Paweł Zalewski wezwał ("Ukraina na rozdrożu a polityka polska", "GW", 10 grudnia 2008) do "przeglądu polityki wobec Kijowa". Stwierdził, że pomarańczowe elity, zamiast prowadzić kraj do członkostwa w UE i NATO, toczą walkę wewnętrzną, w której padają oskarżenia o zaprzedawanie Rosji interesów narodowych. W konsekwencji powstał problem, "w jakim stopniu Polska może być partnerem sił politycznych w Kijowie na drodze do struktur Zachodu".
Zalewski postuluje: należy odstąpić od popierania skłóconych pomarańczowych polityków na rzecz pogodzenia się z faktami - uznać kluczowe znaczenie w polityce ukraińskiej Partii Regionów Wiktora Janukowycza oraz stabilizującą i reformatorską rolę oligarchów w rozwoju kraju. Warszawa "powinna wskazywać na konkretne reformy polityczne i gospodarcze, których realizacja może być warunkiem przyznania przez Unię Ukrainie konkretnych środków na walkę z kryzysem i rozwój".
Zachód powinien dać szansę Zalewski, polityk Polski XXI, wydaje się nie dostrzegać istnienia takiego podmiotu jak państwo ukraińskie. Strategiczny kurs polityki państwa w polityce zagranicznej i w sferze bezpieczeństwa wyznacza prezydent. O Wiktorze Juszczence można powiedzieć wiele niedobrych rzeczy, lecz nie to, że członkostwo w NATO i UE traktuje jako element walki wewnętrznej. Na rzecz realizacji tego celu poświęcił swój autorytet i perspektywy reelekcji. Nie zawahał się uczynić z tego celu głównego zadania działań rządu, wojska i dyplomacji. Od podporządkowania się temu kursowi uzależniał nominację Tymoszenko i Janukowycza na premiera.
Natowscy obserwatorzy z uznaniem podkreślają postęp, jakiego Kijów dokonał w dostosowaniu armii do wymogów NATO.
Podział opinii publicznej w kwestii strategicznych wyborów, jakich dokonują poszczególne państwa, nie jest niczym wyjątkowym. Francuzi i Holendrzy podzielili się w sprawie konstytucji europejskiej, zaś w kwestii traktatu lizbońskiego dzielą się Irlandczycy. A jednak Europa nie ustaje w wysiłkach, by uporać się ze sprzeciwem wewnętrznym w tych państwach.
Nie zastosowano tej zasady w przypadku Ukrainy. Jej nie dano szansy, bo MAP (Plan na rzecz Członkostwa w Sojuszu) nie zastąpi deklaracja, że w przyszłości Ukraina będzie członkiem NATO, oraz obietnica, że do członkostwa można aspirować z pominięciem MAP. Wraz z ogłoszeniem doktryny Putina o "uprawnionej strefie wpływów Rosji" diametralnie zmieniły się zewnętrzne uwarunkowania bezpieczeństwa Ukrainy. Kijów musi przyjąć, że jest celem agresji zbrojnej sąsiedniego mocarstwa.
Zmiana nastąpiła za cichym przyzwoleniem NATO. Moskwa uznała, że dano jej czas na wzięcie rewanżu za niepodległość Kosowa oraz udowodnienie, iż
Gruzja i Ukraina do wspólnoty euroatlantyckiej się nie nadają.
Ukraina państwem buforowym W języku realnej polityki decyzje Zachodu oznaczają, że Ukraina nie jest nawet państwem frontowym, lecz buforowym. Czyli na tyle ustabilizowanym, by nie odmawiać mu europejskiej tożsamości i grać jego aspiracjami w relacjach z Moskwą, lecz na tyle wepchniętym w strefę niczyją, by nie zajmować się nim na serio. Dla Zachodu to sytuacja komfortowa, lecz dla Ukrainy na dłuższą metę zabójcza.
