Kto może uczyć etyki? Z odpowiedzią na to pytanie nie powinno być trudności. Do uczenia każdego przedmiotu nieodzowne są merytoryczne kompetencje i przygotowanie dydaktyczne w zakresie tegoż przedmiotu. Nie inaczej powinno być w przypadku etyki. Problem w tym, iż istotnie mało jest nauczycieli, którzy spełnialiby te warunki. Co zatem zrobić z etyką w szkole - powierzać ją osobom, których kompetencje budzą wątpliwości, czy zaniechać w ogóle wprowadzenia etyki jako przedmiotu nauczania? O to drugie rozwiązanie apeluje Jan Hartman w swej opinii "Szkoła bez etyki" (GW, 11.02.2009).
Apel Hartmana oparty jest jednak na błędnej diagnozie, a ponadto sama koncepcja etyki, jaką implikuje jego artykuł, jest dość dyskusyjna.
Hartman twierdzi, że zarówno księża, jak i absolwenci filozofii są nieprzygotowani do uczenia etyki. Ma rację tylko w pewnym aspekcie. Nie są oni wysoko wykwalifikowanymi etykami. Ale warto wiedzieć, że dwa pierwsze lata studiów w seminariach duchownych to
studia filozoficzne realizujące program filozofii, w tym wykład z etyki, analogiczny do programu filozofii na każdym uniwersytecie! Jest rzeczą bezsporną, że ksiądz i filozof z racji swych studiów mają głębszą wiedzę o etyce niż nauczyciel polskiego lub historii. Oczywiście, wiedza ich może być w różnym stopniu uporządkowana i ugruntowana, ale ksiądz mający wyższe wykształcenie, a takich zatrudnia się w szkole jako katechetów, a tym bardziej absolwent filozofii, spełnia minimalne warunki, aby uczyć etyki. Nie jest wcale tak beznadziejnie, jak wydaje się Hartmanowi.
Na katolickich uczelniach też dyskutują Rozwiązanie, że etyki uczą katecheci i absolwenci filozofii powinno być czymś prowizorycznym. Jeśli mam jakąś obawę, to właśnie o to, że taki prowizoryczny stan będzie trwał nazbyt długo. Dlatego w akademickich środowiskach filozoficznych, które dysponują kompetentną kadrą etyków, powinny być niezwłocznie zaoferowane podyplomowe studia etyczne. Należę do grona, które już w ubiegłym roku przygotowało program podyplomowych kwalifikacyjnych studiów etycznych na Wydziale Filozofii KUL, adresowanych do przyszłych nauczycieli etyki. Podobne
kierunki studiów już wcześniej otworzono w kilku innych państwowych uczelniach w Polsce.
Nie ma żadnych empirycznych ani zdroworozsądkowych podstaw, aby twierdzić, jak czyni to Jan Hartman, że nauczyciele etyki kończący uczelnie katolickie będą mało kompetentni i stronniczy. Po pierwsze, tych uczelni nie ma tak wiele w Polsce, stanowią mniejszość i nie wiem, w jakim śnie Hartman ujrzał całe armie absolwentów uczelni katolickich, które garną się do uczenia etyki. Nie wiem też, skąd Hartman ma pewność, że nauczyciele ateiści będą kompetentnie i bezstronnie uczyć etyki. Jedno i drugie twierdzenie jest irracjonalne i odbija rzeczywistość w krzywym zwierciadle.
Najbardziej śmieszy przedstawianie się Hartmana [który sam skończył filozofię na KUL] jako kontrprzykładu swoich tez. Drogi Panie Profesorze, dajmy spokój z tymi stereotypami. Doprawdy nie wypada zakłamywać w tak horrendalnie nieuczciwy sposób prawdy o studiach filozoficznych na KUL. Nie Pan jeden nie uległ indoktrynacji i ciasnocie intelektualnej, lecz podobnych do Pana są tysiące absolwentów. Studia filozoficzne na KUL pod jednym lub drugim względem mogły być ułomne, ale nikt tu nigdy nie prowadził indoktrynacji. Cechowała je zawsze wielonurtowość i intrygujące dyskusje. W mojej pamięci z lat studiów jest przede wszystkim pasja, z jaką nasi profesorowie potrafili spierać się między sobą. To byli naprawdę wierni kontynuatorzy Arystotelesowego podejścia do filozofii, dla którego prawda była cenniejsza niż lojalność wobec przyjaciół. Ten styl dyskusji nie wygasł zresztą do dzisiaj, nie jesteśmy żadnym doktrynerskim monolitem. Studenci nadal mogą się cieszyć i delektować krytycznym niepokojem swych profesorów, wyrażanym otwarcie także wobec poglądów kolegów z tego samego wydziału.
