Mamy za swoje. W dyskusji na temat wydanej przez IPN książki o kontaktach Lecha Wałęsy z
SB wiele osób utyskiwało, że zamiast owego „przyczynku do biografii” przywódcy „Solidarności” nie powstało całościowe opracowanie jego życiowych dokonań. Prawicowe wydawnictwo Arcana z Krakowa wypełniło lukę książką „Lech Wałęsa. Idea i historia. Biografia polityczna legendarnego przywódcy »Solidarności « do 1988 roku”.
Jej autorem jest Paweł Zyzak - magister historii Uniwersytetu Jagiellońskiego (urodzony w roku 1984), szef młodzieżówki PiS w Bielsku-Białej i były redaktor jej partyjnego pisma "W prawo zwrot!" Rozprawę przygotował jako pracę magisterską pod kierownictwem prof. Andrzeja Nowaka - znawcy dziejów Rosji, autora znakomitego studium polityki Józefa Piłsudskiego pt. "Polska i trzy Rosje.Studium polityki wschodniej Józefa Piłsudskiego", redaktora naczelnego dwumiesięcznika "Arcana" i członka komitetu honorowego Lecha Kaczyńskiego. Wsparciem autorowi służył dr Henryk Głębocki - pracownik UJ, oraz IPN, autor kilku publikacji na temat najnowszych dziejów Polski. Obaj zwolennicy tzw. powszechnej lustracji, IV RP i rewolucji moralnej.
Zyzak zasłynął tekstem "Diabeł jest zoofilem", w którym stwierdził, że "pedały są zwierzętami", i że homoseksualiści są wysłannikami szatana. Prawdziwą jego pasją okazało się jednak tropienie nieznanych faktów z biografii Wałęsy. Kilka miesięcy temu media obiegło jego "odkrycie" nieślubnego dziecka, jakie w młodości miał spłodzić późniejszy laureat Pokojowej Nagrody Nobla. "Sensacja" nie żyła długo ze względu na słuszne podejrzenie, że była to reklama zaplanowanej do druku książki.
Zyzak zasłynął tekstem "Diabeł jest zoofilem", w którym stwierdził, że "pedały są zwierzętami". Jego pasją okazało się tropienie nieznanych faktów z biografii Wałęsy
Nożownik vel scyzoryk Czytelnik tego opasłego tomiska (ponad 600 stron) nie zawiedzie się. Chora imaginacja autora i wydawcy posunęła się do granic, którye niewiele osób odważyłoby się przekroczyć, by nie być uznanym za człowieka o szczególnie ponurej konduicie. Od czasu
lektury książki ks. Tadeusza Zalewskiego-Isakowicza "Księża wobec bezpieki" nie czytałem czegoś równie kompromitującego pod względem warsztatowym i haniebnego etycznie.
W "Lechu Wałęsie. Idei i historii" nie odnajdziemy wielu nowych faktów, których poznanie oparte byłoby na źródłach pisanych. Zyzak i jego promotor odkryli oral history - historię mówioną. Na wątpliwość, że ludzka pamięć jest ułomna i na jej podstawie nie można formułować twardych wniosków w sprawie konkretnych wydarzeń, Zyzak odpowiada, iż "historia oderwana od ludzkich emocji, sposobów wyrażania myśli, może ulec większemu wypaczeniu, aniżeli na skutek odkrycia kilku przekłamań. Stanie się obca i niezrozumiała".
Dołożył więc szczególnych starań, by lata dziecięce i młodzieńcze polskiego laureata Pokojowej Nagrody Nobla nie były "obce i niezrozumiałe". W tym celu kilka dni spędził w stronach rodzinnych przywódcy "Solidarności". Dzięki rozmowom z ich mieszkańcami wzbogacił swoją wiedzę o fakty, które - jak napisał - są dużą "nowością" na "rynku badań historycznych". A ponieważ wielu spośród pięćdziesięciu rozmówców nie zgodziło się występować z imienia i nazwiska, mamy więc do czynienia z anonimową formą oral history, co samo w sobie jest szczególnym wkładem UJ i "Arcanów" do metodologii dociekań historycznych.
