Publikacja niemieckiego "Der Spiegel" wskazująca dwóch Polaków pośród potencjalnych kandydatów na szefa NATO - Aleksandra Kwaśniewskiego i Radosława Sikorskiego - nie bez kozery ukazała się właśnie teraz. Dzisiejsze spotkanie szefów dyplomacji NATO w Brukseli to szansa na nieformalne konsultacje w sprawie tego, kto po Jaapie Hoopie de Schefferze.
Kadencja obecnego sekretarza, Holendra, kończy się właśnie w 2009 roku. Wybór następcy zapewne nastąpi na jubileuszowym szczycie na 60-lecie NATO w kwietniu w Strasburgu i Kehl. Skoro przeciek puścił poważny i dobrze poinformowany niemiecki tygodnik, znaczy to, że Sikorski nie jest bez szans, ale jego kandydatura nie jest pewnie na rękę Niemcom i Francuzom. Zasada jest prosta - kandydaci naznaczeni przez media z reguły nie liczą się w ostatecznym rozrachunku.
Na poparcie tej tezy jest jeszcze jeden argument - swoista zmowa milczenia, która panowała w Polsce w sprawie kandydatury Sikorskiego. Choć w
MSZ i kancelarii premiera można było usłyszeć od dawna o ambicjach i szansach ministra, żaden z poważnych tytułów nie zdecydował się na "spalenie" tematu, czyli napisanie sensacyjnej czołówki o marszu Sikorskiego do Evere (dzielnica Brukseli, gdzie mieści się Kwatera Główna NATO).
"Spiegel" sprawił, że temat zaczął w Polsce żyć własnym życiem. Zareagował Aleksander Kwaśniewski. Przyznał wczoraj w rozmowie z TOK FM i
TVN 24, że latem tego roku ministrowie krajów NATO-wskich pytali go, co sądzi o przewodniczeniu NATO. Co więcej - według b. prezydenta o tym samym rozmawiano wówczas z Sikorskim.
Kwaśniewski zastrzegł, że choć nie odmówiłby szefowania paktem, to o to nie zabiega. Choć tego nie powiedział, ma mniejsze szanse niż minister, bo od kilku lat nie jest aktywnym politykiem. Nie ma za sobą rządu. Dlatego też Kwaśniewski zapowiedział, że poparłby Sikorskiego, bo ważne, by na czele NATO stanął Polak. Sikorski sprawy nie skomentował.
Co najmniej dwa razy pytałem ministra, czy będzie kandydował na szefa NATO. Zawsze zaprzeczał, przytaczając garść racjonalnych argumentów, których z racji tego, że nasze rozmowy były "poza protokołem", nie ujawnię. Oczywiście, im bardziej polityk zaprzecza, tym bardziej sprawa, o którą pytamy, "jest na rzeczy". Sikorski, jak wiadomo, jest politykiem ambitnym i lubiącym splendory. A posada szefa NATO jest prestiżowa i dla niego wymarzona.
Sikorski ma wiele atutów, które predestynują go na to wpływowe stanowisko. Przede wszystkim zna się na rzeczy. Jest zapalonym atlantystą. Był ministrem obrony. Kocha i rozumie wojsko. Jest szefem dyplomacji dużego kraju UE i NATO.
Jak ryba w wodzie porusza się w międzynarodowym środowisku. Jest medialny, mówi znakomicie po angielsku, choć dobrze by było gdyby posługiwał się francuskim, który jest drugim oficjalnym językiem NATO. Szczególnie ważne jest to w czasach, kiedy
Francja wraca do struktur wojskowych paktu.
Sikorski zna i rozumie NATO i, co ważniejsze, potrafi być skuteczny na jego forum. Pokazał to na kwietniowym szczycie paktu w Bukareszcie. Choć Ukraina i
Gruzja nie dostały tam programu przygotowania do członkostwa (MAP), wespół z Rice i prezydentem Lechem Kaczyńskim przeforsował zapis, że oba te kraje wejdą kiedyś do NATO.
Na korzyść Sikorskiego przemawia to, że pochodzi z kraju "nowej" Europy, a środek ciężkości Sojuszu przesunął się na Wschód. W stolicach krajów NATO mówi się, że sprawiedliwe byłoby oddanie posady sekretarza generalnego politykowi z nowego państwa członkowskiego, a tu Sikorski nie ma wielkiej konkurencji. W natowskich kuluarach wymienia się nazwisko b. szefa MSZ Bułgarii Solomona Passy. Pozycja Bułgarii w NATO jest jednak słabsza niż Polski.
Atutem polskiego ministra jest także nasza "mocna" obecność w Afganistanie. Polska niedawno objęła tam prowincję, a ambicją Sikorskiego jest połączenie wojskowego wysiłku NATO z rozwojową pomocą UE. Swego czasu planował nawet ogłoszenie wspólnej polsko-francuskiej inicjatywy w tej sprawie.
