http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ks. Zaleski-Isakowicz nie ustaje w lustracji Kościoła

ks. Andrzej Luter*
2008-11-21, ostatnia aktualizacja 2008-11-20 16:23

Znany pracownik IPN w przypływie ogromnej szczerości i nie kryjąc rozczarowania, powiedział dwa lata temu: "Niestety, na Życińskiego nic się nie znalazło, a tak bardzo chciałem". Mimo to lustracja abp. Józefa Życińskiego trwa

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski podczas promocji
Fot. Krzysztof Karolczyk / AG
Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski podczas promocji "Księży wobec bezpieki", Kraków...
ks. Andrzej Luter
Fot. Iwona Burdzanowska / AG
ks. Andrzej Luter
Lustracja w polskim Kościele mogła stać się wezwaniem do realizacji w praktyce zasady miłosierdzia. Wszak jesteśmy wyznawcami Jezusa Chrystusa. Boga, który poprzez Wcielenie wziął na siebie ludzkie upadki i grzechy. Mądrego mówienia o miłosierdziu w Kościele jest ciągle za mało.

Przez ostatnie lata "bezpiecznikiem" miłosierdzia w Polsce była "twarz" Jana Pawła II. Nie radzimy sobie bez niego. Lustracja mogła nas skierować ku miłosierdziu, stacza nas w otchłań nienawiści. Miałem nadzieję, że przynajmniej w Kościele przy rozwiązywaniu tego dramatycznego problemu nie będziemy sobie zadawać ran. Jest inaczej. Zamiast rozmawiać o istotnych problemach Kościoła, jak np. postępujących tendencjach sekularyzacyjnych, zamiast na serio pomyśleć o istocie chrześcijaństwa i głębokiej reewangelizacji Polski, o poważnym procesie weryfikacji wiary, uczestniczymy w niekończącym się spektaklu lustracyjnym, mimo że Kościelna Komisja Historyczna zakończyła pracę, opartą - jak się domyślam - na memoriale Episkopatu Polski, ważnym dokumencie, którego autorzy określili ewangeliczne zasady oceniania bezpieczniackich teczek. Materiały podsumowujące prace Komisji przetłumaczone na języki obce mają trafić do Stolicy Apostolskiej. Niestety, lustracja wydaje się być wciąż i niezmiennie racją stanu dla niektórych pism, a szczególnie dla niektórych blogerów.

Miałem nadzieję, że nie trzeba już nikomu powtarzać prostych zasad. Że w ramach lustracji każdy przypadek domniemanej zdrady musi być dogłębnie sprawdzony, nim zostanie opublikowany, bo tu chodzi o żywych ludzi. Że człowiek to nie wióry, które lecą, gdy drwa rąbią. Że trzeba mieć nie sto, ale tysiąc procent pewności. Tymczasem obserwujemy serial pomówień, ataków i słabo zawoalowanych aluzji. Dominantą tych zagonów jest ideologia, osobiste urazy, a niekiedy - aż trudno to pisać - rozgrywki personalne, po prostu chęć utrącenia kogoś. Rzuca się więc w przestrzeń publiczną nazwiskami, jakby nie mając świadomości, że słowo zabija. Trudno pogodzić się z tym, że taki pejzaż lustracyjny może istnieć w strukturach kościelnych.

Lustracja rebusowa

Działalność lustracyjna ks. Tadeusza Zaleskiego-Isakowicza, niestety, wpisuje się w ten smutny obraz. Nie godzę się na taki styl lustracji. To, co piszę, jest wyrazem moich odczuć i emocji. Starałem się jakoś zrozumieć postępowanie ks. Tadeusza, osobiście dawałem tym staraniom wyraz. Z trudem, ale przyjąłem do wiadomości fakt wydania książki lustrującej Kościół krakowski, choć dzieło to przynajmniej we fragmentach budzi mój głęboki sprzeciw. Jednak doprawdy, późniejszej postawy księdza nawet przy najlepszej woli zaakceptować nie mogę. Nie pojmuję jego intencji. Z jednej strony wspaniałe dzieło w Radwanowicach, z drugiej zaś - działania niemające mocy oczyszczającej, wręcz przeciwnie: powodujące nieprzyjemną duszność. Ks. Zaleski ustawił siebie w roli wyroczni Pana. Pomijam wystąpienia w sprawie Wołynia i Kościoła greckokatolickiego, dystansuję się wobec jego ostrzeżeń wobec Watykanu, by nie beatyfikowano abp. Andrzeja Szeptyckiego, bo nie jestem historykiem. Mogę tylko polecić lekturę wywiadu z prof. Szymonem Redlichem w ostatnim "Tygodniku Powszechnym".