Według Zyzaka nie jest prawdą, że Wąsaty Człowiek z Matką Boską w klapie pochodzi z rodziny religijnej. Zaprzecza temu bowiem relacja ks. Jerzego Płaciszewskiego, byłego proboszcza parafii w Sobowie, do której należeli Wałęsowie. On "nie utrwalił sobie w pamięci, by regularnie uczęszczali do sobowskiego kościoła". Ksiądz Płaciszewski "nie wie nawet, gdzie Lech Wałęsa przyjął sakrament bierzmowania". Autor nie wspomina, w jakim wieku i stanie zdrowia jest ów duchowny. Bo wiarygodność jego słów sprawdzić łatwo - ślad po bierzmowaniu powinien pozostać w księgach parafialnych lub włocławskiej kurii diecezjalnej.
Zyzak tym się jednak nie zajął, bo dowiedzenie braku religijności Wałęsy pozwoliły mu otworzyć wrota do piekła młodzieńczego zachowania przyszłego przywódcy "S". Jeden z mieszkańców przypomniał sobie, że "podczas katechezy przygotowującej dzieci do Pierwszej Komunii Świętej dziewięcioletni Lech, chcąc zaimponować kolegom, nasikał do kropielnicy z wodą święconą". Dalej było już tylko gorzej. Przyszły elektryk wraz z przyrodnimi braćmi stworzył "drużynę Wałęsów", w której odgrywał rolę "kierowniczą". Budziła postrach w całej okolicy, bo wraz z braćmi działało kilkunastu kumpli, ponieważ "w pojedynkę byli ponoć tchórzami". Lech z racji tego, że atakował nożem, zyskał miano "nożownika" bądź "scyzoryka".
Kontem-plując na murku Jeden z mieszkańców Popowa, rodzinnej miejscowości Wałęsy, miał potwierdzić „wątek sztacheciarstwa” i dodać, że zawsze, gdy Wałęsowie szli na zabawę, „ludzie z przerażeniem pilnowali swoich płotów”. Po kilku bójkach bowiem w pechowym płocie pozostawała może jedna sztacheta. „Rozbijali głowy, wybijali zęby”. Nie dziwi więc, że osiemnastoletni Lech po podjęciu pracy w Państwowym Ośrodku Mechanicznym w Łochocinie różnił się od swoich kolegów. „Tamci, grzeczni synowie chłopscy, żyli spokojnie i od początku integrowali się ze sobą. W odróżnieniu od nich Wałęsa siedział z piwem na murku przy sklepie i systematycznie kontemplował. Podobno uzyskał w ten sposób przezwisko »obszczymurek «”.
W Łochocinie miał poznać panią Wandę, z którą miał syna Grzegorza. „Pani Zenka - pisze Zyzak - relacjonuje, że „baby na wsi buntowały Wandę: »Idź do starej i powiedz, że masz dziecko, niech się tą sprawą zajmie «”. U matki byłego prezydenta Wanda niczego jednak nie wskórała. Dziecko zaś w wieku czterech lat utopiło się. Ojciec co prawda przyjechał na pogrzeb, ale wystąpił w czarnych okularach. „Nie miejscu - podsumowuje autor - został zwymyślany przez miejscowe baby”. Grób Grzegorza niszczał przez lata. Dopiero „pan Leszek”, dalszy krewny Wandy, znalazł na śmietniku cmentarnym metalowy krzyż i umieścił go na grobie.
