Przecież ten kryzys nie zaczął się w Polsce. Dlaczego nasi politycy mieliby przepraszać? To głęboki niż na brytyjskim i amerykańskim rynku
nieruchomości wywołał huragan w sektorze finansowym. Ujawnił niedostatki kapitału w bankach i innych instytucjach finansowych. Aby je uzupełnić, przystąpiły one do masowej wyprzedaży aktywów: akcji, należności, instrumentów pochodnych. Niektóre sprzedały same siebie, w części lub w całości. Takiej wyprzedaży, takich spadków cen, takich nerwów nie widziano od czasu Wielkiego Kryzysu. System finansowy mało nie upadł. Zapobiegła temu interwencja rządu w bezprecedensowej skali. Uratowała sektor, ale nie zakończyła jego męki.
Przestraszeni inwestorzy na całym świecie pozbywali się papierów wartościowych i nieruchomości, banki walczyły o przetrwanie, rządy asygnowały ogromne środki na ich wsparcie. Ta walka nadal trwa, wiatr nadal wieje. Ceny wielu aktywów nie osiągnęły jeszcze dna, nie wszystkie instytucje pewne są przetrwania, nie są znane ani przyszły kształt systemu finansowego, ani warunki jego działania - zależeć będą od decyzji rządów, które niespodziewanie stały się strategicznym akcjonariuszem banków.
Setki milionów ludzi zdało sobie sprawę, że są ubożsi. Mniej warte są ich
domy, akcje, obligacje. Co gorsza, nie wiadomo o ile, gdyż ceny nadal idą w dół! Ta świadomość szczególnie dotknęła Amerykanów - nie trzymają oni oszczędności w pieniądzach, lecz w nieruchomościach i papierach wartościowych i używają tych aktywów do zabezpieczenia kredytów na bieżące wydatki. Jedyną reakcją w takiej sytuacji mogło być ograniczenie zakupów: póki nie wiem, ile jestem wart, póki nie wiem, na co mnie stać, póty nie mogę kupić auta, lodówki, telewizora. W czwartym kwartale 2008 r. sprzedaż dóbr trwałych spadła w
USA o ponad 22 proc. W styczniu - zapewne o więcej.
Reakcja producentów była natychmiastowa. Inaczej niż dawniej, gdy informacje z rynku napływały z opóźnieniem, transport był powolny, a magazyny tanie, dziś produkcja reaguje na sygnały rynkowe niemal w czasie rzeczywistym. W grudniu japoński eksport spadł o 35 proc. w stosunku do poprzedniego grudnia, w styczniu - już o prawie 46 proc. W tymże miesiącu produkcja samochodów w USA zmniejszyła się o 60 proc., produkcja przemysłowa w Polsce o 15 proc. itd. Połowa z 9 tys. chińskich producentów zabawek już zbankrutowała. Światowy handel najpewniej w tym roku - po raz pierwszy od 27 lat - się skurczy. Prawdziwy zawał.
Jest nadzieja, że ten koszmar nie potrwa bardzo długo. Rządy gorączkowo naprawiają system finansowy i starają się uspokoić sytuację (japoński rząd szuka sposobów zatrzymania spadków na giełdzie). Jak długo bowiem konsumenci nie będą w stanie ocenić swego stanu posiadania, jak długo nie uznają, że sytuacja jest już stabilna, tak długo nie zaczną wydawać pieniędzy. Amerykańskie National Association of Business Economics przewiduje, że PKB Stanów Zjednoczonych wzrośnie pod koniec 2009 r. o 1,6 proc., a w przyszłym roku - o 3,1 proc.
Jeśli tak, krzywa tego zdumiewającego kryzysu będzie miała kształt litery V.
Ale to tylko nadzieja.
Równie dobrze może być U lub, nie daj Boże, L.
Właściwie powinno nam się udać Huragan dotknął też Polskę. Tylko dotknął.
Po pierwsze, i u nas nastąpiła masowa wyprzedaż aktywów. Spadki na giełdzie były nawet większe niż na Zachodzie. I u nas więc duża grupa osób i przedsiębiorstw zbiedniała (popyt jednak osłabł mniej niż na Zachodzie, gdzie udział papierów wartościowych w oszczędnościach jest znacznie wyższy).
