http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Pseudodebata in vitro, marne prawo

Kazimierz Bem*
2009-02-12, ostatnia aktualizacja 2009-02-11 17:47

Mam problem z projektem Jarosława Gowina, który ma regulować stosowanie metody in vitro Polsce. Jako prawnik, chrześcijanin i obywatel neutralnej wyznaniowo Rzeczypospolitej - pisze przyszły pastor

ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Moje pierwsze zastrzeżenie dotyczy samego trybu powołania zespołu ekspertów, który miał przygotować dla premiera Tuska opinię o sposobie rozwiązania najważniejszych dylematów bioetycznych - krok do ratyfikowania przez Polskę konwencji bioetycznej Rady Europy. Ten tryb wskazuje na zasadniczy deficyt procesu demokratycznego. Do kierowania pracą zespołu premier wyznaczył posła Jarosława Gowina, który sam dobrał sobie współpracowników. Za kandydaturą tą nie przemawiała ani ekspercka wiedza w tej dziedzinie, ani otwartość poglądów. Jak sam Gowin od początku deklarował, jego poglądy na tę kwestię były wyraźnie sprecyzowane.

Kryteria członkostwa w zespole były, delikatnie mówiąc, mocno uznaniowe. Lekarzy zajmujących się procedurą in vitro do komisji nie powołano, gdyż uznano, że są stroną w sprawie. Duchownych, rzymskokatolickiego i luterańskiego, już za stronę nie uznano i stąd ich obecność. Profesor etyki Magdalena Środa była „zbyt kontrowersyjna”, ale profesor zakonnica już nie. Choć w zespole byli liberałowie, znajdowali się w zdecydowanej mniejszości. Przy tak dobranym zespole pytaniem nie było, jaki będzie końcowy raport, ale jak bardzo będzie konserwatywny.

Gowin tam, Gowin tu

Okazało się jednak, że otrzymaliśmy dwa raporty. Liberałowie stworzyli swój własny, a większość, z szefem zespołu, stworzyła drugi, na tyle konserwatywny, że nie zadowolił tylko środowiska Radia Maryja i Tomasza Terlikowskiego. W wywiadzie dla KAI siostra Barbara Chyrowicz odnotowała z zadowoleniem, że bardziej restrykcyjnego ustawodawstwa, niż zakładał raport większości, chyba nigdzie na świecie nie ma.

W sytuacji gdy nawet tak specyficznie powołany zespół stworzył dwa skrajnie różne raporty, wydawać się mogło, że do pisania projektu ustawy bioetycznej powinno się powołać jeśli nie eksperta od tego zagadnienia, to przynajmniej osobę niezwiązaną z zespołem, ot choćby po to, by zachować pozory, że praca mniejszości nie poszła na marne.

Tymczasem czuwanie nad dalszym losem przystosowania polskiego prawa do ratyfikowania konwencji bioetycznej powierzono... Jarosławowi Gowinowi, który z rozbrajającą szczerością przyznał, że ma już własny projekt ustawy (napisany - dodajmy - w duchu raportu konserwatywnej części zespołu). Nic dziwnego, że w świadomości potocznej jest jeden raport, tożsamy z projektem ustawy. W takim jednak razie rodzi się pytanie: skoro to poglądy jednego posła mają być podstawą ustawodawstwa, po co bawić się w pozory niezależnego zespołu?

Dlatego trzeba wyraźnie powiedzieć, że wstępny proces powstawania ustawy nie miał nic wspólnego z szerokimi konsultacjami społecznymi, jakich należałoby oczekiwać od demokratycznego, neutralnego światopoglądowo państwa. Rozmowa kilku żonatych, konserwatywnych panów z kilkoma jeszcze bardziej konserwatywnymi paniami konsultacją społeczną nie jest. Obecność w komisji kilku liberałów czy profesora ateisty nie ma większego znaczenia.

