Instytut zawiódł jako placówka badawcza
- główne tezy artykułu Mirosława Czecha
1. W dziejach każdej rewolucji - nawet tak nikczemnej jak "rewolucja moralna" spod znaku IV RP - dochodzi do podziału na "nieprzekupnych" i "zdrajców". Proces rozkładu dotyka właśnie jej ostatni i, wydawałoby się, niewzruszony bastion - IPN.
2. Platforma Obywatelska przyzwyczaiła nas do kaskady słów świętego oburzenia po wybuchu każdego kolejnego skandalu. Na tym jednak sprawa się kończy. Wbrew zapowiedziom nie "otworzyła" archiwów SB i nie dostosowała ustawy lustracyjnej do wyroku Trybunału Konstytucyjnego. Podobnie będzie i tym razem.
3. Kurtyce włos z głowy nie spadnie.
4. Instytut zawiódł jako placówka badawcza, która miała objaśniać Polakom istotę systemu, w którym żyli przez 45 lat po zakończeniu wojny. Zamiast tego przeistoczyła się w zbiorowego adwokata komunistycznych służb specjalnych i piewcę ich "osiągnięć".
5. Polska miała swoją specyfikę. Potężny i niezależny Kościół, ogromne - jak na warunki działalności podziemnej - struktury nielegalnej "Solidarności" oraz imponujący "drugi obieg" wydawniczy z tysiącami ludzi w redakcjach setek gazet i czasopism. Dla IPN jednak lata 80. to wciąż okres "wielkiego werbunku" - niemal podwojenia agentury w Kościele i całym społeczeństwie. Choć w rzeczywistości był to czas "wielkiego picu". Przez ponad 10 lat swojego istnienia IPN nie wypracował odpowiednich narzędzi do analizy oraz interpretacji tego zjawiska.
6. Po kilku latach miotania polską opinią publiczną swoimi "odkryciami" historycy z IPN ponieśli spektakularną klęskę profesjonalną. Jedni, bo swą pracą chcieli realizować misję obozu "rewolucji moralnej", drudzy - ponieważ milczeli i nie protestowali, gdy kierownictwo spolityzowało Instytut i pozbywało się niewygodnych osób. Ich winą jest również to, że swoimi nazwiskami i dorobkiem naukowym legitymizowali sztandarowe wydawnictw IPN, które z rzetelną historiografią niewiele mają wspólnego.
Skandalicznej pracy Zyzaka nie wydał co prawda Instytut, ale wspólnotę ideową z jego linią czuć na kilometr. Nieważne, za pomocą jakich argumentów, ważne, by dowalić byłemu prezydentowi i usunąć "wrzód" na honorze Instytutu w postaci statusu pokrzywdzonego dla przywódcy "Solidarności".
Jan Żaryn stracił posadę dyrektora Biura Edukacji Publicznej za szczerą - jak sam twierdzi - wypowiedź w tej sprawie. Piotr Gontarczyk, współautor osławionego "przyczynku do biografii" Wałęsy, skrytykował krakowską publikację i posprzeczał się o jej ocenę ze swoim kolegą - Sławomirem Cenckiewiczem. Poproszony o reakcję ("Niemerytoryczne polemiki", "Rzeczpospolita", 10 kwietnia) Cenckiewicz napisał, że odmawia udziału w debatach "produkowanych przez zainteresowane instytucje i osoby zagrożone utratą stanowiska w atmosferze wyrzucania z pracy, pomówień, wyzwisk i gróźb rękoczynów. Solidaryzuję się z prof. Janem Żarynem, gdyż za głoszenie prawdy na temat przeszłości Lecha Wałęsy również ja musiałem opuścić kierownicze stanowisko w IPN, a w konsekwencji zostałem zmuszony do odejścia z IPN".
W dziejach każdej rewolucji - nawet tak nikczemnej jak "rewolucja moralna" spod znaku IV RP - dochodzi do podziału na "nieprzekupnych" i "zdrajców". Proces rozkładu dotyka właśnie jej ostatni i, wydawałoby się, niewzruszony bastion.
