W poniedziałek grupa zwolenników byłego prezesa "Trójki" protestowała przeciwko jego odwołaniu w imię wolności mediów. W imię wolności mediów powinni jednak wcześniej protestować przeciwko sposobowi, w jaki Krzysztof Skowroński został powołany na to stanowisko.
Do protestu przeciwko odwołaniu "Skowrona" nawoływała przewodnicząca Rady Programowej Polskiego Radia Janina Jankowska, powołując się na szczytną ideę "Solidarności". Jan Pospieszalski zapowiadał, że "koledzy" przyniosą słynny transparent z napisem "Hańba", pod którym protestowali przeciwko odwołaniu rządu Jana Olszewskiego. Sam Skowroński wyszedł do zgromadzonych i stwierdził: "Po 20 latach należą nam się wolne media". To prawda - należą nam się wolne media, tylko nie miały one nic wspólnego z tym, co w mediach robili PiS i koalicjanci. Problem Skowrońskiego polega na tym, że sam z własnej woli stał się elementem tego systemu.
Nie płaczę po Skowrońskim, czyli reguły gry Nie przeszkadza mi, że Skowroński w pewnym momencie stał się zagorzałym zwolennikiem IV Rzeczypospolitej. Słuchałem i słucham tego
radia. A więc byłem nawet w stanie znieść dostrzegane przez wielu PiS-owskie skrzywienie. Wiem, że ideałem są "polityczne przezroczyste media publiczne", ale nie jestem na tyle naiwny, by w polskich warunkach wierzyć w szybkie tego ideału ucieleśnienie.
Uważam, że Skowroński zrobił w "Trójce" niezłą robotę. Ponownie zaprosił na antenę Wojciecha Manna i Grzegorza Wasowskiego i przywrócił stacji "brzmienie" z czasów jej chwały. Przywrócił autorskie audycje muzyczne, tak różne od sieczki w komercyjnych stacjach. Sobotnie rozmowy polityków i dziennikarzy były starannie balansowane.
Skowroński był uległy wobec prezesa Jarosława Kaczyńskiego (pojechał do niego na wywiad, gdy "Jedynka" zbuntowała się przeciwko nagrywaniu dzień wcześniej słynnych wtorkowych "kaczoranków"). To wszystko tylko kwestia jego poczucia smaku.
Jestem przekonany, że Skowroński chciał przede wszystkim tworzyć dobre
radio. Dla mnie pobocznym zagadnieniem jest rozważanie dylematu, czy poprzez atrakcyjną formę chciał czynić PiS-owskie idee bardziej strawne dla inteligencji, czy też "polityczne" wstawki były trybutem - płaconym PiS-owskim władzom. "Trójka" stała się rozgłośnią ponownie słuchaną, w odróżnieniu od "Jedynki", gdzie po politycznych czystkach niewiele pozostało do słuchania obok PiS-owskiej propagandy.
Niestety, nie jestem w stanie wykrzesać ubolewanie nad jego losem. Ot, wydaje się kolejnym przykładem starej prawdy. Kto jest politycznym nominatem, musi się liczyć z tym, że los jego jest kruchy i niepewny. Kto sprzedaje się politykom, musi liczyć na to, że szybko stanie się towarem przeterminowanym.
Przecież w momencie, gdy PiS desygnował go na to stanowisko, Skowroński zdawał sobie sprawę, jaką rolę ma grać. Nie wywodził się z "Trójki" i nie wspinał się tam po szczeblach zawodowej kariery. Nie wygrał konkursu na to stanowisko, w którym mógłby wszystkich przekonać o swojej merytorycznej przewadze. Zapewne zdawał sobie sprawę, że o jego nominacji decydowały głównie względy polityczne, a nie merytoryczne. Przypuszczam, że gdyby był nawet magiem radia, a nie popierał PiS, to w czasach deklarowanej przez Jerzego Targalskiego, członka zarządu Polskiego Radia, "walki z Ubekistanem" w Polskim Radiu na stanowisko szefa "Trójki" nie miałby żadnych szans.
Dziś Skowroński deklaruje, że nie podoba mu się sytuacja, gdy w mediach publicznych o personaliach decydują politycy. Tylko po co w takim razie polityczną nominację przyjmował?
Zasady gry są proste i każdemu w tej branży znane. Skoro ktoś zawdzięcza swoje stanowisko partyjnym układom, to powinien odejść, gdy dana partia traci poparcie. Albo przynajmniej oddać się do dyspozycji, dając tym świadectwo lojalności i wiary we własne przekonania.
W końcu Skowrońskiego odwołała rządząca mediami publicznymi koalicja Samoobrony i LPR, która wspólnie wygryzła swojego byłego PiS-owskiego koalicjanta. Jak twierdzą obrońcy Skowrońskiego, ci ludzie są bardzo nieestetyczni. Czyli razem z PiS-em byli estetyczni bardziej? Przyznam się, nie widzę wielkiej różnicy.
Jak PiS kusił IV władzę Problem "Krzysztof Skowroński" ilustruje zjawisko, które dosięgło całą grupę dziennikarzy. Z przekonania lub z cynizmu stali się sługami polityków. System swoistego kuszenia w środowisku dziennikarskim stosowała każda władza.
SLD miał tu szczególne zasługi - "odcinając fale" lub zdejmując z wizji ludzi, którzy nie popierali jego linii. Jednak to nie SLD, lecz Jarosław Kaczyński doprowadził tę metodę do perfekcji.