Ks. Tadeusz w swoich felietonach i publikacjach lustracyjnych stosował dotąd najczęściej zasadę rebusu. Podawał jak najwięcej danych o opisywanej osobie, tak by łatwo ją można było rozszyfrować, a potem oburzał się, że ktoś ujawnił nazwisko. Ostatnio zarzucił tę metodę i pisze już tylko wprost. A więc abp Henryk Muszyński, który niedawno szczerze i otwarcie przedstawił historię inwigilowania swojej osoby przez SB, nie może być prymasem. Dlaczego? Bo przecież kiedyś mogą znaleźć się jakieś nowe dokumenty obciążające. A gdzie mogą się znaleźć? Tu ks. Zaleski ma zawsze gotową odpowiedź - najczęściej w Moskwie (kto to sprawdzi?), rzadziej w Instytucie Gaucka. Ksiądz z góry zakłada zatem, że arcybiskup kłamie. Pomijam dość szokujący kontekst, w jaki - mam nadzieję nieświadomie - wpisał swoją wypowiedź o abp. Muszyńskim.

Ustrzelić arcybiskupa

Osobny rozdział to lustrowanie metropolity lubelskiego, abp. Józefa Życińskiego. Ten wybitny hierarcha, intelektualista najwyższej próby, autorytet dla wielu osób, od ponad dwu lat jest obiektem wojny podjazdowej grupy lustratorów. Trzeba dodać, że ze względu na ostrość i wyrazistość swoich poglądów nie jest on - najdelikatniej mówiąc - lubiany w środowiskach skrajnie prawicowych. Pierwsze uderzenie miało nastąpić tuż po wizycie Benedykta XVI. Zresztą abp Życiński miał się wtedy znaleźć w towarzystwie innego wybitnego hierarchy. Niestety, mimo usilnych starań kwitów nie odnaleziono.

To wtedy znany pracownik IPN - dziś już chyba nie pracujący w tej instytucji - w przypływie ogromnej szczerości i nie kryjąc rozczarowania, powiedział: "Niestety, na Życińskiego nic się nie znalazło, a tak bardzo chciałem".

W tym też czasie metropolita lubelski upoważnił na piśmie Andrzeja Grajewskiego do przeprowadzenia kwerendy swoich akt. Grajewski zaprosił do współpracy Piotra Gontarczyka. Arcybiskup zgodził się, aby historycy opublikowali dokumenty na jego temat, jeśli takowe się znajdą. Ks. Adam Boniecki wyraził w ostatnim "Tygodniku Powszechnym" zdziwienie, że ten fakt umyka lustratorom arcybiskupa, że "tak małą przywiązują wagę do tego, że natychmiast, kiedy się pojawiły spekulacje-insynuacje na temat jego rzekomej współpracy (a więc grubo przed rewelacjami dr. Cenckiewicza, przed sprawą abp. Wielgusa i powołaniem Kościelnej Komisji Historycznej)" - abp Życiński upoważnił niezależnych historyków do badania swojej przeszłości. "Arcybiskup nie wiedział - pisze ks. Boniecki - ani wiedzieć nie mógł, co się na jego temat znajduje w zasobach IPN ani co historycy znajdą."

Tymczasem co kilka miesięcy dochodziły informacje, że za chwilę ktoś (w istocie chodzi zawsze o trzy tytuły) ma ustrzelić arcybiskupa. W jednej z gazet ukazał się krótki felietonik aluzyjnie szkalujący metropolitę. Wtedy „Tygodnik Powszechny” opublikował obszerny tekst hierarchy, a Katarzyna Kolenda-Zaleska przeprowadziła z nim rozmowę w TVN 24. Wydawałoby się, że sprawa jest zakończona. Nic z tego. Szczyt pogłosek nastąpił rok temu, kiedy arcybiskup otrzymywał nagrodę Człowieka Roku, przyznawaną przez Agorę - wydawcę „Gazety Wyborczej”. Następnego dnia spodziewano się ataku na łamach jednej z gazet. Aż huczało od plotek, że w ten sposób ubite zostaną dwie pieczenie: arcybiskup i „Gazeta”. I znowu nic. Tylko ks. Zaleski-Isakowicz niestrudzenie insynuował w wielu tekstach, posługując się stylem rebusowym, że on coś wie o Życińskim. No i wreszcie przyszedł ten wielki dzień. Oto ukazał się słynny przypis w książce dr. Sławomira Cenckiewicza rozprawiającego się ze swoimi polemistami. Muszę przyznać, że historyk jest szczery - on nawet nie ukrywa, że ów przypis umieścił z zemsty za krytykę jego książki o Wałęsie, a arcybiskup rzeczywiście jednoznacznie wystąpił w obronie byłego prezydenta. Dzięki Cenckiewiczowi ks. Zaleski-Isakowicz mógł triumfalnie oświadczyć już bez rebusów: „TW »Filozof « to Życiński”. Niestety, z dowodami rzekomej współpracy krucho, tak samo jak ponad dwa lata temu. Ale dziś można się podeprzeć autorytetem dr. Cenckiewicza.

