Zanim Lech Kaczyński ogłosił weto ustawy o emeryturach pomostowych, jego współpracownicy przez wiele dni kreowali odpowiednią atmosferę - że oto prezydent do ostatniej chwili waha się, w trosce o interes państwa waży wszystkie argumenty za i przeciw, że decyzja będzie "przemyślana", a zapowiedź ta trafiła na pasek w
TVN 24 z adnotacją "pilne" (sic!).
Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że decyzja zapadła dużo wcześniej. Już we wrześniu tego roku na zjeździe "Solidarności" prezydent obiecał związkowcom weto. A gdańskiej centrali Lech Kaczyński do tej pory nie zawodził, dzięki czemu zawsze mógł liczyć na poparcie "S".
Jeśli więc decyzja o zawetowaniu pomostówek istotnie była przemyślana, to przedmiotu owych przemyśleń nie należy doszukiwać się w analizie treści ustawy, ale w kalkulacji politycznej. Pomostówki podzieliły wszak los ustaw zdrowotnych i ustawy rentowej. Czyli praktycznie wszystkich istotnych propozycji rządu.
Problemem Lecha Kaczyńskiego i całego
PiS jest jednak to, że strategia sprowadzająca się do spętania rąk ekipie Donalda Tuska jest strategią samobójczą.
Rząd się bierze do roboty... Problemem numer jeden Tuska w pierwszym roku rządzenia był - umiejętnie podsycany przez PiS - wizerunek leniwego gabinetu, który nie podejmuje istotnych wyzwań, grzeje się w cieple sondaży i niezłej koniunktury gospodarczej, markując tylko ruchy dzięki pracy speców od PR.
Utrzymująca się popularność PO miała wynikać głównie z tego, że brakowało dla niej alternatywy. Bo PiS wciąż brnęło w doszczętnie zgrane obsesje z IV RP, a o kondycji
SLD lepiej nawet nie wspominać.
Jesienią tego roku stan bezruchu zaczął jednak ustępować. Nie bez bólu wykrystalizowały się pierwsze poważne rządowe propozycje (jak ustawy zdrowotne czy pomostówki osłabione pod naciskiem związków). Dla jednych połowiczne, dla innych - radykalne. Ale stygmat lenistwa na czole premiera nieco zbladł.
Drugim elementem zmieniającym reguły
gry było tornado na światowych rynkach finansowych i pierwsze oznaki głębokiej recesji. W pierwszym odruchu rząd zareagował wedle recept wypracowanych podczas "miodowego miesiąca" Donalda Tuska - "to nie są nasze problemy", "polska gospodarka ma mocne fundamenty", nadal będziemy się rozwijać, wciąż konsumować, czas "miłości" trwa. Gdy stało się jasne, że to mrzonki, linia rządu zaczęła się zmieniać.
Parametry budżetowe zracjonalizowano, przedstawiono pakiet interwencyjny mający osłabić kryzys. Oczywiście rządowe prognozy wzrostu na przyszły rok wciąż są zapewne znacznie zawyżone, a w planie ratującym gospodarkę nie obyło się bez kreatywnej księgowości. Ale nie można już twierdzić, że rząd nie robi nic. Co najwyżej, że robi niedostatecznie wiele wobec skali zagrożeń.
A zatem dotychczasowa linia krytyki rządu prowadzona przez PiS zdezaktualizowała się.
...a prezydent przeszkadza Porzucając bierność, rząd podjął jednak istotne ryzyko utraty poparcia sporych grup społecznych. Reforma służby zdrowia, jak uczy doświadczenie, na początku przynosi zawsze wiele chaosu, za co polityczne koszty ponoszą autorzy reformy. Odebranie kilkuset tysiącom ludzi prawa do wcześniejszej emerytury również byłoby bolesne. I nie chodzi nawet o utratę konkretnego świadczenia, z którego wszyscy uprawnieni przecież by nie skorzystali. Raczej o psychiczny komfort, że w razie kryzysu na wypadek zwolnienia z pracy ma się zapewnione miękkie lądowanie na pomostówce. Za utratę tego komfortu PO zapłaciłaby polityczną cenę.
Ale nie zapłaci - bo wyratował ją z tych opresji Lech Kaczyński. Czy prezydent w zamian może liczyć na wdzięczność tych, którym PO chciała odebrać przyszłe uprawnienia? W jakimś zakresie pewnie tak, ale raczej niewielkim. Bo ustawa o pomostówkach jednak nie weszła w życie, nie zdążyła społecznie "zaboleć". Pozostała konstruktem na papierze.
Prezydent nie pozwolił premierowi narazić się na gniew ludu. A przy okazji Kaczyński na srebrnej tacy podał PO kluczowy argument w najbliższych politycznych sporach. Każdy polityk Platformy będzie teraz głosił, że rząd prowadzi ambitną politykę, ale wszystko niszczy prezydent wsparty koalicją PiS-SLD.
Usłyszymy też pewnie, że nie tak dawno Platforma pomogła rządowi PiS (oczywiście bez wielkiego entuzjazmu, kierując się wyłącznie demokratycznym werdyktem) uchwalić ważne ustawy - o likwidacji
WSI, o powołaniu CBA, lustracyjną. Czy jakikolwiek PiS-owski "spin doctor" znajdzie sposób na podważenie prawdziwości tych słów?
A przecież jest jeszcze sprawa euro. Na deklarację Tuska przyjęcia europejskiej waluty w 2012 r., być może tylko rzuconą w nagłym przypływie propagandowej inwencji, PiS odpowiedziało jak najbardziej realnym sprzeciwem, definiując nowe pole konfliktu. Znów powtarza się ten sam schemat - PO nie może rządzić, bo cokolwiek by zgłosiła, PiS od razu zablokuje.
A więc Platforma - już nie lenie, ale i nie liberalni krwiopijcy. Odpowiedzialni i propaństwowi, czego o prezydencie powiedzieć nie można.
Co dobre, co złe? Za rządów SLD głośna stała się wypowiedź podkarpackiego barona Krzysztofa Martensa, który nie bez racji, choć z rzadkim nawet u polityków cynizmem, oświadczył, że oszczędnościowy "plan Hausnera jest dobry dla Polski, ale niedobry dla SLD". Skoro tak, to czy prezydenckie weto ustawy o pomostówkach (podobnie zresztą jak inne weta) mamy prawo potraktować jak negatyw tamtej tezy - że jest weto złe dla Polski i całkiem dobre dla Platformy?
Tak, pod warunkiem że wielka recesja nas nie dopadnie. Gdyby stało się inaczej, postawę prezydenta będziemy musieli opisać w inny sposób: katastrofalna i dla PO, i dla PiS, i dla nas wszystkich.