Ktoś musi pokazać kierunek wyjścia z sytuacji - na Zachód lub na Wschód, byleby wydostać się ze strefy turbulencji. I to jest prawdziwy przedmiot
gry wewnętrznej na Ukrainie, a nie przejście z republiki prezydenckiej do parlamentarno-gabinetowej - jak chce Zalewski.
Dla Polski, UE i NATO powinno być ważne to, że Juszczenko oraz większość niegdysiejszego obozu pomarańczowych wraz z Tymoszenko konsekwentnie opowiada się za wyborem na rzecz UE i NATO.
Ktokolwiek zostanie następnym prezydentem Ukrainy będzie musiał się odnieść do spuścizny pozostawionej przez prozachodniego Juszczenkę. Dlatego tak ważne znaczenie ma to, by kończący swoją pierwszą kadencję - a być może w ogóle przygodę z prezydenturą - Juszczenko miał argumenty, że nie na darmo obijał wysokie progi w
USA i Europie w poszukiwaniu miejsca dla swojego kraju.
Granice polityki zagranicznej Ukrainy wyznacza istnienie zdeterminowanych sił proeuropejskich, a nie - jak pisze Zalewski - zależność energetyczna od surowców rosyjskich czy obecność w Sewastopolu rosyjskiej Floty Czarnomorskiej.
Kijów stopniowo uniezależnia się od Moskwy, przechodząc na europejskie ceny gazu i poszukując partnerów do budowy polskiej części rurociągu Odessa - Brody - Gdańsk dla odbioru ropy z Azerbejdżanu. Wciąż jednak ich nie znajduje pomimo gromkich deklaracji w tej sprawie.
Stacjonowanie Floty Czarnomorskiej nie było problemem w zabiegach o MAP - w Kwaterze Głównej Sojuszu nikt nie podnosił tej sprawy. Wyzwaniem stało się dopiero po wojnie w Gruzji, gdy jej okręty osłaniały walczące wojska rosyjskie. Za namową Amerykanów tę zmianę dostrzegły władze Polski - w Sewastopolu otwieramy właśnie konsulat generalny, by mieć oko na Flotę Czarnomorską oraz monitorowanie separatystycznych działań miejscowych Rosjan.
Kiedy niebiescy będą proeuropejscy Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski ogłosił niedawno inicjatywę przyjęcia przez NATO deklaracji w sprawie przeciwstawienia się rewizji granic w Europie na drodze agresji bądź prowokacji. Brzmi szlachetnie i mocno, ale jest pokazem słabości polityki Zachodu i nieadekwatnego stosowania narzędzi w obecnej sytuacji. Prof. Bronisław Geremek mawiał, że gdy sytuacja jest radykalna, wówczas nie należy używać zbyt radykalnych słów - one zwykle prowadzą do nieszczęścia. Po pierwsze, czołgi rosyjskie nie stoją na granicach Ukrainy. Nastroje separatystyczne na Krymie są silne, ale Kijów kontroluje sytuację. Ewentualny konflikt rosyjsko-ukraiński mieć będzie zbyt poważny przebieg i konsekwencje, by projektować go zawczasu w pozornie twardo wyglądającej "doktrynie". Bo to jedynie słowa.
Po drugie, gwarancje nienaruszalności terytorium Ukraina uzyskała w 1994 r. od USA, Wielkiej Brytanii i Rosji, gdy pozbywała się broni jądrowej. Jeśli Rosja nie ulęknie się Waszyngtonu i Londynu razem wziętych, to nie cofnie się przed wspólnym naciskiem pozostałych państw NATO.
Po trzecie, inicjatywa Sikorskiego - chce tego on, czy nie chce - tworzy alternatywę członkostwa Ukrainy w NATO, czyli objęcia jej pkt 5 traktatu waszyngtońskiego - zasadą solidarności wobec agresji przeciwko członkowi NATO. Byłoby to fatalne rozwiązanie, bo żadne nowe "doktryny" nie zamienią gwarancji niepodległości, bezpieczeństwa i nienaruszalności granic, jakie daje członkostwo w Sojuszu. Szczególnie w przypadku Ukrainy.