Nie wiem, skąd się zrodziło u Hartmana przekonanie, że etyka uprawiana przez katolików musi być światopoglądowo zaangażowana i służy propagowaniu postaw religijnych. Już na pierwszych wykładach z etyki mówi się studentom KUL, że jest ona epistemologicznie i metodologicznie niezależna od teologii moralnej, nie buduje się jej bowiem na podstawie objawienia, lecz czerpie ona z racjonalnie ujmowanego doświadczenia moralności.
Ani pojęcie cnoty, ani prawa naturalnego nie są pojęciami rdzennie chrześcijańskimi, a tym bardziej katolickimi. Zarówno etyka cnoty, jak i etyka prawa naturalnego rozwinęły się już w starożytności, a obecnie przeżywają swój teoretyczny renesans - etyka cnoty w nowych interpretacjach na terenie filozofii analitycznej. Dawna koncepcja prawa naturalnego znalazła zaś swą nowoczesną interpretację w doktrynie praw człowieka. To, że etyka cnoty i koncepcja prawa naturalnego były rozwijane przez najwybitniejszych chrześcijańskich myślicieli średniowiecza, nie znaczy, że koncepcje te mają teoretyczną wartość tylko w światopoglądowym paradygmacie katolickim. Świadczy to raczej o intelektualnej otwartości katolicyzmu i jego kulturowej płodności. To nie kto inny, ale św. Tomasz z Akwinu przestrzegał, aby w dyskusji intelektualnej przywiązywać znaczenie nie do tego, kto mówi, ale co mówi.
W moich latach studenckich zaraz po stanie wojennym tę życzliwą i obiektywistyczną Tomaszową zasadę realizowano w dydaktyce. Jednymi z pierwszych tekstów, nad którymi dyskutowaliśmy wtedy na seminarium etyki prowadzonym przez ks. Tadeusza Stycznia, były prace Kotarbińskiego i Czeżowskiego dotyczące etyki niezależnej. I bynajmniej nie chodziło o to, aby te koncepcje poddawać krytycznemu zniszczeniu, lecz aby jak najwięcej z nich wydobyć dla myślenia o etyce jako dziedzinie wiedzy, do której dostęp nie prowadzi ani poprzez teologię moralną ani poprzez metafizykę. Wystarczy uważnie ująć i poprawnie zinterpretować fakt moralności. Tych samych autorów czytamy ze studentami do dzisiaj, dodając bogatą paletę prac fenomenologów i analityków, penetrując przy tym różnorodne i pełne sporów obszary współczesnej etyki stosowanej.
Etyka to nie konkurentka religii Nie ma koniecznego, niejako apriorycznego wykluczania się przekonań religijnych i postawy obiektywizmu oraz racjonalności w badaniach naukowych. Dlatego etyka, o ile spełnia warunki dyskursu filozoficznego, nie może być ani religijna, ani ateistyczna. Zarzut Hartmana, że katecheci i absolwenci studiów filozoficznych prowadzonych na uczelniach katolickich będą uprawiać ideologię, zamiast uczyć etyki, można łatwo odwrócić i to samo powiedzieć o nauczycielach etyki laickiej. Takie postawienie sprawy uważam jednak za drogę na skróty. Nie należy bowiem absurdu zamieniać na absurd.
Etyka nie ma i nie powinna mieć nic wspólnego ze światopoglądem. Zabierałem już w tej sprawie głos na łamach "Gazety" ("Czy etyka powinna dzielić?" 3.10.2008). Decyzja wprowadzająca etykę jako alternatywę do religii okazuje się bardzo niefortunna. W jej wyniku doszło do ustawienia w systemie szkolnym etyki i religii na płaszczyźnie chyba niechcianego, ale faktycznego konfliktu i konfrontacji. Iż tak jest istotnie, zdaje się potwierdzać właśnie artykuł Hartmana.
Trzeba odejść od traktowania etyki jako "konkurencji" dla religii, bo to szkodzi samej etyce. Rewizji domaga się założenie, na podstawie którego etykę wprowadzono jako przedmiot nauczania szkolnego. Nie może chodzić tu o zapełnienie luki po religii dla młodzieży, której obce jest życie religijne. Etyka, aczkolwiek pozostaje powiązana z innymi działami filozofii i głęboko wtopiona w całokształt kultury jako filozofia spraw ludzkich, jest w wielkim stopniu samodzielną dyscypliną i dlatego należy uczyć jej dla niej samej. Chodzi w niej przecież o poszukiwanie racjonalnie uzasadnionej odpowiedzi na pytanie, jak żyć. Duża część europejskiej tradycji etycznej to spory i wykluczające się odpowiedzi na pytania egzystencjalno-praktyczne, ale istnieje również część tradycji etycznej, która nie budzi sporów i stanowi podstawy wspólnego kulturowego dziedzictwa. Lekcje etyki dostępne dla wszystkich uczniów w szkole powinny służyć właśnie przyswojeniu sobie tego kodu, podobnie jak uczymy się alfabetu, a nawet w dobrych szkołach kilku alfabetów, aby nie być analfabetami.
