Aleksandra Pezda: Humaniści nadal nie akceptują projektu Ministerstwa Nauki z nową ścieżką kariery naukowej, czyli z uproszczoną habilitacją. Dlaczego? Prof. Janusz Tazbir*: Ponieważ uważamy, że habilitacja się sprawdziła, a jakiekolwiek formy zastępcze całkowicie nie sprawdzą się w naszych warunkach
Jednak habilitacja zostaje. - Zostaje tylko nazwa. Teraz procedura habilitacyjna składa się z trzech zasadniczych części: pracy, kolokwium i wykładu habilitacyjnego. Co według nowego projektu minister Kudryckiej z tego pozostanie?
Praca nie będzie wymogiem koniecznym w dziedzinach humanistycznych, ma wystarczyć np. cykl publikacji czy wykładów... - A właśnie: publikacji czy wykładów? I dotąd można było zamiast pracy przedstawić cykl publikacji, ale stanowiących koherentną całość, czyli dotyczących jednego tematu. Nowy projekt tego nie przewiduje. W dodatku wykłady - mogą być, tylko pod oczywistym warunkiem, że zostaną opublikowane, bo kto miałby tych wykładów słuchać? No i mimo wszystko upieramy się jednak w humanistyce przy pracy monograficznej.
Minister Kudryckiej chodzi o to, żeby nie powstawały przyczynkowe publikacje habilitacyjne odkładane później na półkę. - Jednak to ważny sprawdzian umiejętności konstruowania i pisania. W tej chwili wychodzą książki humanistyczne strasznie grube - do 700 stron. A moim zdaniem to znaczy, że autor nie opanował warsztatu naukowego. Dlatego ważne jest doświadczenie zdobyte przy pisaniu monograficznej pracy habilitacyjnej. Ażeby prace miały wyższą wartość, mam lepszy pomysł: recenzować je przed drukiem. Teraz praca jest drukowana i dopiero poddawana recenzji. Jeśli są uwagi negatywne, autor już nie ma szans ich nanieść. I praca zostaje z błędami. A kto po 50 latach będzie szukał w dokumentach, czy monografia, z której korzysta, miała jakieś negatywne recenzje? To trzeba zmienić. A nie wprowadzać psujące cały system zmiany.
Równie ważne są kolokwium i wykład habilitacyjny? Zwłaszcza że odbywają się przed radą wydziału, w której zasiadają albo koledzy zainteresowani promocją kandydata, albo zazdrośni o tę promocję. - Jednak to jest kolejny sposób na sprawdzenie orientacji kandydata w temacie, umiejętności repliki itd. Podobnie wykład, który dowodzi umiejętności nawiązywania kontaktów ze słuchaczem i uzdolnienia do pracy dydaktycznej.
Oczywiście, że łatwiej jest promować własnego asystenta i że istnieją praktyki kumoterskie na niektórych uczelniach. Wierzę też, że w niektórych przypadkach ustala się pytania przed kolokwium, co czyni je fikcyjnym. Jest na to jednak prosta rada: przenieść habilitację poza uczelnię macierzystą, ale z zachowaniem dotychczasowego procederu. To by dawało gwarancje bezstronności.
Tylko wówczas większe będzie prawdopodobieństwo, że naukowcy niezwiązani z kandydatem nie zechcą go promować. Bo jaki w tym będą mieli interes? - Więc trzeba wprowadzić obowiązek przejmowania przewodów habilitacyjnych. I oczywiście przemyśleć jeszcze jedną subtelność: jak za to płacić? Bo teraz płaci wydział, z którego pochodzi kandydat. W nowej sytuacji może nie być tym zainteresowany, a wydział z obcej uczelni w oczywisty sposób może nie chcieć tego finansować.
Tylko w ten sposób uratujemy jakość prac habilitacyjnych i jakość nauki. Bo propozycje pani minister zbytnio wszystko ułatwiają.
Minister Kudrycka uważa, że publiczna obrona przy doktoratach będzie wystarczającym sprawdzianem jakości, jak pan to określił, umiejętności repliki czy gotowości do pracy dydaktycznej. - Bzdura. Czasem chodzę na obrony doktoratów. To jest czysta formalność. Doktoraty kiedyś były barierą jakościową. Teraz taka praca dość długo jest dostępna na wydziale, ale w praktyce nikt do niej nie zagląda, a na obronę przychodzi grupka znajomych, kolegów i rodzina, po czym wszyscy idą na proszony
obiad i już. Jak stwierdzamy w Sekcji Humanistycznej Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów Naukowych, na dziesięć doktoratów, jedynie trzy-pięć jest dobrych, reszta jest naprawdę marnej jakości.