Pozostanie dzięki Czumie i Gowinowi Gontarczyk w imieniu swoim - i prawdopodobnie szefa - uderzył w mocne tony („Grzech lekkomyślności”, „Rzeczpospolita”, 10 kwietnia). Krakowski magistrant powinien być ostrożny w ferowaniu opinii na temat Wałęsy, ponieważ nie chodzi wyłącznie „o jego skórę”, lecz o rzeczy znacznie poważniejsze. „Polska - z emfazą przekonuje zastępca dyrektora Biura Lustracyjnego IPN - to nie jest zwykły liberalny kraj, w którym obowiązują standardy amerykańskiej demokracji. Tu wolność słowa i badań naukowych to wartości kruche i dla wielu niespecjalnie oczywiste. Są tak kruche i wiotkie, że wymagają nadzwyczajnej troskliwości”. W Polsce bowiem nie obowiązują „żadne kanony logiki czy uczciwości”. Dlatego książka krakowskich „Arcanów” o Wałęsie „stała się wygodnym narzędziem do zniszczenia lub przynajmniej zdewastowania IPN”. W ślad za IPN zaś „ofiarą »moralnej rewolucji « może paść szereg innych kadencyjnych urzędników i »za bardzo « niezależnych od polityków instytucji. To poważnie podkopie i tak nie najwyższej jakości polski ład demokratyczny”.
Skromności za grosz. Trzeba mieć niebywały tupet, by napisać, że od przetrwania na stołku Gontarczyka i Kurtyki zależy los "polskiego ładu demokratycznego". Z bojaźni o stanowiska wszystko im się pokręciło. Od "moralnej rewolucji" specjalistą był ich obóz, a nie przeciwny. Wolności słowa i badań naukowych nie ograniczono pod rządami PiS i nie przygwożdżono tzw. powszechną lustracją - nie padnie i teraz. IPN nie zostanie zniszczony i zdewastowany - co najwyżej wprowadzone zostaną niezbędne korekty po zniszczeniach i dewastacji, które spowodowały rządy Kurtyki, Żaryna i Gontarczyka i im podobnych.
W znakomitym artykule ("Jak hartował się radykalizm Kurtyki", "Gazeta Wyborcza", 8 kwietnia) prof. Andrzej Friszke wymienił wiele powodów, dla których prezesowi IPN zapalił się grunt pod nogami. Precyzyjnie uzasadnił też potrzebę gruntownych zmian w Instytucie. Pion lustracyjny należy wydzielić w odrębną instytucję, trzeba też złamać ekskluzywizm IPN w dostępie do akt. Jego prezes powinien stracić szereg uprawnień na rzecz kolegium, w skład którego mają wejść ludzie kompetentni - historycy i prawnicy z tytułami naukowymi, którzy "wyrażać będą różne zainteresowania i wrażliwości, także ideowe".
Z prof. Friszkem należy się zgodzić również w tym, że IPN nie grozi likwidacja. Nie oczekuje tego społeczeństwo i nie dokona jej starannie wsłuchujący się w opinie ludzi obóz rządzący. Platforma Obywatelska przyzwyczaiła nas do kaskady słów świętego oburzenia po wybuchu każdego kolejnego skandalu. Na tym jednak sprawa się kończy. Wbrew zapowiedziom nie "otworzyła" archiwów SB i nie dostosowała ustawy lustracyjnej do wyroku Trybunału Konstytucyjnego. Podobnie będzie i tym razem.
PO nie przygotuje nowelizacji ustawy o IPN, bo nie będzie w stanie uzgodnić stanowiska wewnątrz klubu. Kurtyce włos z głowy nie spadnie, bo ma możnych protektorów, jak minister Andrzej Czuma ("Jestem pełen uznania dla IPN. Nie zauważyłem żadnych uwikłań politycznych pana Kurtyki") i poseł
Jarosław Gowin. Ma rację Wojciech Czuchnowski ("Gazeta" z 6 kwietnia), że rok z Kurtyką to nie wyrok. Ważne, by nie był to rok stracony. Dlatego wciąż należy powtarzać, że problem IPN nie wziął się jedynie ze skrajnej polityzacji, jaką realizuje ekipa Kurtyki. Instytut zawiódł jako placówka badawcza, która miała objaśniać Polakom istotę systemu, w którym żyli przez 45 lat po zakończeniu wojny. Zamiast tego przeistoczyła się w zbiorowego adwokata komunistycznych służb specjalnych i piewcę ich "osiągnięć".
