http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Niedopuszczalność w Rykach

Marek Skała, b. nauczyciel przedmiotów kolejowych*
2009-02-17, ostatnia aktualizacja 2009-02-17 11:12

Znieważany przez uczniów nauczyciel z Ryk jest nauczycielem przedmiotu w szkole, a nie wychowawcą w poprawczaku

ZOBACZ TAKŻE
Słowa „powinien nie dopuścić”, „zareagować wcześniej” zostały odmienione na łamach i ekranach we wszystkich przypadkach. Druga fala gramatyki przewaliła się w obrębie pojęć „kontakt z młodzieżą”, „budowanie autorytetu”, „porwanie ich”, „bycie wzorem” itd. Ostatnią szansą geniuszy pedagogicznych był sam nauczyciel - niestety, okazał się normalnym, spokojnym, mocno dziś zagubionym człowiekiem; specjalistą w swoim przedmiocie. Nie ma w nim nic z Siłaczki, Makarenki lub redaktora-nauczyciela Jana Wróbla. Nie jest też hutnikiem i nie wie „Jak hartowała się stal”. Chce zwyczajnie nauczyć prawie dorosłych ludzi swojego przedmiotu, wykonać swoją pracę tak jak miliony innych Polaków. Ma umowę jako nauczyciel przedmiotu w szkole, a nie etat resocjalizacyjny w poprawczaku.

To mniej więcej tak, jakby oczekiwać od dziennikarza po artykule, że sto procent czytelników go przeczyta i podzieli rozumowanie autora. Jeśli jednak użyją gazety jako podkładki pod ubłocone buty - to dziennikarza należy zwolnić. Nie nadaje się do zawodu, nie potrafi przykuć uwagi, nie potrafi zachęcić, nie ma autorytetu potrzebnego w tej profesji plus wszystko inne, co mówiono i pisano o nauczycielu z Ryk. Absurd? A jaki wpływ na wychowanie tych młodych ludzi ma ten nauczyciel widzący ich dwa razy po 45 minut w tygodniu w 25-osobowej grupie? Tym bardziej że rodziny wytatuowanych "chłopczyków" ich winy nie widzą. Nie widzą jej też twórcy MTV i wielu innych programów rozrywkowych i sportowych, w których dominuje kult luzu, rzucania k... i walenia w ryj. Skoro robią to codziennie Wojewódzki z Figurskim oraz czwartoklasiści Czesio z Maślaną (z serialu "Włatcy móch"), to dlaczego nie mają tego robić realni czwartoklasiści? I tak najprawdopodobniej szkoła, a w zasadzie lekcja w klasie, jest miejscem, w którym przekleństwa pojawiają się najpóźniej. Skąd więc naiwne oczekiwanie, że nauczyciel sam ma nieść sztandar porządnego wychowania wbrew rodzicom, mediom i całemu otoczeniu?

***

By zrozumieć, jak to się zaczęło, trzeba wrócić do szkoły sprzed 15 lat, kiedy pierwsze oznaki wolności przynosiły dobre i niedobre skutki. Dostęp do anten satelitarnych i filmów na wideo, rozwój prasy i internetu wprowadziły w sferę życia oficjalnego pełny zestaw przekleństw i zjawisk dawniej ukrywanych. Jakież to było śmieszne, kiedy siedmiolatek zacytował Lindę i powiedział cioci na imieninach „bo ty stala dupa jesteś”. Kiedy po trzech latach odważył się powtórzyć to pani w szkole, bo się stara idiotka (tak o niej mówi tata w domu) czepiała o brak zadania - winna była oczywiście stara idiotka. Nie zbudowała autorytetu. Tak twierdziła matka jednego z aktorów wydarzeń w Rykach. Nie ona, nie wytatuowany synuś-chłopczyk - winny był nauczyciel.

***

By zrozumieć ten mechanizm - dwa przykłady z mojego doświadczenia, z lat, kiedy szkoła się zmieniała. To są przykłady historyczne, lecz ich struktura dobrze oddaje powody dzisiejszej sytuacji w szkole. I przez historyczność nie ma sensu z tymi przykładami dyskutować. Tamtego świata już nie ma, jednak struktura zdarzeń, ich mechanizm, jest dziś taki sam.

Przez dziewięć lat pracowałem w takiej szkole, szkole zawodowej, bo jako inżynier uczyłem zaraz po studiach zawodu. Starsi koledzy wytłumaczyli mi szybko: jeśli nie zareagujesz na pierwszą "k..." za plecami, następna poleci na lekcji. Będą cię testować, sprawdzać, jak daleko mogą sobie pozwolić. Testowanie jest NORMALNE. Robi to każde niemowlę wobec swoich rodziców. Więc zareagowałem kilka razy i było już normalnie.

Pamiętam rozmowę - oczywiście, że bez świadków! - z 16-letnim, dorosłym, zarabiającym i umundurowanym kolejarzem-uczniem. Uzgodniliśmy, że "k..." istnieją, że ja potrafię się nimi posługiwać równie dobrze jak on, ale jeśli jeszcze raz zrobi to w szkole - wejście do szkoły ma tylko razem z ojcem. Poskutkowało. Tu mechanizm "zbitej szyby" Giulianiego (burmistrz Nowego Jorku) działa bardzo mocno - lekceważysz drobne popalania, spóźnienia, chamskie odzywki zza plecami - kończysz jak nauczyciel w Rykach albo w Toruniu.

