http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Banki w UE dostają kasę państwową. A nasze stocznie to co?

Witold Gadomski "Gazeta"
2008-12-09, ostatnia aktualizacja 2008-12-08 16:46

Nie na rękę jest nam "wojna" między rządami na dotacje. Musimy ją przegrać, bo Polska jest biedniejsza

Witold Gadomski
fot.
Witold Gadomski
1 grudnia, Stocznia Gdynia. Wiec ok. 2,5 tys. osób zorganizowany przez OPZZ i ZZ
fot. Rafał Malko / AG
1 grudnia, Stocznia Gdynia. Wiec ok. 2,5 tys. osób zorganizowany przez OPZZ i...
ZOBACZ TAKŻE
Komisja Europejska uznała, że pomoc publiczna, jaką w ostatnich latach otrzymały dwie polskie stocznie, nie należała im się, i nakazała jej zwrot. W efekcie stocznie upadną, a poważne kłopoty będzie miało setki firm, które z nimi kooperowały. Jednocześnie Komisja przeszła do porządku dziennego nad pomocą dla banków i innych instytucji finansowych, idącą w setki miliardów euro. Fakt ten budzi, zwłaszcza w Polsce, zdziwienie i podejrzenie o to, że kraj nasz nie jest traktowany w Unii Europejskiej równoprawnie.

Nie zgadzam się z tymi poglądami. Polskie stocznie przegrały nie na skutek zbyt twardej postawy Komisji Europejskiej, lecz nieudolności kolejnych rządów, które nie potrafiły wcześniej porozumieć się z Unią. Z drugiej strony warto pamiętać, że gospodarka nie rozwija się dzięki dotacjom, lecz dobrej pracy robotników i menedżerów.

Co widać i czego nie widać

Trzy największe amerykańskie koncerny samochodowe: General Motors, Ford i Chrysler przesłały 2 grudnia do Kongresu USA plany zakładające osiągnięcie stabilności finansowej w ciągu kilku lat pod warunkiem otrzymania pomocy od państwa w łącznej wysokości 34 mld dol. W najgorszej sytuacji jest General Motors, którego wiceprezes Frederick Henderson, popularnie nazywany "Fritzem", ostrzegł, że jeśli w najbliższym miesiącu jego firma nie znajdzie 4 mld dol. na zapłacenie rachunków, to jedynym wyjściem będzie wniosek o upadłość.

Te 4 mld to tylko początek. Z planu restrukturyzacyjnego wynika, że koncern na przeżycie potrzebuje 12 mld dol. kredytów i dodatkowo 6 mld w postaci kredytu odnawialnego. Tych pieniędzy nie otrzyma od banków, które dziś niechętnie kredytują gospodarkę, a od dawna odmawiają pieniędzy wielkiemu kiedyś GM, który dziś przypomina boksera wagi ciężkiej na emeryturze. Pieniądze koncern może dostać jedynie od państwa. Chrysler ocenia swoje potrzeby na 7 mld dol., a Ford na 9 mld. Przesłane do Kongresu podanie o pieniądze koncerny uzasadniają dwoma sprawami. Po pierwsze - skoro pomoc otrzymały banki, to dlaczego nie firmy produkcyjne, które cierpią, przynajmniej częściowo, z powodu kłopotów bankowych. Po drugie - upadek trzech koncernów mających swe siedziby w Detroit i fabryki w wielu stanach oznaczać będzie kłopoty tysięcy innych firm kooperujących z wielką trójką. Mamy więc do czynienia z szantażem stosowanym przez firmy, a także związkowców wobec rządów na całym świecie, w tym w Polsce: dajcie pieniądze, gdyż w przeciwnym wypadku będzie to was kosztowało więcej.

Nie wiadomo, czy koncerny rzeczywiście otrzymają pomoc publiczną, choć mają wśród polityków rządzącej obecnie partii duże wpływy.

Warto przypomnieć, że w USA są tysiące firm innowacyjnych, rentownych, mających wydajność wyższą niż ich nieamerykańscy konkurenci. To im, a nie "trójce z Detroit" gospodarka USA zawdzięcza swą prężność, a Amerykanie dobrobyt.