Oral history pozwoliła nam dojść do przerażającej prawdy o Wałęsie - w młodości był szczególnie odrażającym typem. Nie dość, że był na bakier z religią, nauka szła mu kiepsko i popijał na boku. Był okrutnikiem i moralną zgnilizną. Wyparł się własnego dziecka, gdy żyło i nie zajął się jego grobem po śmierci. Na potwierdzenie tych "sensacji" nie przytoczono żadnego dokumentu lub innego dowodu. Wystarczyła imaginacja anonimowych rozmówców - jeśli takowi w ogóle istnieją.
Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Lech z domu wyniósł kompleks Edypa, bo w zastępstwie wcześnie zmarłego ojca ciągle poszukiwał zastępczego ojca. Najpierw był nim Gierek, a następnie gen. Wojciech Jaruzelski. "Kruchy związek Lecha z ojczymem miał wyraźny skutek - wyposażył Lecha Wałęsę w dwuznaczny stosunek do władzy: częściowo buntowniczy, częściowo konformistyczny. Bo i ojczymowi Lech - po krótkotrwałych buntach - w końcu ulegał". I niech ktoś teraz powie, że w trakcie studiów historycznych na UJ adeptów historii nie uczą korzystania ze zdobyczy innych nauk. Psychoanalizę domowej roboty mają w małym paluszku.
Zarażony kompleksem Edypa Wałęsa ciągle uciekał od odpowiedzialności - w Wolnych Związkach Zawodowych i w "Solidarności". Ta przypadłość rzutowała również na jego stosunek do Kościoła katolickiego. Wałęsa traktował
Kościół instrumentalnie, bo "priorytetem wciąż pozostawały [tak w tekście - M.Cz.] dla niego polski socjalizm, a Kościół wyobrażał sobie w symbiozie z tym państwem komunistycznym. Chrześcijańska wizja polityki miała usprawiedliwić łagodny kurs prowadzenia rozmów z władzami".
Jak by tego było mało, Wałęsa okazał się chciwcem, który na kłamstwie i fałszywej martyrologii budował swój wątpliwy autorytet. „Nie dotknęły go - pisze Zyzak - szczególnie bezwzględne działania komunistów, ani w związku z wydarzeniami Grudnia, ani w okresie mającego nadejść »stanu wojennego «, skoro internowano go w warunkach, o których inni mogli tylko pomarzyć. Także teorie o dwóch rzekomych zamachach na życie Przewodniczącego z 1981 i 1985 roku są mocno przesadzone i nie istnieją przekonujące dowody, które by je potwierdzały”.
Gorsi od bezpieki Dla młodego prawicowca osławiona rozmowa Lecha Wałęsy z bratem Stanisławem nie była esbecką prowokacją i fałszerstwem, lecz zapisem autentycznej konwersacji, bo dyskusja na temat autentyczności taśm "nie jest wciąż rozstrzygnięta". To pozwala autorowi z lubością cytować co bardziej pikantne fragmenty o niecnym stosunku Wałęsy do Kościoła, "naradzaniu się" braci nad sposobem przejęcia miliona dolarów oraz zajmować się na serio dywagacjami na temat pochodzenia rodu Wałęsów od cesarzy rzymskich.
Sądzę, że wystarczy. Za pojawienie się na rynku księgarskim tego steku bredni, haniebnych insynuacji i odrażających pomówień najmniej winien jest ich autor - młody epigon obozu "rewolucji moralnej" i IV RP. Tyle ze świata rozumie, ile starsi i bardziej uczeni od niego wtłoczyli do jego rozchwianego umysłu. I na ile popchnęli go w obranym przez siebie kierunku tak, by nie znał żadnych granic i nie cofnął się przed żadną podłością. Tak rozumie oczekiwania na "prawdę historyczną", jakie zgłasza pokaźna część prawicowego mainstreamu. Idzie więc na całość, bo wie, że jedynie w ten sposób może się wkupić w łaski tych, którzy uważają, że w grze o pamięć Polaków wszystkie chwyty są dozwolone.
