Niedawno w "Przeglądzie Politycznym" (nr 91-92/2008) opublikowano zarys koncepcji programowej muzeum wraz z zapisem dyskusji, jaka wokół niej odbyła się w kancelarii premiera w październiku 2008 roku. Uważna lektura projektu przygotowanego przez prof. Pawła Machcewicza (dyrektora powstającej placówki) i dr. hab. Piotra Majewskiego skłania do wniosku, iż muzeum ma szansę stać się ważnym ośrodkiem prezentowania polskiego spojrzenia na II wojnę światową. Do takiego wniosku doszli też uczestniczący w dyskusji historycy, świetni znawcy okresu 1939-45, m.in.: Tomasz Szarota, Grzegorz Mazur i Andrzej K. Kunert. Zestawiając rzeczowe głosy opublikowane w "Przeglądzie Politycznym" z wypowiedziami na temat muzeum, które padały w "Rzeczpospolitej" i "Naszym Dzienniku", trudno oprzeć się wrażeniu, iż głównym zarzutem pod adresem twórców nowej placówki jest fakt, że zamierzają stworzyć ją pod egidą rządu PO, a nie PiS,
LPR i Samoobrony.
Tłumaczyłoby to, dlaczego część polemistów z góry odmówiła autorom koncepcji dobrych intencji, choć akurat Machcewicz jak mało kto zasługuje na kredyt zaufania. Nie jest przecież osobą nieznaną, lecz autorem uznanych prac naukowych. W latach 2000-05 był dyrektorem i faktycznym twórcą Biura Edukacji Publicznej
IPN. W tym czasie przykładał wiele uwagi do badań dotyczących lat wojny. Był współredaktorem tomu studiów "Wokół Jedwabnego", pomysłodawcą takich wystaw jak "Z największą brutalnością. Zbrodnie Wehrmachtu w Polsce" czy "Akcja AB - Katyń" (ukończono ją już po jego odejściu z IPN), za "jego czasów" wykonano gros prac nad głośnym "Atlasem polskiego podziemia niepodległościowego 1944-1956". Choćby dlatego sugerowanie, że Machcewicz i Majewski dążą do rozmycia polskiej tożsamości i historii i roztopienia jej w Europie, jest zwyczajnie intelektualnie nieuczciwe.
Niesmak budzi to, iż w tych atakach biorą udział niektórzy pracownicy IPN. Jako jeden z pierwszych koncepcję muzeum skrytykował były podwładny Machcewicza, od 2006 r. jego następca na stanowisku dyrektora BEP IPN - dr hab. Jan Żaryn. W wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" (nr z 4.11.2008) zarzucił twórcom projektu, że w ich "opowieści" narratorem jest "każdy i nikt", "czasem kat, czasem ofiara". Nie dość, że jego słowa mają się nijak do faktycznej koncepcji muzeum, to jeszcze nie wiadomo, dlaczego nagle zainteresował się II wojną światową. Wszak jako dyrektor BEP IPN ograniczył nad nią badania na rzecz zintensyfikowania prac dotyczących infiltracji opozycji w ostatnich latach PRL. Z tego powodu wyrzucono do kosza projekt stworzenia w IPN specjalnej sekcji do badania II wojny światowej, a w Gdańsku musieli odejść z pracy uznani historycy Armii Krajowej, uczniowie prof. Tomasza Strzembosza. Publikowane dziś przez IPN książki dotyczące lat 1939-45 są często zakończeniem prac zainicjowanych pod kierunkiem poprzedniego szefa BEP IPN. Można oczywiście różnie oceniać książkę o Lechu Wałęsie, ale nie ulega wątpliwości, że w wyniku takiej polityki pion edukacji IPN prędzej przygotuje z okazji Euro 2012 tom o relacjach piłkarzy z
SB w PRL-u niż poszerzającą naszą wiedzę rozprawę o gestapo czy NKWD.