Jest w tym twarda logika, choć warto zwrócić uwagę na przyczyny zapaści amerykańskiego przemysłu samochodowego. Jedną z nich - być może najważniejszą - są absurdalnie wysokie koszty pracy w amerykańskich zakładach samochodowych. Według amerykańskich koncernów samochodowych godzina pracy kosztuje je o 30 dol. więcej niż japońską Toyotę. Jednym z pomysłów "trójki z Detroit" na wyjście z kłopotów jest redukcja zatrudnienia, zwłaszcza robotników, którzy za godzinę pracy otrzymują 58 dol., a wraz ze świadczeniami zdrowotnymi 76 dol., i zastąpienie ich nowymi, których można bez trudu pozyskać za 14 dol. za godzinę. Ten "rewolucyjny" pomysł musi jednak uzyskać poparcie wszechwładnego związku zawodowego United Auto Workers (UAW), który na razie nie chce zgodzić się na odejście od umowy zbiorowej przewidującej, że zwalniany pracownik aż do emerytury będzie otrzymywał 75 proc. swej pensji - czyli nic nie robiąc, ma zapewniony dochód w wysokości około 7 tys. dol. miesięcznie. Prezydent elekt Barack Obama już podczas wyborczej kampanii twierdził, że pomoc dla firm samochodowych jest uzasadniona. W dodatku Detroit jak cały stan Michigan jest bardzo prodemokratyczny, a związkowcy z UAW to wierni sponsorzy partii prezydenta elekta. Powstaje jednak pytanie - skoro kłopoty amerykańskiej branży samochodowej zostały spowodowane nadmierną zachłannością związkowców, którym nie potrafili się przeciwstawić szefowie koncernów, to czy jest właściwe, by płacił za to amerykański podatnik? I pytanie drugie, być może ważniejsze - czy pomoc publiczna w sposób trwały przywróci rentowność w branży, która dodatkowo boryka się ze skutkami kryzysu finansowego, czy też przeciwnie - zachęci związki zawodowe do twardej postawy, a zarządy zniechęci do trudnych działań naprawczych? Przypomnijmy, że Chrysler już raz był ratowany na koszt amerykańskiego podatnika i znów żebrze o pomoc.

Na pytanie, jak daleko powinien pomagać rząd firmom, które znalazły się w trudnej sytuacji, nigdy nie ma dobrej odpowiedzi. Zawsze bowiem pojawiają się te same argumenty - że ogromne koszty społeczne bankructwa, że trudności są tylko chwilowe, że inni też pomagają. W dodatku często wchodzi w grę brutalny nacisk grup specjalnego interesu. Politycy, którzy odmawiają wsparcia źle zarządzanym firmom i zbyt pazernym związkom zawodowym, oszczędzają podatnikom wydatku z ich kieszeni. Ale podatnicy nie zdają sobie z tego sprawy, w przeciwieństwie do tych, którzy cierpią z powodu bankructwa firmy, której państwo odmówi pomocy. Mówiąc językiem XIX-wiecznego ekonomisty Frédérica Bastiata - politycy zwykle w takiej sytuacji bardziej przejmują się "tym, co widać", niż "tym, czego nie widać".

Europejskie zasady

We wspólnej Europie zasada niewspomagania przedsiębiorstw publicznymi pieniędzmi wynika z artykułu 87 ust. 1 traktatu ustanawiającego UE. Gdyby zasada ta nie została wprowadzona w życie, poszczególne rządy mogłyby ulegać pokusie (i zapewne by ulegały), by wspierać krajowe firmy, pogarszając tym samym sytuację konkurentów z pozostałych krajów członkowskich. Wspólny rynek oznacza zasady konkurencji fair, które wykluczają możliwość stosowania dyskrecjonalnej pomocy państwa.

