Władysław Frasyniuk dokonał być może zbyt pochopnych uogólnień i nadmiernych uproszczeń, podnosząc problematyczność roli odgrywanej przez ludność chłopską i wiejską w polskim społeczeństwie. Sama ta problematyczność nie jest jednak zmyślona. Czy istnieje i może istnieć nowoczesne społeczeństwo, którego prawie 40 proc. mieszka na wsi, a niemal 1/4 zajmuje się uprawą roli? Czy zatem jest możliwa modernizacja Polski przy takim składzie socjalnym jej ludności?
Kwestia rozwoju i modernizacji ma oprócz wymiaru ekonomicznego (kierującego uwagę na system gospodarczy i środki materialne) oraz politycznego (skłaniającego do analiz ustrojowych, ideologicznych i doktrynalnych) także aspekt kulturowy, który może się w pewnych okolicznościach stać pierwszorzędny, bo rozstrzygający. Im większe bowiem zacofanie, tym głębszych i szybszych wymaga przemian, a to oznacza tym gwałtowniejsze zaburzenie dotychczasowej struktury społecznej i modelu kultury. To może rodzić silny przeciw nim opór tradycjonalistycznie nastawionej części społeczeństwa oraz reprezentujących ją (z demokratycznego mandatu czy uzurpacji) ugrupowań politycznych.
Nie jest odkryciem stwierdzenie, że ta antymodernizacyjna część społeczeństwa to przede wszystkim ludność wiejska i rolnicza, a jej polityczna reprezentacja to nie tylko współrządząca partia chłopska, lecz także największa partia opozycyjna. Analizy wyborcze pokazują współbieżność regionalną, socjalną i mentalną ich elektoratu (co skądinąd pokazuje, że koalicja
PiS-
PSL byłaby oparta na bardziej spójnej bazie społecznej i podstawie kulturowej niż obecna, na co PO musi uważać).
Wiejsko-feudalny kraj Najpoważniejszą socjo-kulturową przeszkodą na drodze modernizacji Polski i jednocześnie wskaźnikiem jej zacofania jest zatrważająca liczebność ludności wiejskiej stanowiącej prawie 40 proc. społeczeństwa.
To wynik i relikt dominującego zawsze na ziemiach polskich typu kultury rolniczej. Nie trzeba długo się rozwodzić nad oczywistą konstatacją, że nie harmonizuje ona ze współczesnymi wymaganiami i dążeniami modernizacyjnymi. Można bronić tezy, że efektywną modernizację wprost uniemożliwia.
Budowa infrastruktury technicznej, rozwój nowoczesnych gałęzi przemysłu, osiągnięcie wysokiej produktywności, zapewnienie dobrej edukacji (i gospodarki opartej na wiedzy), rozwinięcie i urozmaicenie więzi społecznych, dostęp do dóbr kultury i obiegu informacji (budowa społeczeństwa informatycznego) oraz upowszechnienie wszelkich innowacji, wysoka mobilność społeczna - tych i wielu innych wymogów i form modernizacji nie da się zapewnić w warunkach wiejskiego osadnictwa, sposobu gospodarowania i modelu życia.
Bardzo poważne jest niebezpieczeństwo, że podejmowane przez III Rzeczpospolitą wysiłki modernizacyjne ugrzęzną na barierze, jaką jest zacofana struktura agrarna i społeczna. Pytaniem otwartym jest, jakie siły i jakim sposobem mogą tę barierę skuteczniej przełamać.
Trzeba przy tym wyraźnie podkreślić, że rozwarstwienie dochodowo-materialne w polskim społeczeństwie jest znacznie mniejsze, niż wynikałoby z samych wskaźników i mechanizmów gospodarczych. Rolnictwo dostarcza poniżej 5 proc. polskiego PKB. Nawet jeśli (co jest faktem) nie cała ludność wiejska pracuje w rolnictwie, to i tak stanowi ona blisko 25 proc. społeczeństwa, czyli jej produktywność jest wielokrotnie niższa od jego reszty. Mówiąc jasno: owa reszta społeczeństwa tę wiejską ludność utrzymuje poprzez liczne transfery dochodowe i socjalne (najbardziej spektakularna ich forma to osławiony i nienaruszalny
KRUS).
