http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Czy zabito Eluanę Englaro, czy jej ciało?

Rozmawiała Ewa Siedlecka
2009-02-13, ostatnia aktualizacja 2009-02-13 18:01

Każda definicja śmierci, która odwoływałaby się do śmierci "osoby", a nie jej ciała byłaby nieostra i uznaniowa. Niemożliwa do zastosowania w praktyce - mówi prof. Marek Safjan*

Marek Safjan
Fot. Wojciech Surdziel / AG
Marek Safjan
Ewa Siedlecka: Czy zaprzestanie odżywiania Eluany Englaro było przerwaniem uporczywej terapii, czy eutanazją?

Prof. Marek Safjan*: Gdybyśmy uznali, że śmierć człowieka następuje wraz ze śmiercią samej kory mózgowej - to można by uznać, że Eluana od czasu wypadku już nie żyła. Ale jednak jej mózg żył przynajmniej w tym stopniu, że kierował procesem oddychania. A więc w świetle prawa i według definicji medycznej - żyła.

Przerwanie odżywiania było sposobem na doprowadzenie do jej śmierci. Przy tej definicji śmierci mózgowej, którą się powszechnie uznaje - śmierć pnia mózgu - to była eutanazja. Z punktu widzenia prawa niedopuszczalna, bo we Włoszech nie ma prawa do eutanazji.

Ale włoskie sądy - łącznie z najwyższym - korzystając z wyników badań i opinii biegłych - dały przyzwolenie na zaprzestanie odżywiania. A ponieważ nie ma tam prawa do eutanazji, to musiały chyba uznać, że Eluana po prostu nie żyje - a więc odłączenie jej nie będzie zabójstwem.

- Może rzeczywiście uznały, że śmierć wyższych partii mózgu oznacza śmierć osoby. Ale możliwe, że uznały dożywianie za formę uporczywej terapii, której lekarze nie mają obowiązku stosować. To mi się wydaje bardziej prawdopodobne, ponieważ nie ma dotychczas definicji uporczywej terapii. Jest natomiast definicja śmierci mózgowej. Zresztą być może rzeczywiście w stosunku do osoby, która znajduje się w stanie wegetatywnym, sztuczne odżywianie należałoby uznać za uporczywą terapię?

Jeden z włoskich deputowanych po śmierci Eluany krzyczał w parlamencie, że została zabita. Ale czy zabito osobę, czy jej ciało? To pytanie o istotę człowieczeństwa. Czym jest osoba: ciałem zbudowanym wedle pewnego niepowtarzalnego genomu czy też potencjałem psychicznym, zdolnością gromadzenia doświadczeń, odczuwania szczęścia czy cierpienia?

- Pani pyta o osobę w sensie moralnym, czyli właśnie zdolną do odczuć, do nawiązywania jakichś relacji na minimalnym choćby poziomie. Dyskusja na temat definicji śmierci osoby rozpoczęła się w Stanach Zjednoczonych w latach 70. od słynnego przypadku Karen Qinlian, która była, jak Eluana, w stanie wegetatywnym, z zachowaną czynnością spontanicznego oddychania.Wtedy też przyjęto jako podstawę tzw. harvardzką definicję śmierci, uznającą za stan śmierci nie tylko ustanie funkcji kory mózgowej, ale też pnia mózgu. Także większość etyków i filozofów uznała, że nie można przyjąć węższej definicji śmierci - czysto osobowej.

Chodzi po prostu o to, że każda definicja śmierci, która odwoływałaby się do śmierci osoby w znaczeniu moralnym, byłaby nieostra i uznaniowa. Choć filozoficznie i etycznie zrozumiała i może słuszna, to niemożliwa do zastosowania w praktyce. W przeciwieństwie do definicji śmierci, jako śmierci pnia mózgu, którą można stwierdzić obiektywnie - na podstawie płaskiej linii EEG.

Jeśli odrzucamy koncepcję człowieka-osoby i przyjmujemy koncepcję człowieka-ciała o ludzkim genomie, to logiczną tego konsekwencją jest uznanie, że np. bliźnięta jednojajowe są jedną osobą, bo mają identyczny genom. A ewentualny klon Kowalskiego nie byłby odrębną osobą, tylko drugim egzemplarzem Kowalskiego. To się kłóci ze zdrowym rozsądkiem i z doświadczeniem, bo przecież bliźnięta jednojajowe mają różne charaktery, odmiennie doznają świat i odmiennie kształtują swoje życie. Są innymi osobami moralnymi.

