Katarzyna Wiśniewska: "Czym jest literackie wyobrażenie Frankensteina, czyli istoty powołanej do życia wbrew naturze, jak nie pierwowzorem in vitro?" - stwierdził ostatnio bp Tadeusz Pieronek. Wcześniej biskupi mówili o opłacaniu zabójstwa, wyrafinowanej aborcji. Czy Kościół przypomina o swoim nauczaniu w kwestii in vitro właściwym językiem? O. Marcin Lisak: Tego typu słowa to powrót do niewłaściwej retoryki używanej niekiedy w dyskusji o aborcji. Wydawało mi się, że Kościół od tego języka odszedł. Okazuje się, że nie. Jeszcze niedawno powtarzano, że aborcja to morderstwo, bestialstwo, rzeź niewiniątek. Teraz przenosi się ten styl na rozmowę o zapłodnieniu pozaustrojowym. Taki język rani i jest niekomunikatywny, bo cechują go nadmierne emocje i epitety.
Kościół twierdzi, że po prostu nazywa rzeczy po imieniu. - Ale sposób, w jaki to robi, stygmatyzuje wszystkich, którzy dokonali w swoim życiu często dramatycznych wyborów. Dochodzi do tego, że przedstawiciele Kościoła językiem biblijnym posługują się w sposób ideologiczny, np. rodziców decydujących się na in vitro porównuje się do Heroda, który dokonał rzezi niewiniątek. Z drugiej strony, może lepiej odwołać się do Biblii niż do Frankensteina. Wtedy znajdziemy np. takie słowa: "Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną". Można w tym świetle zastanowić się nad pozytywnym rozwojem medycyny. W końcu Kościół zaakceptował m.in. transplantacje.
Co by ojciec powiedział katoliczce, która marzy o dziecku, wszystkie metody leczenia niepłodności okazały się nieskuteczne i chce poddać się in vitro? - Przedstawiłbym oficjalne nauczanie Kościoła w tej materii, bo ma prawo to wiedzieć. W tę argumentację trzeba się katolikom wsłuchać, bo wskazuje na pewne niebezpieczeństwa, choć pewnie nie jest doskonała. Oprócz znajomości ogólnych zasad moralnych, które wytycza Kościół, każdy człowiek musi jednak samodzielnie rozpoznawać złożoność sytuacji i podjąć decyzję we własnym sumieniu. Może być to decyzja dramatyczna, gdy dostrzegamy konflikt wartości: spłodzenie dziecka i miłość do niego, a z drugiej strony możliwość zniszczenia embrionów czy wyraźny zakaz władz Kościoła. Wydaje mi się, że Kościół chciałby ludzi pozbawić tego ważnego doświadczenia dramatu i wymusić jedyne rozwiązanie.
Pamiętam trafną wypowiedź abp. Henryka Hosera z dyskusji o in vitro, że Kościół nie jest policjantem sumienia, tylko wychowawcą sumienia. Powinien zatem przedstawiać swoje racje, ale nie może zastępować sumienia i narzucać czegokolwiek siłą.
Ale abp Hoser, podobnie jak inni hierarchowie, powiedział też jednoznacznie, że in vitro jest niedozwolone, bez żadnych wyjątków. Nie podziela ojciec tego stanowiska? - Rozumiem powagę argumentów w sprawie statusu powołanych do życia embrionów. Jeśli jednak nie dochodzi do ich niszczenia, to przyznaję szczerze, że mam kłopot ze zrozumieniem bezwzględności zakazu. Nie przekonuje mnie ta część argumentacji Kościoła, która wskazuje, że in vitro jest niedopuszczalne, bo do zapłodnienia nie dochodzi w wyniku aktu seksualnego.
W liście czytanym w kościołach po Bożym Narodzeniu biskupi napisali, że in vitro jest moralnie niedozwolone, bo "Bóg i tylko Bóg jest Panem życia. Dzieci są Jego darem, a nie jednym z dóbr konsumpcyjnych. Nie istnieje prawo do dziecka ". Co ojciec na to? - Sugerowanie, że pary, które decydują się na in vitro, to konsumpcjoniści, jest krzywdzące. Oczywiście zawsze istnieje takie zagrożenie, że dziecko będzie traktowane instrumentalnie, ma rodzicom zrekompensować ich braki, zrealizować ich projekcje życiowe itd. Ale to może zdarzyć się niezależnie od sposobu poczęcia dziecka.