Po drugie, mocno spadł kurs złotego. Bardzo mocno - kurs do dolara, od lipca o tyle samo, o ile kurs ukraińskiej hrywny. To konsekwencja wyprzedaży polskich aktywów, ogólnej awersji do ryzyka i niskiej wiarygodności naszego regionu.
Po trzecie, docierają do nas konsekwencje spadku popytu w bogatych krajach. Nie tak szybko jak do krajów produkujących bądź to bezpośrednio na eksport do USA, bądź produkty szczególnie wrażliwe na wahania popytu. Ale równie nieuchronnie. Nasz eksport w grudniu jeszcze wzrósł, ale teraz jego wyniki będą coraz gorsze.
Eksport (popyt zewnętrzny) jest jednym z dwóch koni ciągnących gospodarkę. Gdy osłabnie, drugi koń - popyt wewnętrzny - powinien uchronić nas przed wywrotką. Dochody (i oszczędności) polskich rodzin w ostatnich latach istotnie wzrosły, dochody państwa też, do dyspozycji stoją duże środki europejskie. Straty z powodu kryzysu finansowego nie są wielkie. Ten koń powinien więc dać radę. Taki jest też wniosek poważnych instytucji gospodarczych (Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego, Komisji Europejskiej), które przewidują, że w 2009 r. polska gospodarka bardzo niewiele, ale jednak wzrośnie. Gorzej ma być w 2010 r., gdy nie odczujemy jeszcze wzrostu popytu zewnętrznego (kontraktów eksportowych nie zawiera się z dnia na dzień), zaś środki w dyspozycji rodzin i państwa będą szczuplejsze.
W takiej sytuacji strategia dla polskiej gospodarki wydaje się oczywista i prosta - przeczekać kryzys w możliwie dobrej kondycji. Nasz system bankowy ani żaden przemysł nie wymagają pilnej pomocy, nie trzeba więc zadłużać kraju. Można zatem - tak jak zapowiada to rząd - dostosować wydatki budżetowe do możliwości kredytowych państwa, wesprzeć ludzi i firmy czasowo pozbawione pracy, pełną parą realizować program modernizacji infrastruktury technicznej (zwłaszcza dróg).
Tusk też odpowiada za brak euro Taka strategia powinna się udać, pod warunkiem że nie zdarzy się żadne nieszczęście. A grożą nam, niestety, co najmniej trzy. Wszystkie z zimną krwią zafundowali nam politycy.
<b>Po pierwsze,</b> gorszy, niż sądzimy, może być stan sektora państwowego. O tej sprawie trudno myśleć bez rozczarowania i irytacji. • Prywatyzacja od kilku lat zamarła. • Przedsiębiorstwa są rozpaczliwie nieefektywne (
PKP nie są w stanie zmodernizować kilku dworców na Euro 2012!). • Zarządzanie ulega stałej degrengoladzie.
Pytany o przyczyny zastąpienia pochodzącego z konkursu prezesa PKN Orlen politycznym nominatem (przez zarząd i radę nadzorczą tego koncernu w ciągu niespełna dziesięcioletniej historii przewinęło się ponad 100 osób, osiem na stanowisku prezesa, w tym trzy w 2008 r.!) premier Tusk odpowiedział: "Jest grupa spółek, w których będziemy bezwzględnie egzekwować interes państwa, nawet gdybym miał za to odpowiadać przed sądem" ("Polityka", 4.10.08). Zdumiewające, zważywszy na liberalne korzenie premiera, ale przede wszystkim na to, że kapitał PKN Orlen w trzech czwartych należy do prywatnych akcjonariuszy i państwo włada nim niepodzielnie w zasadzie prawem kaduka. Trudno zgadnąć, co powie premier, jeśli po roku od tej wypowiedzi zostanie zapytany, jakie to interesy państwa miał na myśli, skoro spółka odniosła pierwsze w swojej historii straty, obniżyła swą wiarygodność kredytową i zubożyła swoich akcjonariuszy.
Spadek eksportu i trudności kredytowe obnażą smutny stan sektora państwowego. Dostarczy nam on w tym i przyszłym roku strat i mocnych wrażeń. Kilka dni temu prasa doniosła o demonstracji Sierpnia '80 pod hasłem: "Nie będziemy płacić za wasz kryzys". Związkowcy palili stosy opon i domagali się od górniczych spółek podwyżek. To na pewno nie ostatnia taka demonstracja.