- Istotą człowieczeństwa na pewno nie jest genom i ukształtowane przez niego ciało. Ale chroniony prawnie i moralnie powinien być każdy organizm o ludzkim genomie, który ma samodzielną dynamikę istnienia fizycznego. Inaczej nie uznalibyśmy np. za człowieka niemowlęcia, które urodzi się przedwcześnie i ma zbyt niedojrzały mózg, by nawiązać kontakt z otoczeniem.

Niemowlę ma potencjał rozwoju, a osoba w stanie wegetatywnym - nie. Może należy wprowadzić rozróżnienie pomiędzy osobą a istotą ludzką? Istotą ludzką byłby np. noworodek z bezmózgowiem czy człowiek w stanie wegetatywnym. A osobą ktoś - niezależnie od sprawności mózgu - kto zdolny jest do przeżyć psychicznych na jakimkolwiek poziomie. Trybunał Konstytucyjny, uznając w 1997 r., że życie ludzkie zaczyna się od poczęcia, dodał, że nie znaczy to, że w każdej fazie rozwoju powinno być równie silnie chronione.

Może więc inaczej chroniona powinna być osoba, a inaczej istota ludzka?

- Rzeczywiście, takie rozróżnienie jest niekiedy czynione przez prawo. Nawet konwencja bioetyczna wprowadza pojęcia osoby i istoty ludzkiej, chociaż ich nie definiuje. Były propozycje stworzenia różnych definicji śmierci: (śmierci kończącej życie "osoby", której stwierdzenie oznaczałoby koniec jej relacji prawnych, i (śmierci pnia mózgu, która umożliwia np. pobranie narządów do transplantacji. Ale zarzucono te próby, bo nieuchronnie pojawiłaby się konieczność ustalenia granicy pomiędzy "osobą" a "istotą ludzką". A tego nie da się wyznaczyć precyzyjnie.

Pojawi się problem, jaki poziom odbioru bodźców uznamy za taki, gdzie jeszcze można mówić o "osobie"? Jaki poziom IQ? Jakie zdolności psychiczne? I nawet jeśli ustalimy kryterium, które wyda się nam klarowne, to za chwilę staniemy przed konkretną sytuacją, gdzie już klarowne nie będzie.

Poza tym w świecie, gdzie wymagamy coraz wyższego komfortu życia, pożądamy coraz większej sprawności intelektualnej czy fizycznej, coraz doskonalszej urody - kryteria "człowieczeństwa" mogą się nam zacząć niebezpiecznie przesuwać. I wejdziemy w sferę debaty nad jakością życia, które jest warte podtrzymywania.

Ale rozróżnienie między osobą a istotą mogłoby nas właśnie uchronić przed taką debatą. Jeśli za osobę uznamy każdego, kto ma minimalną choćby świadomość. Nawet jeśli nie nawiązuje żadnego kontaktu z otoczeniem.

- Nie mamy sposobu zbadania, czy Eluana rzeczywiście nic nie czuła, rzeczywiście nie odbierała na minimalnym choćby poziomie świadomości jakichkolwiek bodźców z otoczenia, nie snuła żadnych wspomnień. Nawet gdy badanie wykazuje całkowity brak aktywności kory mózgowej, to nie możemy zaręczyć, że człowiek nie ma odczuć.

Moja żona opowiadała o wizycie w zakładzie dla głęboko upośledzonych dzieci, gdzie widziała dziewczynkę o maleńkim ciałku i gigantycznej głowie, która była bez jakiegokolwiek kontaktu z otoczeniem. Siostry zakonne, które zajmowały się nią przez kilkanaście lat, twierdziły jednak, że bardzo lubi głaskanie po twarzy. Skąd mamy pewność, że nie miały racji? Czy należałoby podjąć decyzję o zaprzestaniu jej odżywiania?

Terry Schiavo, Amerykanka, którą w 2005 roku po piętnastu latach w śpiączce zaprzestano odżywiać, wodziła oczami i "uśmiechała się", a nawet wykonywała ruchy rękoma. A jednak, kiedy zrobiono sekcję jej mózgu, okazało się, że były to tylko odruchy i że nie miała zachowanych nawet szczątków świadomości. Można więc powiedzieć, że były to odruchy podobne do tego, jakie ma izolowane żabie udo podłączone do prądu.

