dyskusji Marcin Wojciechowski.
Nie wyobrażam sobie dziś Rosji jako członka UE na obecnych zasadach organizacyjnych Wspólnoty. Jest za duża, nie spełnia szeregu kryteriów, przykryłaby nas swoją łapą i zniszczyła projekt europejski. Ale stałe zbliżanie jest w naszym obopólnym interesie. Pomysł na politykę wobec Rosji powinien polegać na stworzeniu nowej, bardziej wyszukanej niż dotychczas formy dialogu i współpracy.
Rosyjski ambasador w Warszawie podczas jednej z dyskusji mówił niedawno, że niektórzy europejscy politycy chcą zapędzić Rosję do rezerwatu. To najgorszy ze sposobów na Rosję w Europie. Groźny dla wszystkich. Prawdę mówiąc, istnieją obok siebie dwie Rosje. Jedna, faktyczna, po odrzuceniu starego systemu pełnymi garściami korzysta z tych rozwiązań, które doprowadziły inne narody i państwa do rozkwitu. Druga Rosja, werbalna i polityczna, pełna wahań, uprzedzeń do zachodniego modelu cywilizacyjnego, z poczuciem urażonej dumy i godności pomieszanej z gorzką świadomością "chcieliśmy jak najlepiej, a wyszło jak zawsze". Ta druga Rosja jest głośna, bo o tym krzyczy do świata, ale ta pierwsza, bez kompleksów tworząca codzienność, coraz wyraźniej staje się Rosją właściwą. Z przyczyn choćby pokoleniowych będzie nią niebawem w większości. Nie wierzę, by Rosjanie znaleźli inny sposób na swój rozwój niż ten, jaki sprawdził się gdzie indziej. Rozstrzygnięcie kwestii rosyjskiej to jedno z największych wyzwań polityki XXI w. W pierwszym rzędzie samej Rosji, ale nie tylko. To również odpowiedzialność polityki europejskiej, a niej naszej, polskiej. Najbliżej nam przecież do wschodnich sąsiadów. Nie możemy jednak myśleć w kategoriach zaścianku. Trzeba myśleć odważniej i szerzej, widzieć również tę pierwszą Rosję, a nie tylko straszyć i kłócić się z tą drugą. Wtedy będzie szansa, że coś się uda. Najważniejsze to nie przegapić momentu gotowości Rosji, który jest bardziej dziś widoczny. Następny może pojawić się za kolejne 20 lat albo wcale. A pomyślnie rozwijająca się Rosja z własnych, ogromnych zresztą zasobów fizycznych i intelektualnych to również bezpieczeństwo sąsiadów, Europy i nas przecież, Polaków.
Oprac. Marcin Wojciechowski.
Teksty publikujemy w kolejności nadesłania do redakcji