Za kandydaturą Sikorskiego przemawia też to, że bliskie mu są tematy rozszerzenia NATO o Gruzję i Ukrainę. Nie jest przy tym takim "dogmatykiem" jak polski prezydent i wie, że to wymaga czasu. Co więcej, jako szef polskiego MSZ starał się prowadzić pragmatyczną politykę wobec Rosji, także po to, by zdjąć z siebie i Polski łatkę rusofoba.
Im bardziej polityk zaprzecza, tym bardziej sprawa, o którą pytamy, "jest na rzeczy". Sikorski jest ambitny i lubi splendory. A posada szefa NATO jest prestiżowa i dla niego wymarzona
Ostatnio polski minister zgłosił kilka bardzo ciekawych pomysłów wpisujących się w debatę o przyszłości NATO. W Waszyngtonie przedstawił tzw. doktrynę Sikorskiego, w myśl której każde kolejne naruszenie granic europejskich sojuszników NATO powinno spotkać się z odpowiedzią społeczności transatlantyckiej. Z kolei na niedawnej debacie w Fundacji Batorego zaproponował zawarcie tzw. transatlantyckiego kontraktu. Chodzi o to, by w zamian za udział Europejczyków w misjach ekspedycyjnych NATO, takich jak ta w Afganistanie, Amerykanie nie zaniedbywali podstawowej funkcji NATO, jaką jest obrona swego terytorium. A tylko pełne zaangażowanie potęgi militarnej, jaką są
USA, gwarantuje bezpieczeństwo państw członkowskich NATO.
Kandydat byłby więc z niego dobry, żeby nie powiedzieć idealny, ale wybór szefa NATO nie jest konkursem piękności. Z reguły wygrywa wcale nie najlepszy - ale ten, który wszystkim pasuje i ma poparcie USA, Kanady i wielkich krajów Europy - Wielkiej Brytanii, Niemiec i Francji. Z tym Sikorski może mieć problem.
Sojusz, jak wiadomo, stoi przed wieloma wyzwaniami, począwszy od wypracowania nowej doktryny strategicznej, poprzez "być albo nie być", jakim jest operacja w Afganistanie, po rozszerzenie, czyli drażliwy ostatnio temat Gruzji i Ukrainy. Nie wiadomo, czy USA i "stare" kraje Europy zechcą mieć w tym trudnym czasie "niezależnego" sekretarza z kraju "nowej" Europy.
Kilka miesięcy temu w Kwaterze Głównej NATO usłyszałem, że w trudnych czasach duże kraje paktu zawieszają na kołku demokrację i wybierają "swojego". Sikorski ma potencjalnie silnych konkurentów. Tajemnicą poliszynela jest to, że szefem NATO chciałby być brytyjski minister obrony Desmond Browne (Brytyjczycy są europejską podporą w Afganistanie). W kuluarach kwatery głównej mówi się też o premierze Danii Andersie Foghu Rasmussenie (atlantysta i polityk bardziej doświadczony niż Sikorski) i norweskim ministrze spraw zagranicznych Jonasie Gahrze Store. Niewykluczone, że stanowisko przypadnie Kanadyjczykowi, gdyż NATO to nie tylko Europa, a Amerykanie rezerwują dla siebie najwyższe wojskowe stanowisko w NATO - głównodowodzącego wojskami sojuszu.
Pisząc o Sikorskim jako szefie NATO, nie można zapominać o rzeczy chyba najistotniejszej. Po pierwsze, sam minister musi chcieć walczyć o wpływowy fotel. Po drugie, jego kandydaturę musi zgłosić i popierać polski rząd.
Nie jest jednak pewne, czy premier Donald Tusk zechce pozbyć się najlepszego i najbardziej popularnego ministra w swym rządzie, który regularnie nabija mu punktów w sondażach i cieszy się dobrą opinią Polaków i w Unii Europejskiej.
Namaszczenie Sikorskiego na szefa NATO mogłoby być korzystne dla PO i szefa rządu, jeśli prawdziwe są spekulacje, że minister mierzy wysoko i chciałby być premierem albo prezydentem (czyli konkurentem Tuska). Tego jednak nikt do końca nie wie.
Jeśli Polska chce zagrać o szefa NATO dla Sikorskiego, to już premier musiałby mieć kandydata na następcę obecnego ministra, który sprostałby wszystkim wyzwaniom stojącym przed naszym krajem w UE, włącznie z przygotowaniem Polski do przewodnictwa w UE. Na razie dobrych kandydatów nie widać. Choć jak wiadomo, nie ma ludzi niezastąpionych.