Autor "Arcanów" obficie posługuje się nie tylko anonimowymi opowieściami, lecz również źródłami pisanymi: dokumentami zamieszczonymi w opracowaniach IPN i relacjami świadków. Cytuje wspomnienia dawnych kolegów Wałęsy z pracy w Stoczni Gdańskiej oraz szeroko znane poglądy Andrzeja i Joanny Gwiazdów, Anny Walentynowicz i Krzysztofa Wyszkowskiego na temat dziejów "Solidarności" i jej pierwszego przewodniczącego.
Na potrzeby swojej pracy Zyzak rozmawiał z Andrzejem Celińskim, Bogdanem Borusewiczem i Lechem Kaczyńskim. Szczególnie Celiński powinien uważać na dobór rozmówców, którym powierza swoje opowieści na temat wydarzeń historycznych, których był uczestnikiem, oraz motywacji ich bohaterów. Dawnym przywódcom "Solidarności" stale powtarzam, że jeśli nie pozostawią wspomnień, to ich chwalebną przeszłość opiszą młodsi, którzy powynajdują w niej takie rzeczy, że ze śmiechu nie można będzie się pozbierać.
Patrząc na reakcję Lecha Wałęsy na kampanię oczerniania jego przeszłości, długo sądziłem, że przesadza. Pytałem, po co reagować na pomyje? Dzisiaj nie tylko rozumiem skalę oburzenia byłego prezydenta, który musi czytać na swój temat niewiarygodną wprost ilość bzdur i podłości. Całkowicie z nim się zgadzam, gdy oszczerców atakuje, posyła do sądów, by odszczekali swoje pomówienia. Jeśli odpuścić im w jednej sprawie, wówczas uznają, że wolno już wszystko.
Starzy czynią to z zazdrości, niespełnionych ambicji, dania posłuchu prowokacjom SB i poczucia krzywdy, że Wałęsa o nich zapomniał, gdy "na ich plecach" wspiął się na szczyty. Młodzi, bo naśladują starych i uważają, że w ten sposób odkrywają "prawdę". Nie domyślają się nawet, że są gorsi od bezpieki, która przynajmniej nie powoływała się na sankcję moralną swoich działań, tłumacząc się jedynie koniecznością dziejową zbudowania "najlepszego z ustrojów".
Pojawienie się książki "Arcanów" jest logicznym zwieńczeniem przepisywania historii Polski "od nowa", jak o misji IPN wyraził się prezes Janusz Kurtyka. Analizowanie akt, poszukiwanie sensacji w dokumentach SB i uznawanie jej papierów za prawdę objawioną było jedynie wstępem do powstania syntezy. "Prawdziwej historii Polaków drugiej połowy II wieku", która miała wykazać, że bohaterowie nie byli tacy bohaterscy, zaś autorytety nie były rzeczywistymi autorytetami.
Takie były zamiary, a wszystko jak zawsze. Wściekła kampania ukazania Lecha Wałęsy jako agenta bezpieki zakończyła się tym, że w rankingach zaufania do polityków wysforował się on na pierwsze miejsce. Znajomy doktor nauk biologicznych ciągle mi powtarza, że braciom Kaczyńskim nie daruje do końca życia tego, że na powrót musiał spojrzeć na byłego prezydenta jak na męża stanu, który zasługuje na pełną obronę - nawet wbrew grzechom z przeszłości.
Heroldowie IV RP stanęli na brzegu rzeki, którą płyną współczesne dzieje Polaków, i zaczęli do niej sikać. Zdumionemu społeczeństwu tłumaczyli, że to pada deszcz odnowy i moralnej rewolucji. Ludzie w krótkim czasie zorientowali się w czym rzecz i rozpostarli parasole. Powstał wiatr, który powiał w twarze sikaczy. Ci jednak w zapamiętaniu nadal uprawiają swój proceder, nie bacząc na nieprzyjemną woń, który dochodzi z
Paweł Zyzak: "Lech Wałęsa. Idea i historia. Biografia polityczna legendarnego przywódcy "Solidarności" do 1988 roku"