Komisja Europejska dopuszcza jednak pewne wyjątki. Nie jest sprzeczna z regułami wspólnego rynku pomoc:

- o charakterze socjalnym dla indywidualnych konsumentów, pod warunkiem że jest ona przyznana bez dyskryminacji ze względu na pochodzenie towaru, - w celu naprawienia szkód wyrządzonych przez klęski żywiołowe lub inne nadzwyczajne zdarzenia, - przyznawana pewnym regionom Republiki Federalnej Niemiec szczególnie dotkniętym podziałem Niemiec, w zakresie niezbędnym do wyrównania strat gospodarczych spowodowanych przez ten podział.

Komisja może się też zgodzić na pomoc publiczną:

- przeznaczoną na rozwój tych regionów, w których poziom życia jest niski lub w których występuje niedostateczne zatrudnienie, - na realizację projektów mających ogólnoeuropejskie znaczenie lub na zapobieżenie poważnym zakłóceniom w gospodarce któregokolwiek państwa członkowskiego, - na ułatwienie rozwoju pewnych form działalności lub pewnych regionów gospodarczych, jeżeli nie zmienia ona warunków wymiany w zakresie naruszającym wspólny interes, - na promocję kultury i dziedzictwa narodowego, jeśli nie zmienia ona warunków wymiany handlowej oraz konkurencji we Wspólnocie, w zakresie naruszającym wspólny interes. Pomoc dla banków można podciągnąć pod działalność mającą na celu zapobieżenie poważnym zakłóceniom w gospodarce, choć zdaje się, że nie była ona konsultowana z Komisją Europejską. Skoro jednak raz została udzielona w sytuacji nadzwyczajnej, powstaje pytanie - czy pomoc nie należy się także innym branżom, na przykład przemysłowi stoczniowemu, który w Polsce został skazany na upadek.

Niebezpieczny precedens

Można w różny sposób uzasadniać potrzebę udzielania pomocy publicznej, nie sposób jednak udowodnić, że trwałe dokładanie pieniędzy podatników do takiego czy innego przedsiębiorstwa przyczynia się do tworzenia bogactwa. Rządy francuskie próbowały np. za pomocą pieniędzy publicznych stworzyć "narodowego czempiona" komputerowego - firmę Bull, lecz mimo utopienia w tym przedsięwzięciu kilku miliardów euro w końcu musiały dać spokój. Jeżeli firma wie, że w każdej chwili może liczyć na siatkę łagodzącą upadek, nie czuje presji rynku, nie stara się podnieść swej efektywności, nie dba o koszty, a przede wszystkim o... klientów. Niekontrolowana pomoc publiczna jest szkodliwa nie tylko dlatego, że łamie raz przyjęte reguły, utrudnia konkurencję na wspólnym rynku i prowokuje do "wojny" między rządami na dotacje, ale przede wszystkim obniża efektywność całej gospodarki. Zasoby nie wędrują tam, gdzie są wykorzystywane najbardziej efektywnie (w firmach zyskownych), lecz za pośrednictwem decyzji politycznych są pompowane do firm niewydajnych.

O ile pomoc dla zagrożonego systemu finansowego można uznać za incydent, który się prędko nie powtórzy, to istnieje niebezpieczeństwo, że zostanie on potraktowany jako precedens, na który będą powoływały się wszystkie europejskie rządy łamiące zasady wspólnej polityki dotyczącej konkurencji. Dlatego Rada Europejska na najbliższym szczycie powinna potwierdzić ważność zasad dotyczących pomocy publicznej, a jednocześnie dać "skwitowanie" tym rządom, które udzieliły pomocy swemu systemowi finansowemu. To ostatnie działanie powinno być ujęte w sztywne ramy uznane za przejściowe i wycofane natychmiast, jak tylko minie zagrożenie.

Gdyby Europa pogrążyła się w "wojnie na dotacje", stracą na tym wszyscy, a w szczególności kraje biedniejsze, takie jak Polska, których firmy będą przegrywały w konkurencji z hojniej wspomaganymi przedsiębiorstwami bogatszych krajów. W naszym interesie jest jak najszybszy powrót Europy do zdrowego wzrostu i zdrowych zasad konkurencji.

  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów