Polityczny teren sejsmiczny. Nie wiadomo, co się w końcu wyłoni. A to ważne. Dla wyborców i dla rządu. Przynajmniej na czas kadencji Lecha Kaczyńskiego. Jeśli na lewicy wygrają etatyści - będą z PiS i prezydentem rywalizować o elektorat socjalny - czyli wspólnie krępować Donaldowi Tuskowi ręce. Jeśli pragmatycy - będą dla niego w czasie kryzysu wsparciem.
Zinwentaryzujmy obecną lewicę.
Napieralski: tradycyjna lewicowość SLD to gracz zdecydowanie najsilniejszy. Ale dzisiejszy Sojusz to dwa ugrupowania połączone ustawą o finansowaniu partii politycznych. Dwie mentalności, dwa układy towarzyskie.
Jest więc SLD Grzegorza Napieralskiego. Na zeszłorocznym kongresie Napieralski zawarł z partią umowę o dzieło. Obiecał ją wyciągnąć z sondażowego dołka. Temu celowi wszystko podporządkował. Postawił na programowy negatyw pomysłów Wojciecha Olejniczaka. SLD-owski patriotyzm zamiast LiD, skręt w lewo zamiast ku centrum, konflikt z Kościołem zamiast "kohabitacji".
"Tradycyjna" lewicowość - ojciec był instruktorem w Komitecie Wojewódzkim PZPR - miesza się w nim z nowymi ideami wyczytanymi przez współpracowników w "Krytyce politycznej". PR jest dla niego równie ważny jak program. Szukając łatwo wpadającego w ucho skrótu swych politycznych intuicji, Napieralski ogłaszał się uczniem Zapatero, Obamy, Naomi Klein...
Kiedyś oglądaliśmy transmisję z edukacji politycznej Olejniczaka, teraz patrzymy, jak się uczy Napieralski. Stawia na wyrazistość, bo tylko ona przyciąga media: chce wypowiadać konkordat i zdejmować krzyże. Potem o tym zapomina. Wyborcy pomysłu nie kupili - szuka więc dalej. Angażuje SLD w debatę o in vitro. Walczy o "standardy europejskie".
To polityczny zawodowiec. Ale wychowany na lewicowym podwórku. Jak szef korporacji rozgląda się za towarem, na który będzie zbyt.
Kluczy, błądzi - lecz cel ma stały. - Chce znaleźć drogę do elektoratu "postępowego" oraz socjalnego - streszcza jego strategię jeden ze współpracowników. Kryzys gospodarczy w takim wyborze Napieralskiego utwierdza. - W firmach zaczęły się zwolnienia, ale to dopiero początek. Za kilka miesięcy ludziom skończą się odprawy. I zacznie się dramat niespłaconych kredytów. Poparcie dla PO będzie spadać, a PiS to zdychający dinozaur. Nadejdzie nasz czas - mówi kolejny polityk Sojuszu.
SLD czekać będzie na rozgoryczonych z programem, którego jeszcze nie ma, ale podobno powstanie. Napieralski streszcza go tak: - Straciłeś pracę - oto, co możemy dla ciebie zrobić jako państwo, jeśli będziemy rządzić. W warunkach kryzysu rządziliśmy dwa razy i daliśmy radę.
Przesłanie to wzmacniać mają gesty wobec Leszka Millera i Józefa Oleksego ("Trzeba dla nich znaleźć w polityce jakąś przestrzeń"). Ale też współpraca z takimi ekonomistami jak Grzegorz Kołodko (minister finansów w rządach Oleksego, Cimoszewicza i Millera), Andrzej Raczko (minister w rządzie Millera) i Mirosław Gronicki (w rządzie Marka Belki).
Bo język gestów jest dla Napieralskiego bardzo ważny.
Na PR się nie skończy. To właśnie byli ministrowie przygotować mają antykryzysowy program SLD. Napieralski szuka też ludzi, którzy jego politykę opiszą językiem "wielkich celów" i "wielkich sporów". Liczy m.in. na politologa z UW Rafała Chwedoruka. W niedawnym wywiadzie dla "Gazety" Chwedoruk go bronił: "Na Zachodzie nastąpił powrót do lewicowych korzeni, większej roli państwa. Kryzys takie tendencje wzmacnia. A Napieralski wyciąga wnioski. Uważa, że celem SLD jest odzyskanie lewicowej legitymacji. Zamierza iść drogą premiera Słowacji Roberta Fico. Uczynić z Sojuszu partię wrażliwą społecznie, reprezentującą grupy słabsze. Uważa bowiem, że to konflikty socjalne będą teraz decydować o dynamice sporu w Polsce".
Napieralski słuszność tego opisu potwierdza. Bez względu na to, jak bardzo wyrafinowany będzie program Kołodki, Gronickiego, Raczki, postawi zapewne na gospodarczy populizm. Jak podczas sporu o pomostówki - kiedy bronił prawa 1,1 mln osób do wcześniejszych emerytur.
Potwierdzić, że SLD jest partią lewicową i wrażliwą społecznie - to był jego najważniejszy cel.
Olejniczak: bądźmy w centrum Walkę o pomostówki Napieralski przegrał - powstrzymał go Sojusz nr 2. Jego medialnym symbolem jest Olejniczak, ale równie ważni są tam wicemarszałek Sejmu Jerzy Szmajdziński i były szef SLD Krzysztof Janik. Ich motywy partyjni oponenci oceniają nisko. - Olejniczaka - mówi jeden z nich - otoczyły grube, leniwe karpie, które już wszystko osiągnęły, niczego poza trwaniem nie pragną. Boją się, że wpuszczając do partii młode szczupaki, Napieralski ich ze stawu przegoni. Buntują więc Olejniczaka przeciw niemu. Ma ich chronić - ot i cała filozofia.
Metafora zgrabna, ale uproszczenie zbyt duże. Napieralski wprowadza do polityki głodną zwycięstw młodzież. W grupie Olejniczaka dużo jest ludzi, którzy słodycz i gorycz władzy już znają. - Pamiętam - opowiada jeden z nich - jak przed wyborami 2001 roku spieraliśmy się, komu dać więcej pieniędzy: policji czy emerytom. Gdy stworzyliśmy rząd, okazało się, że trzeba ciąć i jednym, i drugim. Mijały dni, a my nie wiedzieliśmy, do czego się zabrać, od czego zacząć. Uratowała nas
Unia Europejska. Przygotowania do integracji narzuciły rządowi plan działań.
Ludzi z takim doświadczeniem spory ideowe nie podniecają. Myślą nie tylko o odzyskaniu władzy, ale też o tym, co zrobić, by jej ciężar był mniejszy. Dlatego "partia Olejniczaka" bardziej jest skłonna popierać reformy obecnego rządu ("Pewne problemy muszą być rozwiązane"). Ceni się tam raczej fachowców niż PR-owców. Z Olejniczakiem są więc
Janusz Zemke i Witold Gintowt Dziewałtowski. Sam Olejniczak lepiej się czuł w Ministerstwie Rolnictwa, gdzie walczył o kwoty mleczne, niż w partyjnych podchodach.
Jego stronnik o frakcji Napieralskiego: - Tam jest wiele osób, które prochu nie wymyślą. I zapaleńcy, którzy mają sto pomysłów, ale szybko je porzucają. Czy tak wygląda poważna polityka?