O ile głos Żaryna ma - mimo wszystko - merytoryczny charakter, to trudno takowego się doszukać w wypowiedziach innych pracowników IPN. Jeden z nich w "Rzeczpospolitej" (15.12.2008) dopatruje się związków pomiędzy planowanym muzeum a scysją prezydenta Vaclava Klausa z Danielem Cohn-Benditem, inny - niemający w dorobku żadnych naukowych dokonań - w "Naszym Dzienniku" (24-26.12.2008) neguje kompetencje prof. Machcewicza do zajmowania się wojną, co chwila ujawniając własną ignorancję. Oburza się na przykład, iż w projekcie za jedną z największych zbrodni II wojny uznano mord na jeńcach Armii Czerwonej. Tymczasem świadczy to o kompetencji twórców projektu! Zimą 1941/42 r. wojska niemieckie wyniszczyły głodem i chorobami w obozach jenieckich około 2 milionów żołnierzy Armii Czerwonej, z czego 500-800 tys. na ziemiach polskich. Co ważne, sowieccy jeńcy zostali uznani przez Stalina za dezerterów i dlatego często po uwolnieniu z niemieckiej niewoli trafiali na długie lata do łagrów lub batalionów karnych. Dziś jest to temat wstydliwy tak dla Niemców (prawie nikt z odpowiedzialnych za tę zbrodnię żołnierzy Wehrmachtu nie został pociągnięty do odpowiedzialności), jak i Rosjan. Jest tu jeszcze polski wątek: zdarzało się, iż Niemcy za pomoc udzielaną uciekającym jeńcom karali tak jak za ukrywanie Żydów. Pomimo to Polacy, w tym niektórzy członkowie AK i BCh, nierzadko wyciągali pomocną dłoń. Za niesienie pomocy uciekającym czerwonoarmistom zamordowano co najmniej kilkuset polskich obywateli. Ratowali oni ludzi, których mieli pełne prawo po doświadczeniu 17 września 1939 r. uważać za przedstawicieli armii najeźdźców! Czy ich ofiara ma być wymazana z naszej pamięci?
W cieniu publikacji o muzeum miała miejsce na łamach "Rzeczpospolitej" inna, niemniej interesująca i tylko z pozoru odrębna dyskusja o stosunku Polskiego Państwa Podziemnego do komunistów. Piotr Skwieciński ("1944: utracona szansa finlandyzacji Polski", "Rzeczpospolita" z 6.12.2008) i
Piotr Gontarczyk ("To nie była wojna domowa", "Rzeczpospolita" z 27-28.12.2008) wyrazili w niej żal, iż AK nie przeprowadziła operacji mającej na celu pełną likwidację środowisk polskich komunistów. Ich zdaniem taka krwawa czystka, jeśli nie doprowadziłaby do finlandyzacji Polski (Skwieciński), to przynajmniej ograniczyłaby liczbę ofiar, które padły w wyniku represji komunistycznych (Gontarczyk). Słabości takiego rozumowania dobrze pokazał już Andrzej Friszke ("Status Finlandii czy wojna domowa?", "Rzeczpospolita" z 20-21.12.2008). Jedyne, co Polska osiągnęłaby w wyniku takiej "operacji", to kompromitacja na arenie międzynarodowej i łatka niemieckich kolaborantów. Owszem, Sowieci po przesunięciu się frontu i tak urządzili na żołnierzy AK polowanie, bezwzględnie ich mordując i wsadzając do obozów, ale ograniczenie przez główne siły polskiego podziemia antykomunistycznych i antysowieckich akcji w istocie do zbrojnej samoobrony (inaczej postąpiły NSZ, dążąc do wyniszczenia środowisk komunistycznych - Gontarczyk myli się, stawiając tu znak równości pomiędzy tymi obiema organizacjami) pozostaje dziś żywym dowodem na to, że Polacy uważali za głównego wroga Niemców. A nie jest to bez znaczenia w sytuacji, gdy w Rosji (i nie tylko) ukazuje się wiele publikacji pomniejszających wkład Polski w walkę z nazizmem. Dobrym przykładem jest nie tak dawno wydana książka Jeleny Jakowlewej "Polsza protiw SSSR 1939-1950" ("Polska przeciwko ZSRR", Moskwa 2007). Zręcznie manipulując faktami, autorka przedstawia polski rząd i podziemie jako awanturników odmawiających pójścia na kompromis z Sowietami. Według niej Polacy unikali większych działań przeciwko Niemcom, wszędzie gdzie się tylko da zawierając z nimi porozumienia. Jak pisze: "prawdziwa wojna zaczęła się dla AK nie w 1939, a w 1944 r., kiedy władza radziecka zaczęła robić porządek na ziemiach, które polscy stratedzy uważali za własne" (s. 317).