Natomiast stwierdzenie, że "dzieci są darem Boga", ma charakter religijny, czyli symboliczny. Chrześcijanie wierzą, że każde ludzkie życie cieszy się bożym błogosławieństwem. Ale mówimy w ten sposób o znaczeniu, godności życia, a nie o biologicznym sposobie jego powstania. Człowiek jest współtwórcą w przekazywaniu życia i Bóg go nie wyręcza.
Częściowo skutkiem rozwoju chrześcijaństwa było odczarowanie świata, oddzielenie przyrody od bezpośredniego działania różnych bóstw. Wiemy na przykład, że pioruny nie są wyrazem gniewu bogów, ale wyładowaniami elektrycznymi. Podobnie więc Bóg nie podrzuca dziecka kobiecie jak bocian na pole kapusty. To ludzkie działanie przyczynia się do prokreacji. Siłą rzeczy to człowiek ingeruje w powstanie drugiego człowieka. Nie przeczy to rozumieniu życia jako cennego daru ani bożej opiece nad światem i ludźmi, nazywanej opatrznością. Jednak powołanie do życia dziecka nie może być rozumiane jako wyłączne, właściwie magiczne, działanie Boga. To przypominałoby sposób myślenia fundamentalistów, którzy chcą, żeby pierwszą księgę Biblii rozumieć dosłownie, i przekonują, że Bóg stworzył świat w sześć dni, a w szabat odpoczął.
Oprócz argumentu "z konsumpcjonizmu" Kościół mówi o niezbywalnej godności człowieka od poczęcia, którą in vitro miałoby naruszać. - Oficjalne nauczanie Kościoła jest stanowcze i uznaje, że godność osobowa przynależy istocie ludzkiej od poczęcia. Nie znaczy to jednak, że w tej sprawie teologowie nie dyskutują.
W sprawie statusu embrionów pojawiły się różne teorie. Zdaniem niektórych teologów godność osobowa przynależy istocie ludzkiej po 14. dniu od zapłodnienia, kiedy dobiegnie końca proces zagnieżdżenia. Takie stanowisko jest niezgodne z wyrażonym obecnie zdaniem urzędu nauczycielskiego Kościoła. Jednak w naukach teologicznych rozwój nie wyklucza stawiania hipotez, siłą rzeczy także błędnych. Czasami przecież nauczanie Kościoła przechodzi ewolucję jak w przypadku pożyczki na procent czy wolności religijnej.
Warto przy tym zauważyć, że kościelna argumentacja w sprawie in vitro jest skierowana do ludzi wierzących. Dla ludzi o innym światopoglądzie przestrzeń dopuszczalnej dyskusji na ten temat jest o wiele szersza. Gorzej, jeśli stanowisko Kościoła nie zostanie przyjęte przez samych wiernych, jak w dużej mierze stało się w sprawie zakazu antykoncepcji. W ten sposób przez formułowanie restrykcyjnego nauczania moralnego pośrednio dochodzi do mniej lub bardziej otwartych podziałów wśród katolików.
Watykańską instrukcję ,,Dignitas personae", która negatywnie ocenia in vitro, Rada Episkopatu ds. Rodziny rozesłała niedawno do wszystkich parlamentarzystów. Kościół nie za bardzo wkracza tu w politykę? - Przedstawiciele Kościoła mają prawo do prezentowania swoich poglądów w debacie publicznej i obowiązek wskazywania wartości. Należy jednak uszanować to, że żyjemy w społeczeństwie pluralistycznym. Stanowisko katolickie jest jednym z wielu głosów w publicznej debacie zmierzającej do uregulowań prawnych, ale nie jedynym. Prawodawstwo, polityka, życie społeczne jest sferą kompromisów. Nie można narzucać argumentacji etycznej w sposób doktrynerski. Nie można też absolutyzować pewnych zagadnień etycznych i czynić z nich najważniejszego kryterium oceny politycznej. Ten błąd widać choćby w dyskusji o Baracku Obamie. Wiele środowisk katolickich zawęża postrzeganie jego programu do wprowadzenia pakietu rozszerzającego prawo kobiet do aborcji, tak jakby był to jedyny miernik jego wartości jako polityka.