Można by sobie życzyć, aby nie tylko na czele zespołu pracującego nad tak delikatnymi i skomplikowanymi sprawami stały osoby posiadające ekspercką wiedzę, ale także by w gronie konsultowanych znaleźli się przedstawiciele innych wyznań i religii, rodzin zmagających się z problemem bezpłodności, rodzin, które mają dzieci poczęte metodą in vitro, organizacji kobiecych, lekarzy, także tych stosujących tę metodę. Kryteria doboru osób powinny być jasne i przejrzyste. W chwili obecnej jedyną grupą, która może powiedzieć, że się z nią rzeczywiście konsultowano, wydaje się duchowieństwo.

Kobieta to nie inkubator

Drugie zastrzeżenie budzi sam projekt Gowina. Wbrew rozlicznym deklaracjom, powtarzanym w Polsce od lat, wcale nie jest bezdyskusyjnym twierdzenie, że życie powstaje w chwili poczęcia, a zatem każdy zarodek winien być prawnie chroniony. Jak wskazuje wielu specjalistów, zarodek ma tylko potencjał do rozwinięcia się w człowieka, ale by tak się stało, musi wystąpić wiele czynników: część zarodków obumrze naturalnie i organizm sam je usunie; tylko część ma szansę - przy sprzyjających okolicznościach - rozwinąć się w dziecko. By użyć paraleli dr. Konstantego Radziwiłła, sam żołądź dębem nie jest i do tego, by nim się stał, jeszcze długa i żmudna droga. Również ani polska konstytucja, ani wykładnia naszego Trybunału Konstytucyjnego, ani tym bardziej konwencja bioetyczna Rady Europy nie uznaje każdego zarodka za istotę ludzką, gdyż prowadziłoby to do prawnych absurdów.

Stąd nie mogę i nie chcę się podpisać pod zakazem zamrażania oraz tworzenia dodatkowych zarodków. Moje zastrzeżenia może ewentualnie budzić ich długotrwałe przetrzymywanie i niszczenie, ale tę kwestię można przecież rozwiązać, zastrzegając, że niewykorzystane zarodki po określonym czasie będą przekazane do wykorzystania innym bezpłodnym parom. Troska o zarodek, który ani biologicznie, ani prawnie człowiekiem nie jest, nie może być przyczyną, dla której ustawodawca rezygnuje z możliwości skutecznej terapii w leczeniu niepłodności i opowiada się za najbardziej restrykcyjnymi rozwiązaniami.

Głębokie zaniepokojenie budzi to, że po raz kolejny w polskiej debacie publicznej słowo „zarodek” odmieniane jest przez wszystkie przypadki, pomija się za to kwestię zdrowia kobiety. Podczas gdy zarodek ma tylko potencjał do stania się człowiekiem, kobieta takim człowiekiem jest już teraz i jej zdrowie i życie już teraz podlegają ochronie. Znamienne jest, że gdy dyskutujemy na temat in vitro, kwestię tego, jak proponowane regulacje odbiją się na zdrowiu kobiet, są bardzo rzadko i nieśmiało podnoszone. Tak jak gdyby kobieta była tylko inkubatorem wartości wyższej - zarodka (zwrócił na to uwagę prof. Jacek Zaremba, „Gazeta” z 19 grudnia 2008 r.).

Kwestia ta zdaje się dostrzeżona w zapisie, który mówi, że metoda in vitro ma być dostępna tylko dla kobiet, które nie ukończyły 40. roku życia. Nawet wtedy jednak, podejrzewam, chodzi nie tyle o ich zdrowie, ile raczej o szanse przeżycia zarodka. Terapia, którą dopuszcza projekt ustawy (możliwość pobierania i zamrażania dodatkowych, niezapłodnionych jajeczek), ze względu na swoją dużo mniejszą skuteczność i konieczność wielokrotnego powtarzania jest na dłuższą metę dużo bardziej obciążająca dla zdrowia kobiet. Głównym plusem tej metody - czego nie kryje Gowin - jest to, że chroni ona zarodki. Kwestia zdrowia kobiety jest dobrem drugorzędnym (wspominał o tym prof. Waldemar Kuczyński, „Gazeta” z 29 października 2008 r.). Takie instrumentalne (zamierzone lub nie) traktowanie kobiet i ich zdrowia jest w demokratycznym państwie prawnym zupełnie nie do przyjęcia.