Tym bardziej na drodze do osiągnięcia samodzielności naukowej musi istnieć jakieś poważne sito kwalifikacyjne.
Mówi się, że w innych krajach habilitacji nie ma. Ale tam są konkursy na uczelniane stanowiska. Wygrana zależy od liczby i jakości publikacji oraz recenzji, to powoduje nieustanną weryfikację pracy naukowej. My konkursów nie mamy. Trzeba się z tym na razie pogodzić, bo przenosiny z miasta do miasta w Polsce są obecnie zbyt trudne dla utrzymujących się z uczelnianych pensji naukowców. Wobec tego może tak być, że pan X studiował, a potem został asystentem i adiunktem na tej samej uczelni, publikuje w wydawnictwach tej samej uczelni, tam się doktoryzuje i robi habilitację. Trudno więc uznać, że się rozwija albo sprawdza. I dlatego słaba uczelnia może "produkować" słabych naukowców.
Żeby temu zapobiec, minister nauki chce wyjąć habilitacje spod bezpośredniej władzy rady wydziałów. I oddać niezależnej komisji, w której zasiądą tylko przedstawiciele rad wydziałów, recenzenci i przedstawiciele Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów Naukowych - I to ma być gwarancja jakości? Pani wierzy, że członkowie Centralnej Komisji będą mieli czas, aby czytać każdą pracę? Nie będą w stanie. Musieliby też za każdym razem zapoznawać się z całym dorobkiem kandydata, na to potrzeba co najmniej pół roku. Zwłaszcza w dziedzinach, w których niewielu jest fachowców.
Teraz Centralna Komisja zbiera się raz w miesiącu i - z oszczędności - już nie na dwa dni, tylko na jeden dzień. Rozpatruje tylko profesury i odwołania, a i na to brakuje czasu. Pomysł, że członkowie będą mieli czas na coś więcej, to pomysł czysto utopijny! Skończy się tym, że w tych nowych komisjach i tak tylko recenzenci i przedstawiciele rady wydziału będą znali kandydata, jego dorobek i pracę. To przecież jeszcze gorzej, niż jest teraz. Teraz przynajmniej wszyscy członkowie rady wydziału mogą zadać kandydatowi pytanie.
Jest też drugi postulat, powszechny na Zachodzie, ale nie do załatwienia w naszych warunkach - z powodów bytowych właśnie - żeby po habilitacji naukowiec nie mógł pozostać na macierzystej uczelni. W ten sposób na Zachodzie dba się o rozwój pracowników naukowych i o to, żeby się sprawdzali w nowych, nieraz mniej przyjaznych warunkach.
Wygląda na to, że pan nie chciałby żadnych zmian w karierze naukowej. - Wcale tego nie powiedziałem. Przecież recenzowanie prac przed drukiem oraz przenoszenie habilitacji poza macierzystą uczelnię byłoby dużą zmianą. Nie chodzi o to, żeby zrobić "coś". A trochę tak wyglądają działania ministerstwa. Rzecz w tym, żeby to były zmiany w rozsądnym kierunku. My już przerabialiśmy ułatwienia w nauce, wprawdzie ze względów ideologicznych, w 1968 r. Wtedy się narobiło docentów bez habilitacji za zasługi w zwalczaniu "syjonizmu". Przez długie lata nie mogliśmy sobie potem z tym poradzić. System bardzo łatwo jest popsuć, a naprawia się latami. A popyt na samodzielnych pracowników naukowych jest gwałtowny, są potrzebni do otwierania nowych uczelni i nowych kierunków. Po zniesieniu w 2005 r. kontroli habilitacji przez Centralną Komisję wzrosła ich liczba, ale popsuła się jakość. A o jakość nauki trzeba dbać. Tu nie ma miejsca na pospiesznie klecone reformy czy egalitaryzm, nauce potrzeba elitaryzmu.
*Prof. Janusz Tazbir, historyk, w latach 1999-2003 wiceprezes PAN, członek i były przewodniczący Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów, jeden z sygnatariuszy ubiegłorocznego "Listu 44" do premiera Tuska w obronie habilitacji