Aleksandra Klich: Kilka dni temu ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski wrócił do sprawy ks. arcybiskupa Józefa Życińskiego i jego domniemanej współpracy z SB, nazywając go "prawdziwym, nie fikcyjnym agentem". Zaraz potem "Gazeta Polska" napisała, że arcybiskup Życiński niszczył esbeckie dokumenty na swój temat. Co pan pomyślał, gdy przeczytał ten tekst? Dr Andrzej Grajewski*: Tekst Leszka Misiaka to kompromitacja. Zdaniem nie tylko moim, ale i kolegów z
IPN, w Lublinie nie ma i nigdy nie było żadnych dokumentów odnoszących się do arcybiskupa. Oskarżanie go o to, że dokonywał jakichś manipulacji, żeby je usunąć, jest pomysłem absurdalnym, a autor tekstu w "Gazecie Polskiej" nie wiedział, o czym pisze. Ten tekst głęboko obraża arcybiskupa, który w tej sprawie nigdy niczego nie próbował ukrywać.
Zwrócił się do pana w 2006 r., gdy zaczęły krążyć plotki, że został zarejestrowany jako TW "Filozof". Poprosił o sprawdzenie, co jest w esbeckich teczkach na jego temat. A pan wziął do pomocy dr. Piotra Gontarczyka, późniejszego współautora kontrowersyjnej książki o Wałęsie. Dlaczego jego? - Uważam, że jest najlepszym w Polsce specjalistą, jeśli chodzi o badanie dokumentów organów bezpieczeństwa PRL, również tych najtrudniejszych, poza tym poglądy Gontarczyka na wiarygodność tych dokumentów i sprawę lustracji różnią się zasadniczo od poglądów arcybiskupa, a nawet moich. Nie ukrywam, że darzę arcybiskupa szacunkiem i wielką empatią, pamiętam o jego wielkim dorobku naukowym, społecznej wrażliwości, ogromnej pracowitości i talentach organizacyjnych. Gontarczyk nie miał wobec niego żadnej empatii. Chodziło więc o to, żeby ktoś szukał i analizował materiały na zimno, konsekwentnie. Arcybiskup zaakceptował ten wybór, podkreślając, że ceni umiejętności archiwalne Gontarczyka.
Był pan zaskoczony, że arcybiskup zgodził się na jego pomoc? - Nie. Pomyślałem, że arcybiskup ma dobrą pamięć i uważa, że w swojej przeszłości nie ma niczego, czego musiałby się wstydzić. Od samego początku ustaliliśmy też, że wszystko, co znajdę, podamy do publicznej wiadomości.
Zresztą, mówienie, że biskup jest przeciwnikiem lustracji, nie jest prawdą. Przypomnę, że to on napisał wstęp do mojej książki "Kompleks Judasza", w którym uznał lustrację za problem, z którym polski
Kościół będzie się musiał zmierzyć. Podkreślał konieczność lustracji, ale zawsze jednak pytał, jak to robić. Różnimy się w podejściu do dokumentów. Arcybiskup kwestionuje ich wiarygodność, ja nie. Ale gdy przestrzega przed wyciąganiem pochopnych wniosków i oskarżeniami, już się z nim zgadzam.
Co ustaliliście z Gontarczykiem podczas badań materiałów dotyczących Życińskiego? - Ściślej mówiąc, ustalił Gontarczyk, gdyż to on robił kwerendę. Z zachowanej karty ewidencji wynika, że arcybiskup został zarejestrowany jako TW "Filozof". Nie był to werbunek fikcyjny. I tu zgadzam się z ks. Zaleskim. Oni go naprawdę zarejestrowali, choć on mógł o tym nie wiedzieć. SB traktowała arcybiskupa jako swojego tajnego współpracownika. I to ustalenie moje i Gontarczyka podaje w swojej książce o Lechu Wałęsie
Sławomir Cenckiewicz, nie ukrywając, że to reakcja na krytyczne uwagi arcybiskupa pod adresem jego książki o Wałęsie.