By uwiarygodnić swoje tezy, Jakowlewa przywołuje prace polskich historyków, np. te, w których wyrażono żal, iż w 1939 r. Polska nie sprzymierzyła się z Hitlerem. Nie zdziwię się, jeśli w kolejnych rosyjskich pamfletach będą wykorzystywane - rzecz jasna, wyrwane z kontekstu i bez ich wiedzy, i zgody - słowa Skwiecińskiego i Gontarczyka.
Powiem wprost - gdyby w przyszłym muzeum miała zwyciężyć wizja pochwalająca rozstrzeliwania komunistów, usprawiedliwiająca mordy polityczne w polskim podziemiu (np. zabójstwo Makowieckiego i Widerszala z Biura Informacji i Propagandy AK), zakładająca, że gen. Sikorskiego zabili właśni oficerowie, byłaby to klęska dla obrazu Polski w świecie. Można i należy dyskutować o naszym udziale w II wojnie - w tym także o stosunku do komunistów - ale w muzeum ekspozycje powinny być wolne, na tyle, na ile jest to tylko możliwe, od takich ideologicznych wojen i sporów.
Krytycy koncepcji utworzenia muzeum wiele mówią o wyjątkowości polskiej historii, a jednocześnie jakby nie dowierzali własnym słowom, bojąc się porównań z innymi państwami. A właśnie dzięki takiemu zabiegowi można lepiej zrozumieć unikalność naszej historii. Przykładowo porównanie Powstania Warszawskiego z podobnymi wystąpieniami w Paryżu, na Słowacji czy w Pradze w niczym nie uwłacza powstańcom. Wprost przeciwnie, pokazuje, iż tylko Warszawie nie udzielono liczącej się pomocy. Po wybuchu powstań w Paryżu (sierpień 1944 r.) i w Pradze (maj 1945 r.) wojska koalicji antynazistowskiej natychmiast pośpieszyły im skutecznie z pomocą wszystkimi dostępnymi siłami. By pomóc powstańcom na Słowacji zmieniono kierunek sowieckiej ofensywy. Próba sforsowania przełęczy karpackich kosztowała Sowietów oraz Czechosłowaków około 80 tys. zabitych i rannych. Powstanie upadło, ale góry stanowiły znacznie trudniejszą przeszkodę do pokonania niż Wisła...
Nie ma tu miejsca na omawianie koncepcji muzeum. Warto jednak zawczasu pomyśleć, by stało się ono miejscem dialogu polskich uczonych z kolegami po fachu z innych krajów. Bo muzeum, pomagając innym zrozumieć polski punkt widzenia, jednocześnie winno umożliwić nam zrozumienie wrażliwości pozostałych uczestników wojny. Taką funkcję mogłyby spełniać wystawy czasowe. Przyznam, iż sam chętnie zobaczyłbym wystawy przygotowane przez historyków francuskich, holenderskich, duńskich, ale też np. filipińskich (na Filipinach istniała silna antyjapońska partyzantka, a rzeź ludności cywilnej w Manili, stolicy tego państwa, pod niektórymi względami zdaje się przypominać to, co miało miejsce na Woli w sierpniu 1944 r.).
Pamięć o II wojnie światowej jest i zawsze będzie ważną częścią europejskiej świadomości historycznej. To, jakie zajmiemy w niej miejsce, zależy w dużej mierze od nas. Utworzone w Gdańsku muzeum ma szansę stać się ważnym ośrodkiem nie tylko polskiej, ale i europejskiej opinii publicznej. Ale ostrość ataków na Machcewicza i Majewskiego pokazuje, że równie dobrze może stać się typowym symbolem naszych polskich swarów.
*dr hab. Grzegorz Motyka jest pracownikiem Instytutu Studiów Politycznych PAN. Napisał m.in. książkę „Ukraińska partyzantka 1942-1960”, Warszawa 2006.