Współpraca bezobjawowa Prof. Andrzej Paczkowski oburza się na stosowanie terminu „historycy z IPN” („Nie podoba mi się odszczekiwanie Kurtyki”, „Gazeta Wyborcza”, 2 kwietnia). „Powstanie - przekonuje - tego podziału jest zasługą »Gazety Wyborczej «, która nawet wobec mnie używa tego określenia”. Na pytanie, skąd się wzięła owa dystynkcja, odpowiedział: „Z nienawiści do IPN”. Profesor to ma proste życie - także jemu wszystko kojarzy się z „Gazetą”. Gdyby uważnie przeczytał artykuł Friszkego, być może zauważyłby, że również jego kolega stosuje ten podział i dokładnie wyłuszcza powody, dla których tak czyni.
Paczkowski uznał książkę Cenckiewicza i Gontarczyka za przykład rzetelnej historiografii ("Książka o Wałęsie jest rzetelna", "Dziennik", 17 czerwca 2008). Sformułował zarazem szereg uwag krytycznych, by wilk IPN był syty i owca wymogów warsztatowych pozostała cała. Werbunek Wałęsy - napisał autor "Wojny polsko-jaruzelskiej" - ze względu na masowość akcji SB po grudniu 1970 roku, "był przeprowadzony żywiołowo, bez zachowania wszystkich procedur, między innymi napisania zobowiązania do współpracy czy samodzielnego wyboru pseudonimu". Możliwe więc - przypuszcza Paczkowski - że z powodu gwałtownego trybu, w jakim był przeprowadzony werbunek, młody Wałęsa "nie figurował w aktach jako regularny tajny współpracownik". Profesor uznał za prawdopodobne, że przyszły przywódca "Solidarności" "nie zdawał sobie wtedy sprawy z tego, że jest TW. Z jego perspektywy mogło to wyglądać tak, że esbecy go o coś pytali, a on odpowiadał, coś tam sugerował".
Autor "Wojny polsko-jaruzelskiej" dotknął istoty problemu, choć nie wyciągnął z tego wniosków - na potrzeby oceny "przyczynku do biografii" przywódcy "Solidarności" oraz w swojej działalności w kolegium IPN. Z tego powodu książka Cenckiewicza i Gontarczyka kończy się w momencie, w którym powinna się zacząć, by uznać ją za rzetelne dzieło historiograficzne, a nie publikację zdobytych prawem i lewem dokumentów okraszonych publicystyką polityczną.
Wałęsa w grudniu 1970 roku "coś" podpisał, jak sam wyznał. Wszystko wskazuje na to, że nie było to formalne zobowiązanie do współpracy. Za dowód może służyć wzmianka z jednego z późniejszych dokumentów zamieszczonych w książce Cenckiewicza i Gontarczyka o tym, że na początku lat 80. SB planowała podrobienie - wśród kilku innych - również tego dokumentu. Cenckiewicz i Gontarczyk w ogóle się nie zajęli problemem niepodpisania przez Wałęsę zobowiązania do współpracy. Gdyby zaczęli go rozważać, musieliby dokonać rewizji podstawowych założeń swojego dzieła.
Sprawa stanu świadomości osób zarejestrowanych jako OZI (osobowe źródła informacji) jest szczególnie istotna, ponieważ bezpieka pod wpływem sprzeciwu społeczeństwa zmuszona została do rewizji metod pozyskiwania agentury i kwalifikowania swoich źródeł informacji. Proces ten najlepiej znany na przykładzie metod pozyskiwania TW w Kościele katolickim, gdzie już w 1973 roku SB musiała odstąpić od wymogu pobierania zobowiązań na piśmie, przyjmowania pisemnych raportów i wynagradzania osób, które zarejestrowała sobie jako współpracowników.