- Rozróżnienie osoby i istoty ludzkiej, której byt sprowadza się do wegetacji ciała, jest logiczne i spójne na poziomie rozumowania etycznego czy filozoficznego. Ale jeśli chcemy z tego wyprowadzać konsekwencje prawne, to musimy uwzględniać zarówno stany graniczne, których dookreślić się nie da, jak i pewien głęboko zakorzeniony kod kulturowy: że ktoś, kto oddycha, jest żyjącym człowiekiem. Wymaga szacunku i ochrony.

Właśnie: szacunku. Źródłem praw człowieka jest "niezbywalna godność," a nie "oddychanie", czyli życie. Ojciec Eluany walczył właśnie o jej godność. Bardzo konsekwentnie, bo nie pozwolił, by świat zobaczył jej zniekształcone ciało, oszpeconą chorobą twarz, choć mogło to przekonać opinię publiczną, że nie jest to już Eluana, tylko jej poniżone ciało. Do końca widzieliśmy wyłącznie zdjęcia ślicznej dziewczyny i mogliśmy sobie ją wyobrażać jako Śpiącą Królewnę, która któregoś dnia się obudzi.

- Godność, na której opierają się prawa człowieka, dotyczy autonomii jednostki, poszanowania jej woli, jej prawa do decydowania o sobie. Eluana w tym sensie nie była zdolna do autonomii, a więc możemy mówić tylko o poszanowaniu autonomii jej ojca, który z miłości i wypływającej z niej empatii uznał, że ochroni córkę przed poniżeniem, pozwalając umrzeć jej ciału.

Tylko czy opiekę nad chorym w stanie wegetatywnym można nazwać poniżaniem? Być może tak. Dlatego nie potępię nikogo, kto z miłości odłączy bliską sobie osobę w takim stanie od aparatury utrzymującej przy życiu. Sam bym się chyba na to nie zdecydował. Właśnie z powodu tego silnego kodu kulturowego.

A gdyby to pan był w stanie wegetatywnym?

- Nie chciałbym być podtrzymywany przy życiu. W imię poszanowania autonomii jednostki jestem za wprowadzeniem testamentu życia, czyli dyspozycji, jak postępować, jeśli składająca go osoba znalazłaby się np. w stanie wegetatywnym. Widzę zasadniczą różnicę pomiędzy takim uregulowaniem, gdzie decyduje wola jednostki, a uregulowaniem prawnym na poziomie ogólnym, które arbitralnie wyznacza sytuację, gdy należy przerwać odżywianie czy odłączyć aparaturę.

Jeśli nie ma woli pacjenta, powinien o tym decydować lekarz. Ufałbym w jego wiedzę i umiejętność oceny tego, co w danej sytuacji jest dobrem pacjenta.

Ale byłbym też za uznaniem, że stan wegetatywny jest równoznaczny ze stanem terminalnym, czyli stanem, w którym chory jest w fazie umierania. Pod względem etycznym są to sytuacje równoważne, ponieważ w jednym i drugim przypadku nie należy się już spodziewać poprawy i wiemy, że chory umrze. Byłbym też za tym, żeby w takim przypadku sztuczne odżywianie potraktować jak uporczywą terapię, której lekarz nie ma obowiązku prowadzić.

Natomiast jestem przeciw legalizacji eutanazji, czyli uśmiercania osoby cierpiącej na jej prośbę lub - jeśli świadomie nie może tej prośby wyrazić - po to, by skrócić jej cierpienie. Uważam, że człowiek ma prawo w imię miłości czy współczucia pomóc umrzeć innej osobie, ale powinien to wziąć na własne sumienie i poddać się prawu. Chociaż to prawo nie powinno być wobec niego surowe. Zresztą w naszym prawie jest możliwość, by sąd odstąpił w takiej sytuacji od wymierzenia kary.

*prof. Marek Safjan, prawnik specjalizujący się w prawie cywilnym i bioetyce, współtwórca konwencji bioetycznej Rady Europy, b. prezes Trybunału Konstytucyjnego, członek Rady Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka

  • 10 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':