Granice absurdu przekroczone

Przedwczoraj przekroczono w lustracji arcybiskupa wszelkie granice absurdu. Oto ukazał się kolejny numer niszowego tygodnika (tytułu nie wymieniam, żeby nie robić niezasłużonej reklamy), a w nim informacja wybita na pierwszej stronie, że z lubelskiego IPN wyniesiono akta jakiegoś pułkownika, byłego esbeka, który miał odpowiadać za całą agenturę SB w Kościele na Lubelszczyźnie, w tym na KUL- u i w kurii lubelskiej. Jakiś informator gazety donosi, że wśród tych dokumentów są akta TW "Filozofa" czyli abp. Życińskiego. Czegoś tak idiotycznego już dawno nie czytałem. To totalna kompromitacja gazety (mniejsza zresztą o nią), cała sprawa pokazuje jednak, że w ataku na arcybiskupa posunięto się do ohydnego i szalenie prymitywnego chwytu, licząc zapewne, że "ciemny lud to kupi". A więc po kolei. Ks. Józef Życiński nigdy nie był związany z Lublinem, nie pochodzi stamtąd, nie był księdzem lubelskim i nigdy nie studiował na KUL, nie był też jego wykładowcą. W IPN lubelskim zatem nie ma żadnych teczek ks. Życińskiego, tak więc ów pułkownik nie mógł wykraść czegoś, co nie istnieje. Ponad rok temu znany dziennikarz - namiętny lustrator - też próbował składać w lubelskim IPN wniosek o teczkę Życińskiego. Ktoś mądry wyjaśnił mu jednak, że nic tam nie znajdzie. Należy wyrazić żal, że teraz on sam nie poinformował o tym zaprzyjaźnionej gazety. Szkoda czasu, panowie - ułatwię wam zadanie: składajcie wnioski w Krakowie, Katowicach i Warszawie. Lublin nie, Rzeszów nie, Zielona Góra też nie - naprawdę uwierzcie mi.

Arcybiskup przybył do Lublina w roku 1997, wtedy bowiem Jan Paweł II mianował go metropolitą lubelskim. Przypominam, że wówczas nie istniał już PRL. Ja wiem, był to czas III RP, symbolu zła i wszelkiego wszeteczeństwa, ale nawet w tym strasznym okresie nie było już SB. Był UOP. A może abp. Życińskiego zwerbował ten nowy Urząd? Żarty na bok, bo sprawa nie jest śmieszna. Pytam tylko, czy komuś, a przede wszystkim ks. Zaleskiemu-Isakowiczowi, przychodzi do głowy, że to wszystko dotyka żywego człowieka, i choćby był nawet największego ducha, to są jakieś granice wytrzymałości.

Nie mam zamiaru pouczać ks. Zaleskiego-Isakowicza, on tego nie potrzebuje, mam tylko poczucie, że żyję w świecie innych wartości. Wydawało mi się zawsze, że jako ksiądz jestem wezwany do tego, żeby człowieka pocieszyć, to znaczy w jego własnych oczach jego cierpienie, nawet jeśli jest ono konsekwencją ciężkich grzechów i błędów życiowych, podnieść do najwyższej godności. Myślałem zawsze i dalej tak myślę, że moją rolą jest podać rękę, a nie ogłaszać w mediach autentycznych czy domniemanych grzeszników. Nie oskarżać. A jeśli bym oskarżył niewinnego?

Niech lustrują dziennikarze i historycy, pod warunkiem że robią to uczciwie i z zachowaniem należytej staranności, w co - przyznaję - coraz mniej wierzę. Bo nad wszystkim góruje ideologia i szukanie haków na wybrane osoby. Ksiądz lustrator to sprzeczność sama w sobie.

Szanowany przeze mnie autor napisał niedawno, że ks. Tadeusz Zaleski-Isakowicz to szaleniec Boży. A mnie się wydaje, że szaleńcem Bożym to był ks. Jan Zieja, to był ks. Bronek Bozowski. Szaleńcem Bożym nigdy nie był natomiast florencki dominikanin Savonarola.

*Ks. Andrzej Luter - współpracownik miesięcznika "Więź"

  • 127 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':