Kolejne wątpliwości budzą się we mnie, gdy słyszę, że metoda in vitro ma być dostępna tylko dla par małżeńskich. Wbrew przekonaniom wybitnego, konserwatywnego prawnika prof. Andrzeja Zolla nie ma bezdyskusyjnych dowodów wskazujących na to, że dzieci urodzone w związkach nieformalnych mają gorsze warunki i szanse rozwoju niż urodzone w małżeństwach. Argumentów zaś prawnych czy konstytucyjnych za wykluczeniem stabilnych par nieformalnych z dobrodziejstwa in vitro nie ma w ogóle, wręcz przeciwnie, takie wykluczenie byłoby niekonstytucyjne.

Kryterium dostępności metody in vitro powinno być dobro przyszłego dziecka, a nie stan cywilny jego rodziców, który przecież może ulec zmianie. Wykorzystywanie regulacji in vitro jako sposobu wywierania na pary nieformalne nacisku, by zawierały małżeństwa, jest nie tylko nieskuteczne, ale także zwyczajnie niesmaczne. Chciałbym zauważyć, że „poczęcia w naturalnym akcie wewnątrz małżeństwa” nie zaznał nawet mój Zbawiciel, nie odczuwam zatem nadmiernej potrzeby, by wymagać tego od zwykłych śmiertelników.

Rozmawiajmy, potem uchwalajmy

I ostatnia kwestia, która zarazem budzi mój największy sprzeciw: ogólnospołeczny kontekst proponowanej ustawy. Neutralne wyznaniowo państwo, jakim mieni się w naszej konstytucji Polska, nie powinno zajmować się egzekwowaniem norm i nakazów religijnych. Powiedzmy sobie wyraźnie: nikt nikogo do metody in vitro nie zmusza. Skorzystanie z niej bądź nie jest kwestią wolnej woli pary mającej problemy z bezpłodnością. Jeśli ktoś jest głęboko wierzącym katolikiem, z takiej metody nie skorzysta - i ja dla takiej decyzji mam najgłębszy szacunek. Ale chciałbym, żeby taki sam szacunek państwo okazywało przedstawicielom innych wyznań lub religii i osobom niewierzącym, które w stosowaniu metody in vitro problemu nie widzą i chciałyby z niej skorzystać. To do nas samych powinno należeć podjęcie decyzji w tak trudnej sprawie. Jest to sprawa wolności sumienia.

Jako chrześcijanin oraz obywatel neutralnej wyznaniowo Rzeczypospolitej Polskiej chciałbym, aby metoda in vitro była dostępna dla wszystkich stabilnych i kochających się par (małżeńskich lub nie), które się na nią zdecydują, i by koszty tej terapii nie stanowiły bariery, tak jak obecnie, dla korzystania z jej dobrodziejstw. Taka ustawa powinna dopuszczać tworzenie nadliczbowych zarodków i ich zamrażanie oraz przewidywać możliwość przekazania ich (nieodpłatnego) parom, które są gotowe je przyjąć, a same ich mieć nie mogą. Wszelkie regulacje prawne winny brać pod uwagę w co najmniej takim samym stopniu zdrowie kobiety, co zdrowie zarodka. By taką ustawę stworzyć, niezbędne są szerokie i rzetelne konsultacje społeczne.

Projekt Gowina budzi moje zastrzeżenia nie tylko natury etycznej i teologicznej, ale także prawnej i konstytucyjnej. Polskę stać na dużo lepsze prawo.

*Kazimierz Bem - dr prawa międzynarodowego (Vrije Universiteit Amsterdam), student teologii Uniwersytetu Yale, przyszły pastor Kościoła Ewangelicko-Reformowanego (kalwińskiego)





Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 25 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':