Profesor Hartman twierdzi, że poglądy etyczne jego studentów w większości są bliskie hedonizmowi epikurejczyków. Być może tak jest. Dziwi mnie natomiast, że ta socjologiczna kontestacja mu wystarcza. Przypuszczam, że w większości przypadków hedonistyczne poglądy młodych ludzi nie są punktem dojścia ich namysłu filozoficznego, lecz są przyjmowane jako rezultat rozpowszechnionej dziś kultury bezrefleksyjnej. Takie poglądy wypada i jest wygodnie mieć. Cenię epikurejczyków, bo oni uzasadniali swój hedonizm wręcz heroicznym myśleniem na temat natury ludzkiej. Nie każdy hedonizm jest tym samym hedonizmem. Aby to zrozumieć, potrzebna jest kultura etyczna, która jest kulturą filozoficzną.
Zajęcia z etyki w szkole mogą stanowić świetne wprowadzenie do filozoficznego namysłu. Podobnie zdaje się myśleć na przykład znany współczesny filozof Peter Sloterdijk, który studentom szkoły artystycznej wyzwolonym od ciężaru pytań każe czytać Platona, aby podważyć oczywistości, które nazbyt naiwnie przyjęli. Etyka uczy, jak żyć, ale nie wprost i nie na sposób indoktrynacji, lecz poprzez krytyczny wysiłek budowania racjonalnej argumentacji. Trening w tej dziedzinie bardzo się przyda polskiej szkole.
Etyka nie tylko dla świata laickiego Wszystko, co napisałem wyżej, może stanowić również odpowiedź zarówno na wątpliwości, jak i na zdumiewająco mocne twierdzenia Magdaleny Środy wyrażone w felietonie "Krótki kurs etyki" (GW, 18.02.2008). Oskarża ona ministerstwo o szerzenie hipokryzji, a więc - ni mniej, ni więcej - o działania niemoralne, i to pod płaszczykiem troski o moralność. O zgrozo!
Trzeba przyznać, że felietonistce środka tygodnia nie brak perswazyjnych pomysłów. Epatuje już tytułem, nawiązującym do słynnego krótkiego kursu pewnej partii. Wiem, że
Magdalena Środa z racji choćby generacyjnych kursu tego nie przechodziła, tym bardziej dziwi, że insynuuje tak niecne praktyki edukacyjne w przypadku uczenia etyki przez katechetów, którzy należą do zupełnie innej tradycji intelektualnej.
Rozwiązanie przyjęte przez władze oświatowe nie jest doskonałe, nie widzę jednak powodu, aby dyskredytować je jako rozwiązanie moralnie naganne.
Mam wrażenie, że jestem większym liberałem niż Magdalena Środa, bo nie wykluczam możliwości uczenia etyki przez ateistów. Co więcej, znam ateistów, których prawość życia podziwiam. Nie traktujmy etyki jako ekskluzywnej własności świata laickiego, a chrześcijaństwa jako obszaru ideologicznej perswazji. Pogłębianie uprzedzeń niczemu doprawdy nie służy. Odmawianie wykształconemu katechecie zdolności do przedstawiania poglądów Arystotelesa, Kanta czy Milla jest myśleniem życzeniowym. Tylko po co mieć aż tak koszmarne życzenia. Można żyć bez wrogów, zwłaszcza tam, gdzie ich nie ma.
Mogę spierać się z Magdaleną Środą o wiele rozstrzygnięć w etyce, bo je inaczej argumentujemy, przyjmujemy inne pryncypia, uwzględniamy być może inne dane empiryczne. Taki spór nie przestaje być jednak sporem racjonalnym, jeśli kieruje nim poszukiwanie argumentów. Natomiast gdy przeciwnika ustawia się z góry na straconej pozycji, przypisując mu na przykład złe intencje, wówczas nie tylko się go oczernia i demonizuje, ale przede wszystkim dyskryminuje. Niestety, to zdają się czynić Hartman i Środa, rezerwując racjonalną etykę dla niewierzących.
*ks. dr hab. Alfred Marek Wierzbicki, prof. KUL, etyk, dyrektor Instytutu
Jana Pawła II KUL