***

Drugi przykład jest bardziej złożony i dotyczy stosowania prawa w szkole. Regulamin szkoły jest bronią nauczyciela, ale tylko wtedy, kiedy stosuje kary za drobne wykroczenia. Za poważne wykroczenia kary stosuje już prokurator. Tymczasem wiele szkół, czytaj: wspólnie rodziców i nauczycieli, działa metodą przymykania oczu. Może z tego wyrosną? Nie wyrosną - twórczo rozwiną, aż w końcu przekroczą granice prawa.

Należy jednak rozróżniać przewiny wobec regulaminu. Czymś innym była nieobecność, bo ktoś musiał robić w polu, ktoś pilnować rodzeństwa, bo mama w szpitalu, a czymś innym zwyczajne wagary. Jedne kryłem (łamiąc prawo), inne tępiłem. Łamałem też prawo, nie zgłaszając, że uczennica jest już mężatką, bo musiałaby zmienić na kilka ostatnich miesięcy szkołę na taką dla dorosłych. Zawsze też chroniłem uczennice w ciąży, a w każdej ostatniej klasie była jakaś 18-19-letnia uczennica w ciąży. I wbrew obawom o zły wpływ ciąża dla osiemnastolatków zawsze stanowiła dobry przykład pedagogiczny, cementowała klasę, uczniowie najczęściej kończący naukę na zawodówce normalnieli i poważnieli.

Na drugim biegunie szkolnego regulaminu był WF. Szkoła była kolejowa, wymagania zdrowotne zgodne z zawodem. Tymczasem rozpleniło się zwalnianie z WF. Prosty mechanizm - stówka ze stypendium dla lekarza, dwie godziny tygodniowo wolne. Pamiętam kompletny brak zrozumienia dla obaw wuefistów ze strony pozostałych nauczycieli. Pamiętam też interpretację, którą wtedy wspólnie z nimi proponowaliśmy: lekarz nie może zwolnić nikogo tylko z lekcji WF, bo dlaczego nie z fizyki np., może zwolnić tylko z ćwiczeń fizycznych w czasie lekcji WF. Pozostają szachy, brydż sportowy albo podawanie piłek. Niestety, większość nauczycieli nie zrozumiała, że zgadzamy się na fikcję - uczeń z pierwszą kategorią zdrowia dopuszczony do praktyk na stanowiskach kolejowych nie może jednocześnie przez pół roku pobiegać za piłką? I ten absurd niezablokowany w porę zemścił się. Kiedy prawie 25 procent uczniów kombinuje, kiedy uczniowie kupują masowo zwolnienia od lekarzy (autorytetów?), kiedy nauczyciele nie reagują na idiotyzm półrocznego zwolnienia z jednoczesnym dopuszczaniem do pracy na praktykach - czego oczekiwać dalej? Dyscyplina posypała się dość szybko, w ciągu kilku lat była to już inna szkoła. Stała się miejscem wielu działań towarzyskich, spędzania czasu, punktem kontaktowym etc. Sam proces uczenia się zszedł na plan dalszy. Podobnie jak dziś w Rykach.

***

Rad nie mam. Ale bawiły mnie ostatnio wielce dyskusje o obowiązkowych strojach szkolnych. Mało kto rozumiał, że ich celem nie jest estetyka czy ślepa dyscyplina. Celem jest skoncentrowanie uwagi uczniów na lekcjach i nauce, zamiast na tym, jak kto wygląda. Celem jest też wyraźny publiczny sygnał, skąd jesteś, bo to likwiduje poczucie anonimowości i bezkarności. Wyrazić siebie możesz na plastyce. Indywidualizm możesz okazać w pracach na polskim. Szkoła powinna tego właśnie uczyć - wyraź siebie własnym zdaniem, odważnym poglądem na coś - a nie kolczykiem w nosie i kaską na markowe szmaty.

Orkiestra symfoniczna jest twórcza, kreatywna, niezależna i ubrana w 180 jednakowych mundurków. Kiedy moje uczennice 15 lat temu skarżyły się, że nauczycielki czepiają się pomalowanych paznokci i włosów, tłumaczyłem, że sam kolor nie jest zły. Tylko że nauczycielka, widząc kolorową uczennicę, wie, że malowanie zajęło jej godzinę. I słyszy jednocześnie, że uczennica nie miała czasu, żeby odrobić lekcje. Czasem rozumiały, że najpierw lekcje, potem paznokcie, czasem nie. I oczywiście nie chodzi o paznokcie, chodzi o strukturę zdarzenia. Gdyby uczniowie w Rykach chodzili do szkoły podstawowej w strojach szkolnych, może wypracowaliby sobie inny pomysł na rywalizację niż tatuaże, "k..." i podcieranie tyłka dziennikiem? Za to w dorosłym życiu nikt nie płaci, raczej wsadza do więzienia.

Za dwa lata uczniowie ze szkoły w Rykach zażądają od nas dobrej pracy, bo za 1200 zł to się z domu nie opłaca wychodzić. Tylko, co potrafią zrobić poza wyrażaniem siebie? Rodzice - jak widać z relacji - dzielnie ich w tym wspierają. Winny ich życiowej klęsce będzie nauczyciel - facet, który widział ich przez dwie 45-minutowe lekcje w tygodniu.

*Marek Skała, 20 lat temu nauczyciel przedmiotów kolejowych w ZSZ PKP Kraków. Trener i coach zarządzania kadry menedżerskiej, właściciel Instytutu Szkoleń "Megalit", specjalista od zmiany i kryzysu. Autor książki "Psychologia zmiany", współtwórca pierwszych polskich studiów PR



  • 15 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':