Adam Michnik: Chciałbym zacząć od historii sprzed 40 lat, czyli od interwencji wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji w 1968 r. Czy twoim zdaniem interwencji można było uniknąć przy innej polityce Czechosłowacji? Vaclav Havel: Już wtedy myślałem i uważam tak do dziś, że istniał sposób zapobieżenia tej groźbie, ale ówcześni przywódcy kraju go nie dostrzegali. Oczywiście nie chodziło tu o opór zbrojny, ale o coś w rodzaju „moralnej mobilizacji”.
Już raz przeżyliśmy coś takiego przed Monachium, kiedy państwo czechosłowackie wyraźnie dawało do zrozumienia, że jest gotowe się bronić. W 1968 r. podobno projekt interwencji przeszedł podczas głosowania w sowieckim Biurze Politycznym niewielką większością. Być może wynik byłby inny, gdyby na Kremlu mieli świadomość, że nasz kraj nie jest partnerem, który się zawsze podporządkowuje, tylko że czasem potrafi też uderzyć pięścią w stół. Ale to jedynie spekulacje.
Przede wszystkim jednak taki wariant leżał poza mentalnym horyzontem naszych ówczesnych przywódców. To byli ludzie z komunistyczną przeszłością, wydarzenia ich po prostu wyprzedzały i ledwo potrafili za nimi nadążać. Może gdyby starali się nadawać ton wypadkom, to groźba interwencji byłaby mniejsza, ale wydaje mi się, że ostatecznie i tak nie skończyłoby się to dobrze. Może znalazłby się jakiś czeski Jaruzelski, który powiedziałby, że sami sobie zrobimy porządek? To jedna z możliwości, choć nie znam żadnego czeskiego generała, który wziąłby na siebie taką decyzję.
A jak wtedy myśleliście? Czy spodziewałeś się interwencji? - Przez całe lato przed interwencją żyłem w szczególnym napięciu. Z jednej strony można było swobodnie mówić, zrzeszać się, wypuszczano więźniów, czyli tysiące nieznanych do tej pory możliwości i powodów do euforii. Ale z drugiej strony większość z nas czuła, że nie jest pewne, czy nam to ujdzie na sucho. Pocieszaliśmy się tylko, że to chyba niemożliwe, żeby wjechały tu czołgi - w czasach détente, w środku Europy, w czasach broni atomowej.
A kiedy już rzeczywiście te czołgi wjechały, to zdziwieniu towarzyszył ogólnonarodowy opór niemający charakteru zbrojnego, ale będący jakimś szczególnym folklorem miejskim. Miasta były pełne napisów protestacyjnych, ludzie sobie nawzajem pomagali, nawet złodzieje wydali w więzieniu oświadczenie, że nie będą kraść.
Spędziłem pierwsze dni okupacji w Libercu i widziałem, jak miejscowi hipisi - postrach miasta - przyszli na ratusz i oddali się pod komendę przewodniczącego rady. Dostali zadanie zdjęcia tablic z nazwami ulic, bo nie wypadało, żeby robiła to
policja. No i w ciągu nocy zadanie zostało wykonane, rano w ratuszu leżały na korytarzu wszystkie tablice, a przywódca tej grupy pytał o następne zadanie. Był to więc wspaniały okres, ale miałem świadomość, że długo nie potrwa. I rzeczywiście, szybko nadeszła powszechna apatia i demoralizacja. Szybciej, niż przypuszczałem.
A co wiesz o różnicach zdań na Kremlu w sprawie interwencji? - Dowiedziałem się, że w rosyjskim Biurze Politycznym rzeczywiście była dyskusja na ten temat, i że przewaga tylko jednego głosu zdecydowała o interwencji. Słyszałem nawet, że Chruszczow, który już wtedy nie miał żadnych funkcji politycznych, pobiegł na Kreml i usiłował dostać się do środka, żeby ją odradzać towarzyszom. Uważał, że to zaszkodzi ruchowi komunistycznemu na całym świecie, co rzeczywiście się stało. Jeśli więc jest jakaś trwała, pozytywna strona interwencji, to tylko taka, że zachodnia lewica przejrzała na oczy. Agresja na Czechosłowację odebrała im złudzenia.
Wszyscy wiemy, czym była tzw. normalizacja. Jakie były jej moralne i społeczne skutki dla społeczeństwa? - Społeczeństwo szybko zrozumiało, czego się od niego oczekuje. Oferta brzmiała: Jeśli poprzecie okupację albo przynajmniej będziecie milczeć w tej sprawie i nie protestować, to my wam damy żyć, pozwolimy, żebyście sobie budowali dacze i hodowali tam warzywa. Ale pod warunkiem, że nie będziecie protestować, ozdobicie frontony budynków napisami ku chwale partii i będziecie regularnie wysyłać telegramy z pozdrowieniami dla zjazdów partii komunistycznej czy podejmować z tej okazji zobowiązania produkcyjne. Krótko mówiąc: Jeśli wy dacie spokój reżimowi, to reżim również zostawi was w spokoju.
