Od kilku tygodni świat polskiej polityki i mediów pasjonuje się wyścigiem o fotel szefa NATO naszego nieoficjalnego wciąż kandydata Radosława Sikorskiego. Kiedy w weekend z Waszyngtonu napłynęły nieformalne sygnały o poparciu prezydenta Baracka Obamy dla kandydatury duńskiego premiera Andersa Fogha Rasmussena, większość komentatorów przekreśliła szanse polskiego szefa
MSZ.
Potem niespodziewana odsiecz przyszła z Ankary, gdzie równie anonimowe źródła powiedziały, że być może Turcja zawetuje kandydaturę Rasmussena, gdyż ten trzy lata temu źle rozegrał sprawę publikacji karykatur Mahometa w duńskich mediach. Następna sensacja przyszła we wtorek - oto rzekomo Polska gotowa jest zablokować Rasmussena, bo woli Kanadyjczyka Petera McKaya.
Gra o fotel NATO jest zaiste pasjonująca, bo nigdy wcześniej Polska nie brała udziału w grze o tak wielką stawkę. Na rozkręconej karuzeli z nazwiskami następców Jaapa de Hoop Scheffera gubi się jednak dyskusja o przyszłości NATO. A ta przyszłość nie zależy od tego, czy na jego czele stanie Sikorski, Rasmussen, czy McKay, ale czy sojusz będzie w stanie wyjść cało z Afganistanu, czy dogada się z Rosją i Unią Europejską. A o tym w Polsce mówi się za mało.
Tymczasem Sojusz znajduje się znów w krytycznym momencie dla swej historii i ktokolwiek miałby nim pokierować, musi mieć dość politycznej siły, pomysłów i odwagi, by przy wsparciu stolic dokonać ostatecznej transformacji paktu.
Lista zadań jest długa, każde z osobna jest nie lada wyzwaniem, a razem stanowią puzzle o poziomie skomplikowania przerastającym nawet zdolności geniusza. Pierwszą przymiarką do próby ich uporządkowania będzie szczyt sojuszu w Strasburgu i Kehl na początku kwietnia.
A oto najważniejsze z nich.
Jak wyjść z Afganistanu i przeżyć? Program minimum to złagodzenie podziałów, jakie są w NATO w sprawie prowadzenia operacji w Afganistanie. Amerykanie, Brytyjczycy i Kanadyjczycy narzekają na brak solidarności ze strony sojuszników ze starej Europy, głównie Niemiec, Francji czy Włoch, które zasłaniając się ograniczonym mandatem, nie chcą bić się z talibami i wolą stacjonować na bezpiecznej północy Afganistanu.
Nic nie świadczy o tym, by po zmianie szefa NATO Niemcy i Francuzi zmienili zdanie i chcieli bardziej wykrwawić swoje oddziały. Być może więc trzeba wrócić do koncepcji podziału zadań w sojuszu krążącej wśród ekspertów i polityków - na grupę sojuszników "hard power" zajmującą się walką (czyli
USA, Wlk. Brytania, Kanada i część nowych sojuszników, np. Polska) oraz "soft power", czyli miękką siłę, którą tradycyjnie stanowi stara Europa. Niemcy, Francja, kraje Beneluksu zajęłyby się pomocą wojskową, gospodarczą, sypnęłyby groszem i programami wzmacniania administracji, sądów i policji.
Wszystko wskazuje na to, że w sukurs nowemu szefowi NATO przyjdzie nowa administracja USA. Prezydent
Barack Obama niedawno przyznał, że pracuje nad strategią wyjścia z Afganistanu i że nowym priorytetem ma być niedopuszczenie do ataków al Kaidy znajdującej wciąż schronienie w Afganistanie na cele w USA i krajach sojuszniczych.
Jakie stanowisko w sprawie afgańskich dylematów ma Polska? Niedawno premier Donald Tusk powiedział, że jesteśmy tam w myśl staropolskiego zawołania "za wolność naszą i waszą". Ministrowie Klich i Sikorski mówią, że w interesie Polski jest trzymać naszą flagę wysoko w Afganistanie.
Panowie, to trochę za mało.
Czy Rosja musi iść w pakiecie z wstrzymaniem rozszerzenia? Wszyscy zgadzają się, że NATO musi zdefiniować na nowo relacje z Rosją, której pomocy i współpracy potrzebuje w Afganistanie. Problem w tym, że formuła konsultacyjnej Rady NATO - Rosja się wyczerpała. Moskwa chce być nie tylko konsultowana, ale i mieć wpływ na kluczowe decyzje paktu, np. w sprawie rozszerzenia sojuszu o uważane przez nią za strefę wpływów Ukrainę i Gruzję.
W tej sprawie NATO jest również podzielone. Stara Europa uważa, że można przymknąć oczy na rosyjskie dążenie do odzyskania strefy wpływów, a tym samym powstrzymać rozszerzenie sojuszu o i tak niegotowe do wejścia do paktu Ukrainę i Gruzję.
Innego zdania są członkowie NATO z Europy Środkowej i Wschodniej z Polską na czele. Uważają oni, że odłożenie na święte nigdy przyjęcia Ukrainy i Gruzji w zamian za pomoc i zgodę z Rosją to zbyt wysoka cena i ograniczenie suwerenności.
Do tego dochodzi jeszcze rosyjska propozycja rozmów o nowej architekturze bezpieczeństwa. Stara Europa i USA są gotowe wysłuchać propozycji Moskwy. Nowi członkowie obawiają się, że będzie to początek końca NATO pełniącego ostatnio także rolę forum dialogu o sprawach bezpieczeństwa między szeroko pojętym Zachodem a Rosją.
W sprawie zdefiniowania na nowo stosunków z Rosją Polska mogłaby zająć bardziej wyraźne stanowisko.
Ułożenie sobie stosunków z Rosja po jej agresji na Gruzję w 2008 roku jest wielkim wyzwaniem dla wszystkich przywódców Zachodu. Potężniejsze kraje niż Polska nie mają pomysłu jak poradzić sobie z nową falą rosyjskiego imperializmu. Jako brzegowy kraj NATO powinniśmy zabiegać, aby to NATO a nie jakaś nowa organizacja było dalej miejscem, gdzie świat Zachodu rozmawia z Rosją. Ze szczególną ostrożnością powinniśmy patrzyć na rosyjską ofertę budowania nowej architektury bezpieczeństwa, bo ona może oznaczać koniec NATO.