Czyli zemsta? - Nie, raczej wskazanie, że ci, którzy go krytykują, sami nie mają czystego sumienia. W przypadku Życińskiego to nie jest właściwa teza, bo zwykle ci, którzy mają coś na sumieniu, siedzą cicho. A Życiński, przeciwnie, zawsze głośno wypowiadał swoje zdanie.
Władze w latach 70. nie dawały Życińskiemu paszportu. - Tak. W końcu mu go jednak dali. Gdy wracał z Londynu, skonfiskowali mu podczas rewizji osobistej manuskrypt. A potem wezwali po odbiór.
Udało wam się ustalić, gdzie Życiński spotykał się z oficerami? - Tak, są materiały dotyczące lokalu Wanda na ul. Józefitów w Krakowie. To było mieszkanie prywatne, ale arcybiskup mi mówił, że był przekonany, iż to biuro należące do urzędu paszportowego. Mógł tak myśleć, bo naprzeciwko rzeczywiście było biuro paszportowe, a w sąsiedztwie
mieszkania pracowali jacyś urzędnicy. Esbecja wybrała więc lokal sprytnie. W taki sposób mogła łatwo wywieść w pole tych, którymi była zainteresowana.
Tam właśnie wezwano arcybiskupa, by oddać mu manuskrypt. Swoją drogą taka rewizja osobista, podczas której odbierano mu skrypt, to musiało być potworne, upokarzające doświadczenie.
Czyli arcybiskup myślał, że spotyka się z urzędnikami, a spotykał się z esbekami? - Tego dokładnie nie wiem, ale myślę, że mógł mieć świadomość, że rozmawia z funkcjonariuszami SB. Nigdy nie ukrywał, że rozmawiał o paszporcie z różnymi ludźmi. Wiem jedno - jakieś kontakty były, jakie - nie mam pojęcia. Spotkania były rejestrowane, ale poza wiedzą arcybiskupa. On nie miał wpływu na swoją rejestrację ani na zniszczenie dokumentów. Przy braku dokumentów każdy może tę sytuację interpretować po swojemu.
Ale nie sądzę, by takie teksty jak "Listy do Nikodema" pisane przez Życińskiego w "Tygodniku Powszechnym", tak bardzo ważne dla Polaków w czasach stanu wojennego, mogły wyjść spod pióra człowieka w jakikolwiek sposób poważnie uwikłanego w dwuznaczną grę z tajną policją.
Zresztą ważne jest to, że esbecy z IV Departamentu nigdy nie przekazali sprawy Życińskiego towarzyszom z wywiadu PRL. Gdyby był prawdziwym, cennym agentem, na pewno by to zrobili. On już wtedy cieszył się sławą wybitnego uczonego, z kontaktami na całym świecie. Mógłby im się bardzo przydać za granicą. Ale nie mogli go wykorzystać, bo nie był przygotowanym agentem, choć pewnie esbecja o tym marzyła.
Odebranie skryptów podczas rewizji i ściągnięcie Życińskiego do lokalu, by mu je oddać, było być może taką właśnie zaczepką operacyjną.
Zrobiliście kwerendę, swoje ustalenia przekazaliście komisji kościelnej. I co? - Nie mam pojęcia. Komisja nie ogłosiła wyników prac, choć moim zdaniem powinna to zrobić. W tej sytuacji najlepiej byłoby, żebyśmy z Gontarczykiem wrócili do badań i opracowali wszystkie materiały dotyczące TW "Filozof".
*Andrzej Grajewski, historyk, politolog, redaktor "Gościa Niedzielnego". W latach 1999-2006 członek Kolegium IPN. Autor m.in.:"Kompleks Judasza. Kościół zraniony. Chrześcijanie w Europie Środkowo--Wschodniej między oporem a kolaboracją", 1999