"Sprawa Pawlaka" zakończyła czas miłości w koalicji PO-
PSL. Nie chodzi przy tym o odpowiedź na pytanie, co szefowi ludowców wolno, a czego czynić nie wypada. Pawlak z przekonaniem oświadczył, że zakreślanie granic należy do niego, a nie do polityków PO lub dziennikarzy.
I na razie to jego jest na wierzchu. W Platformie trwa przetrząsanie szeregów i sporządzanie list polityków mających udziały w spółkach lub prowadzących działalność gospodarczą. Mnożą się też zapowiedzi inicjatyw legislacyjnych mających wprowadzić ład do sejmowej stajni Augiasza. Dla sprawy PSL-u niewiele jednak z tego wyniknie. "Problem Pawlaka" - przypadek jednostkowy, zjawisko społeczne i problem polityczny - w ciągu minionych 20 lat próbowano rozwiązać nie raz. Z mizernym skutkiem. Nie uda się i tym razem, bo PSL jest jak chłopski los - miotany wichrami dziejów, ale nieugięty i wieczny.
Z chłopa szlachcic Janina Paradowska ma rację („Cel PSL”, „Polityka” z 21 marca), gdy pisze, że za obcesową i nieco histeryczną reakcją Pawlaka na doniesienia mediów kryła się jego wrodzona podejrzliwość, brak zaufania i pamięć tego, co już kiedyś się zdarzyło. „Czyż - pytała - sprawy opisane przez »Dziennik « nie są kalką wydarzeń z 1994 r. i tak zwanej afery InterArms, w której niewątpliwie uczestniczyli funkcjonariusze
UOP i która w efekcie pozbawiła go premierostwa. Tam też była firma komputerowa kolegi ze studiów, która otrzymywała zamówienia rządowe, była kobieta w tle. Tamta sprawa nigdy nie została wyjaśniona, nikomu żadnych zarzutów nie postawiono”.
Po takim upadku Pawlak nie miał prawa się podnieść. Stracił nie tylko stanowisko państwowe, ale też szefostwo w partii. Ze swą smutną miną był wdzięcznym tematem drwin rozlicznych kabaretów, rozpadła się mu rodzina i mocno musiał się nachodzić, by znaleźć sposób zarobkowania. Podciągnął się w ulubionej informatyce, nauczył angielskiego i z sukcesami zaczął grać na giełdzie.
Został prezesem giełdy rolniczej w Broniszach pod Warszawą, zachował też stanowisko szefa Ochotniczej Straży Pożarnej - honorową synekurę z czasów pierwszego premierostwa (1992), którą jednak potrafił utrzymać wtedy, gdy dla strażaków nie miał konfitur. Przewodzenie im uczynił podstawą swoich wpływów w PSL-u i całym środowisku wiejskim.
W 2005 r. wygrał rywalizację o prezesurę w stronnictwie, choć niewielu wieszczyło mu powodzenie. W wyborach parlamentarnych w tym samym roku przetrwał napór Samoobrony i wprowadził liczącą się reprezentację do parlamentu. Nie dał się skusić zachętom Jarosława Kaczyńskiego i nie wszedł do koalicji rządowej - zamiast tego w wyborach samorządowych w 2006 r. zblokował listy z PO.
Osiągnął niespodziewany sukces - w wyborach do sejmików wojewódzkich PSL uzyskało ponad 13 proc. Dziś współrządzi z PO w większości regionów, w ponad jednej czwartej gmin działacze stronnictwa zostali wójtami, a w wielu starostami i burmistrzami. PSL to prawdziwa partia Polski lokalnej.
Pawlak kontynuował zwycięską passę w wyborach parlamentarnych w 2007 r. (ponad 9 proc. głosów), dzięki czemu PSL zawiązało koalicję z PO. Komplementowali go nie tylko partnerzy polityczni, ale też większość mediów jako polityka, który się zmienił i dojrzał do pracy państwowej. Za naturalne przyjęto więc objęcie przez niego teki wicepremiera i ministra gospodarki.
Chciał być głównym strategiem ekonomicznym rządu, ale kryzys pokazał, że przekroczył próg swych kompetencji. Strategiem się nie stał, a do Ministerstwa Gospodarki można mieć masę zastrzeżeń, choćby za dopuszczenie do zalania naszych firm opcjami walutowymi.
Przypominam o tym, ponieważ Pawlak zamieszanie wokół własnej osoby miał prawo odebrać jako atak na siebie i całe stronnictwo. Podpowiadało mu to nie tylko bogate doświadczenie życiowe i polityczne, ale też wielokrotnie potwierdzone przez wszelkie możliwie salony "szlachectwo" polityczne. Zasadnie może sądzić, że był dobry do momentu, w którym przypomniał o swej samodzielności i postawił się Platformie w sprawie opcji, a jego kandydat wygrał wybory prezydenckie w Olsztynie.