Spowodowało to redefinicję pojęcia współpracy aż do wystąpienia "współpracy bezobjawowej" - uznania za TW duchownych, którzy z esbekiem widzieli się dwa razy. Pierwszy, gdy zjawiali się w biurze paszportowym w celu złożenia wniosku o paszport, i drugi, gdy zdawali paszport. Ich "werbunek" był przykładem na socjalistyczną lipę, której pełno było w PRL, zwłaszcza w schyłkowym okresie jego istnienia. W pracy i publikacjach IPN analizy tego procesu brak. Podobnie jak również innego: Czy sytuacja "na odcinku kościelnym" odpowiadała metodom postępowania wśród innych grup społecznych i zawodowych?
Nie widzą drzew ani lasu Historycy IPN niczego nie policzyli i nie porównali. Nie skonfrontowali zasad naboru agentury w Polsce oraz w innych krajach "obozu państw miłujących pokój". A przecież "najweselszy barak w obozie", jakim była Polska, miał swoją specyfikę. Potężny i niezależny Kościół, ogromne - jak na warunki działalności podziemnej - struktury nielegalnej "Solidarności" oraz imponujący "drugi obieg" wydawniczy z tysiącami ludzi w redakcjach setek gazet i czasopism. Dla IPN jednak lata 80. to wciąż okres "wielkiego werbunku" - niemal podwojenia agentury w Kościele i całym społeczeństwie. Choć w rzeczywistości był to czas "wielkiego picu".
Przez ponad 10 lat swojego istnienia IPN nie wypracował odpowiednich narzędzi do analizy oraz interpretacji tego zjawiska. Nie zbadał ani nie usystematyzował metod obrony Kościoła, podziemia i całego społeczeństwa przed inwigilacją i "pozyskiwaniem" przez SB agentury. Historycy z IPN poszli po linii najmniejszego oporu - sięgnęli do kartotek, ocalałych teczek i zaczęli publikować jak leci. W pełni przyjęli optykę patrzenia służb państwa komunistycznego, stając się ich gorliwymi adwokatami
Spoza drzew nawet nie usiłowali dostrzec lasu, a nawet ocenić, z jakimi gatunkami mają do czynienia.
To, że historycy z IPN napisali wiele dobrych monografii, niczego tu nie zmienia.
Po kilku latach miotania polską opinią publiczną swoimi "odkryciami" historycy z IPN ponieśli spektakularną klęskę profesjonalną. Jedni, bo swą pracą chcieli realizować misję obozu "rewolucji moralnej", drudzy - ponieważ milczeli i nie protestowali, gdy kierownictwo spolityzowało Instytut i pozbywało się niewygodnych osób. Ich winą jest również to, że swoimi nazwiskami i dorobkiem naukowym legitymizowali sztandarowe wydawnictw IPN, które z rzetelną historiografią niewiele mają wspólnego.
Dzieje tzw. powszechnej lustracji pokazały, że metodologia nauk historycznych w wykonaniu kierownictwa IPN jest nieprzydatna w procesie stanowienia oraz implementacji prawa. Sztandarowy pomysł powszechnych lustratorów - opublikowanie katalogów tzw. osobowych źródeł informacji - został zmiażdżony przez Trybunał Konstytucyjny jako niegodny państwa prawa. Stał na tyle w sprzeczności z zasadami i normami demokracji, że sędziowie nie kryli emocji w wyrażaniu zdumienia, jak w ogóle mógł się narodzić i zostać poparty przez niemal cały parlament.
Książka krakowskiego magistranta Pawła Zyzaka ma szansę stać się katalizatorem, który uruchomi proces naprawczy w IPN. Dalej jest bowiem ściana, z czego zdają sobie sprawę co bardziej zapobiegliwi członkowie jego dzisiejszego kierownictwa. Prof. Friszke wskazał kierunek i sposoby uzdrowienia sytuacji w sferze organizacyjnej, za którymi powinna pójść praca nad kwestiami zawodowymi historyków. Ruch należy do polityków koalicji rządowej i lewicowej opozycji, którzy mniej powinni zajmować się epatowaniem społeczeństwa tym, kto użyje bardziej kolorowego bon motu o absolwencie Uniwersytetu Jagiellońskiego, a bardziej tym, co należy do ich podstawowych obowiązków. Stanowienie dobrego prawa i zapewnienie właściwej obsady personalnej ważnych stanowisk w państwie.
Co o tym sądzisz? Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>