Wstąpienie Polski do Unii - przejaw i wynik procesów modernizacyjnych - te transfery jeszcze zwiększyło: do pieniędzy płynących z kasy Unii na dopłaty bezpośrednie polski budżet dokłada dodatkowe wielomiliardowe kwoty.
Wszystko to prowadzi do utrwalania zacofanej struktury agrarnej i społecznej. Od 1989 r. odsetek ludności wiejskiej ani drgnął.
Modernizacja = urbanizacja Polska modernizacja musi się więc wyrazić przede wszystkim w urbanizacji, przenoszeniu ludności ze wsi do miast i do prac możliwych jedynie w warunkach miejskich oraz tam potrzebnych. Proces ten blokują politycy. To oni (głównie PSL, obecny współkoalicjant) zapewniają stałą redystrybucję dochodów od coraz bardziej produktywnej ludności miejskiej do stale niskoproduktywnej ludności wiejskiej, zniechęcając tę ostatnią do zmiany modelu życia, a zwłaszcza miejsca zamieszkania i formy pracy.
Gdyby w Polsce po 1989 r. rzeczywiście panował taki dziki kapitalizm czy bezduszny liberalizm oraz bezwzględne prawa rynku, jak to się często twierdzi (zwłaszcza w kręgach polityków chłopskich i wiejskich), ludność na wsi klepałaby biedę proporcjonalną do swej marnej produktywności. Być może skłoniłoby to jakąś jej część do porzucenia tak nędznej egzystencji i poszukiwania bardziej produktywnych zajęć oraz wyższego poziomu życia w mieście, przemyśle, usługach. Brutalne mechanizmy ekonomiczne okazałyby się zapewne bardziej skuteczne w stymulowaniu (czy po prostu wymuszaniu) procesów urbanizacji i wyrażającej się poprzez nią i dzięki niej modernizacji niż polityka państwa. A to w jej wyniku procesy te zostały zablokowane, a podtrzymywanie zacofanej struktury społecznej pochłonęło miliardy, których brak na rozwój infrastruktury i modernizację w innych dziedzinach.
Dziś mamy taką sytuację, że partie chłopskie petryfikują zacofaną strukturę agrarną i społeczną, bo ta zapewnia im bazę polityczną, a antymodernizacyjne ugrupowania polityczne oraz organizacje żerują na wiejskim i małomiasteczkowym tradycjonalizmie obyczajowym i kulturowym, przechodzącym często w obskurantyzm. W ten sposób utrwala się zacofanie cywilizacyjno-gospodarcze i kulturowo-mentalne, a modernizacja grzęźnie w oporze zastarzałych i zacofanych struktur społecznych.
Błędne koło? Dosyć! Ślepe i bezduszne siły rynku są na te wpływy znacznie mniej podatne i mają mniej oporów w ich przełamywaniu, a więc w forsowaniu procesów modernizacyjnych mogłyby się okazać skuteczniejsze. Na powierzenie im roli porządkującej strukturę agrarną i socjalną nie ma jednak szans, bo nie zgodzą się na to politycy chłopscy.
Zostaliśmy więc uwikłani w błędne koło: intensywna modernizacja Polski wymagałaby zmiany struktury społecznej polegającej na przesunięciu do nowoczesnych i efektywnych dziedzin gospodarki gigantycznych zasobów ludzkich marnujących się i degenerujących na wsi i w nisko wydajnym rolnictwie. Jest to jednak niemożliwe, bo ich polityczni reprezentanci na to nie pozwalają, petryfikując ten stan zacofania i marnotrawstwa.
W swoim artykule o PSL-u i jego miejscu w polskiej polityce ("Pawlak twardo stoi u płota", "GW" z 23 marca) Mirosław Czech określa ten problem jako kwadraturę koła, lecz odnoszącą się do niego strategię Pawlaka i jego partii ocenia z pewnym uznaniem jako wyraz chłopskiego pragmatyzmu.