Prezes PiS posiadł cudowny dar zakłamywania rzeczywistości. Kuszenie dziennikarzy do poparcia PiS odbywało się bowiem pod wielkimi hasłami: "przywrócenia mediów publicznych społeczeństwu". Tylko że "społeczeństwo" okazało się jednoosobowe i nazywało się Jarosław Kaczyński.
Czy ktokolwiek z dziennikarzy, którzy w 2006 r. przyjmowali nominacje po "nocnej zmianie ustawy" o KRRiT, nie wiedział, że wraz z Kaczyńskim uczestniczy w skoku na media? Że legitymizuje ten skandal? Współtworzy system?
W niedawnym wywiadzie dla "Gazety" Jarosław Kaczyński prezentował stół, przy którym rozmawiał z Bronisławem Wildsteinem przed nominowaniem go na prezesa Telewizji Polskiej.
Prezes Kaczyński mówił o tym bez cienia wstydu, ba - z lekkim poczuciem dumy. Jakoś nikogo z obecnie protestujących przeciw odwołaniu Skowrońskiego to nie poruszyło. Nikt nie krzyczał "skandal", nie walił w bębny, nie dął w trąby powszechnego oburzenia. Ot, "polska norma". Tylko że oddawanie mediów publicznych - opłacanych z publicznych pieniędzy - "swoim" jest normą bananowej republiki.
Problem Wildsteina jest zresztą daleko bardziej skomplikowany. Ilustruje przygodę części środowiska dziennikarskiego z PiS-em. Niektórzy dziś tłumaczą swoje fascynacje niczym działacze ZMP "ukąszeniem heglowskim". W postępowaniu Wildsteina trudno odnaleźć jakikolwiek cynizm. On poczuwa się do bycia pierwszym strażnikiem idei IV Rzeczypospolitej. Natomiast prezes PiS jest zapewne z jego punktu widzenia lepszym lub gorszym wykonawcą tej idei. Paradoksalnie w tej układance Wildstein był wobec Kaczyńskiego niezależny. Chciał realizować idee Kaczyńskiego lepiej niż Kaczyński. Z zapałem lustrował dziennikarzy. Z zapałem wyrzucał ich z pracy.
Jak się skończyła niezależność Wildsteina? Nie spodobał się prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu. Poza tym przeszkadzał koalicyjnym uczuciom, jakie wybuchły między Jarosławem Kaczyńskim, Romanem Giertychem i Andrzejem Lepperem. Okazał się nie dość giętki na swoje czasy. Na jego miejsce trafił zaufany prezydenta i prezesa Andrzej Urbański, który wobec zmiany sytuacji politycznej stworzył system politycznych piorunochronów.
Ot, tu program dla lewicy, tu program dla centrum, a i Wildstein swoje dostał dla polepszenia nastroju jego oraz PiS-owskiego elektoratu. Teraz Wildstein, demonstrując w obronie Skowrońskiego, mówił, że broni standardów i nie może być tak, "aby polityczni mianowańcy decydowali o tym, kto jest szefem mediów, zwłaszcza publicznych". Oj, szkoda, że przypadkowo nie wziął ze sobą lusterka.
Skowroński na przykładzie Wildsteina widział, gdzie są granice niezależności dziennikarskiej w PiS-owskim układzie. Zaakceptował reguły. Współtworzył system.
Tworzyli go nie tylko Wildstein i Skowroński. Wspomniani prezesi Radia Czabański i Targalski to też "profesjonaliści" - czyli dziennikarze. Dalej: Marcin Wolski, Jacek Sobala, któremu powierzono kierowanie I Programem Polskiego Radia, Patrycja Kotecka - szara eminencja Telewizji Publicznej, Jan Polkowski - dyrektor generalny
TVP, Krzysztof Rak - "Wiadomości", Anita Gargas - szefowa publicystyki, czy wreszcie przypadek kuriozalny - Małgorzata Raczyńska - przyjaciółka domu państwa Kaczyńskich, z którą nawet Wildstein nie mógł wytrzymać.
Jarosław Kaczyński, światowy specjalista od teorii układu, mógłby powiedzieć, że udało mu się utworzyć w mediach "szarą sieć" i system sprzężeń zwrotnych.
Dziennikarze popierający PiS dostawali audycje w mediach publicznych, którymi kierowali inni propisowscy dziennikarze. Dostawali konfitury, nabierali siły, bo musieli walczyć na dwóch frontach. Na falach mediów publicznych i na drugim froncie - w gazetach. To tam wykuwały się triumfalne teksty: "Jarosław Kaczyński chce być żelaznym kancelerzem IV RP" (ten tekst "przypadkowo" zniknął z archiwum internetowego "Dziennika").
Jarosław Kaczyński w ten sprytny sposób tworzył front ideologiczny, który miał służyć zawładnięciu umysłami Polaków. Przystąpienie do tego frontu miało charakter dobrowolny.
Hendrik Hofgen - bohater "Mefista" Klausa Manna - aktora, który zaczął służyć władzy powtarzał, "ich bin immer Schauspieler", "Ja jestem tylko aktorem". Oni też byli "tylko" dziennikarzami.
Nie powinniśmy mieć złudzeń. Władza zawsze będzie kusiła dziennikarzy. Nie zmieni tego nawet najmądrzejsza ustawa o radiofonii i telewizji. Tylko dziennikarze, którzy dają się tej władzy kusić, powinni pamiętać o konsekwencjach.