Uznał, że PO chciała pokazać PSL-owi miejsce w koalicyjnym szyku. Trafiła jednak liberalna kosa na ludowy kamień. Pawlak przystąpił do ataku - oskarżył koalicjanta o wywołanie medialnej awantury. Odwinął się szybko i skutecznie - dziś to nie on, lecz Platforma jest w większym despekcie, mimo że w rankingach zaufania lider PSL-u zanotował duży spadek. W swoim elektoracie umocnił autorytet, w czym wydatnie pomógł mu Władysław Frasyniuk, zarzucając polskim chłopom dobijanie powstańców.
PSL obroni liberalną demokrację Pawlak podjął wyzwanie jak rasowy przywódca, słusznie uznając, że właśnie zdaje test na samodzielność kierowanej przez siebie formacji oraz na jej przyszłość w obecnej koalicji i w dłuższej perspektywie. Nie jest politykiem, który gubi się w gąszczu sprzeczności etycznych, jak pisze o nim część komentatorów. W niczym się nie pogubił. Przyjął natomiast, że nie musi dowodzić, iż potrafi posługiwać się nożem i widelcem. Nie bierze do siebie opinii sugerujących, że w działaniach konkurentów i mediów jest samo dobro, a jego postępowanie można wyłącznie potępić. I trudno nie przyznać mu, przynajmniej częściowo, racji.
Nikt nie postawił mu zarzutu złamania prawa i niedopuszczalnego wykorzystywania stanowiska dla odniesienia korzyści majątkowej. Przed objęciem stanowiska rządowego sprzedał udziały w firmach i przekazał fundację, w której te udziały umieścił, w ręce swej mamy. Starszą panią potraktował jako najbardziej godny zaufania fundusz powierniczy. OSP są stowarzyszeniem, które rządzi się własnym statutem, jest kontrolowane przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych oraz
NIK. To nie urząd państwowy, lecz organizacja pozarządowa i element społeczeństwa obywatelskiego.
Ze spokojem więc może przyglądać się pracom, które mają uregulować kwestię zakazu łączenia działalności gospodarczej z pełnieniem funkcji publicznych. W tej sprawie PO, chcąc go dopaść, robi wszystko, by wylać dziecko z kąpielą. W przypadku Pawlaka ustawodawca będzie musiał rozstrzygnąć, czy polityk może działać w organizacji pozarządowej, czy też jest tego prawa pozbawiony. Być może zakaz lub zawieszenie członkostwa byłoby najlepszym rozwiązaniem, ale co począć ze słusznym postulatem zakorzenienia parlamentarzystów we własnych środowiskach?
W dyskusji na ten temat dojdziemy do fundamentów demokracji - istoty sprawowania mandatu przez reprezentantów narodu oraz mechanizmów rekrutacji do elit władzy. Czy partie mają być zamkniętymi kręgami, czy też powinny otwierać się na ludzi umocowanych w środowiskach lokalnych, stowarzyszeniach społecznych i zawodowych? Nie zdziwmy się, jeśli to PSL okaże się obrońcą fundamentów liberalnej demokracji, która przynajmniej w teorii ma być wsparta na instytucjach społeczeństwa obywatelskiego.
Będziemy musieli odpowiedzieć na pytanie, czy obowiązek przekazania firm parlamentarzystów do funduszy powierniczych dotyczyć powinien również gospodarstw rolnych. Nie są one przedsiębiorstwami i nie podlegają opodatkowaniu dochodowemu. Podkreśla się słusznie, że często to zaniechanie wołające o pomstę do nieba, bo z setek i tysięcy hektarów rolnicy z ulicy Wiejskiej uzyskują znaczące dochody. Sprawy tej nie rozwiązano od początku polskich przemian i nic nie wskazuje na to, by miało się to zmienić. PSL broni tych udogodnień jak niepodległości. Również z tego powodu, że jej wprowadzenie oznaczałoby konieczność zreformowania
KRUS. A do tego żadna z partii chłopskich nie dopuści.
Pawlaka nie podejrzewam o cynizm. On naprawdę uważa, że "pomaganie sobie" - jak się wyraził - przez rodzinę, przyjaciół i znajomych jest jak najbardziej na miejscu. PSL wyrosło na takim postrzeganiu świata.
Dzieje tej partii to rewers polskiej modernizacji - od początkowej nieufności, a nawet wrogości, przez podejrzliwą aprobatę, aż po mistrzostwo w wykorzystywaniu możliwości, jakie daje członkostwo w UE. Elementem konstytutywnym tego ciągu zdarzeń jest czerpanie profitów - bezpośrednio z udziału we władzy i pośrednio poprzez ciągnięcie za sobą rodziny i znajomych.