Był to czas łamania kręgosłupów, przejmujący i bolesny, który w dodatku przyszedł niezwykle szybko. Dopiero w tym kontekście da się zrozumieć samospalenie
Jana Palacha . Był to ekstremalny wyraz napięcia w tym społeczeństwie, w którym zaczynały się czystki i przedziwne wolty wielu ludzi - ten, kto wczoraj uchodził za człowieka
Praskiej Wiosny , dziś stawał się głównym normalizatorem i wyrzucał ludzi z pracy. Widać było, jak przywódcy państwa robią kolejne kroki do tyłu i sankcjonują kolejne ustępstwa, ale przez kilka miesięcy jeszcze dało się o tym publicznie dyskutować i pisać, bo wolność prasy była ograniczana stopniowo.
Kiedy spotykaliśmy się w 1978 r. w górach, nie mieliśmy żadnej klarownej wizji końca komunizmu. Ty wtedy napisałeś esej "Siła bezsilnych", który był odpowiedzią na pytanie, jak budować wolność i godność w warunkach komunistycznej opresji. Ten esej stał się manifestem opozycji demokratycznej we wszystkich krajach bloku komunistycznego. A kiedy w 1989 r. przyjechaliśmy do Pragi i potem do ciebie na Hradeczek, to wciąż byłeś sceptyczny. Żartowałeś ze mnie, że przeszedłem przez most Karola, zobaczyłem czterech cudzoziemców grających na gitarach i na tej podstawie przepowiadam koniec komunizmu w Czechach. Wszyscy wtedy myśleli podobnie jak ty i nikt nie wierzył, że to już trzeszczy i za chwilę zacznie się walić w gruzy. Co takiego się stało, że krótko po tym naszym spotkaniu przyszła aksamitna rewolucja? - Od dłuższego czasu w okresie normalizacji mówiłem też coś innego. Zachodni dziennikarze po powstaniu Karty 77 powtarzali nam: Jest was mała grupka skłóconych intelektualistów, nie macie za sobą robotników, nie wspierają was miliony ludzi i tylko walicie głową w mur. Ja im na to odpowiadałem, że w warunkach totalitarnych nigdy nie wiemy, co drzemie pod powierzchnią, bo nie da się tego sprawdzić.
U nas nie było sondaży ani wolnych mediów, ale w jakiejś społecznej podświadomości coś się przecież działo. Coraz intensywniej czułem, że prędzej czy później coś pęknie, że tak nie może być w nieskończoność, bo można było zauważyć coraz większy napór na tę skorupę. Było jasne, że przypadkowe wydarzenie może wywołać wielkie zmiany. A dalej już będzie jak z kulą śniegu, która tocząc się, rośnie, aż w końcu wywołuje lawinę.
Mówiłem też, że w totalitaryzmie czasem jeden głos - jak na przykład głos Sołżenicyna - może mieć większą wagę, niż głosy milionów wyborców. I że nie wiemy, kiedy ta kula śniegu przerodzi się w lawinę. Ja też tego nie wiedziałem i sam byłem zaskoczony, że to się stało akurat w listopadzie. Ale naturalnie miało to związek z ogólnym kryzysem tego systemu - ekonomicznym, społecznym - a także z jego tchórzliwością. Przecież oni mieli w ręku wszelkie możliwe instrumenty władzy, żeby doprowadzić do konfrontacji i nas pokonać, Tyle że już nie mieli energii.
Wspomniałeś Sołżenicyna. On przeszedł charakterystyczna ewolucję. W ostatnich latach zasłynął z apologii systemu carskiego, żądania przywrócenia kary śmierci i poparcia dla Putina. Co się stało z Sołżenicynem? - Nie on jeden. W Rosji możesz spotkać wielu ludzi z dawnej opozycji demokratycznej, naszych kolegów, z którymi we wszystkim się rozumieliśmy, a którzy dziś także przeszli pewną ewolucję. Poznasz to w momencie, gdy zaczyna się rozmowa na przykład o Czeczenii czy Gruzji. W społeczeństwie rosyjskim drzemie jakiś szczególny kompleks, strach o to, czy będą poważnie traktowani przez Zachód. Ten największy kraj świata wydaje się sobie mały i dlatego zezuje na okoliczne państwa. Jakby nie wiedział, gdzie dokładnie się zaczyna i gdzie kończy. Kiedy nagle ktoś zagra na tej strunie narodowej, traktuje się to jak lekarstwo (oczywiście fałszywe) na te kompleksy.
Gdybym był egoistą, to powiedziałbym: Chwała Bogu, że tak jest, bo w przeciwnym razie nie mielibyśmy Tołstoja czy Dostojewskiego. Bo przecież to wszystko jest o tym. I o tym, gdzie w tym wszystkim jest (czy nie ma) miejsce dla Boga. Niemniej ta sytuacja jest niepokojąca, a obawiam się, że Unia Europejska mało o tym wie. Przedkłada interesy ekonomiczne nad poszanowanie praw człowieka. Czasem graniczy to wręcz z polityką appeasementu. Teraz wyszły u nas trzy ważne książki: Litwinienki, Anny Politkowskiej i Aleksandra Jakowlewa. Po ich lekturze włosy stają dęba na głowie ze zgrozy. Ten putinowski system nie ma jeszcze nazwy
Jak to nie? To putinizm. Ale jego wynalazcą nie jest Putin, tylko Łukaszenka, a Putin jest jedynie plagiatorem. - Na ostatnim Forum 2000 jeden z reprezentantów rosyjskiej opozycji demokratycznej powiedział, że Putin nie znosi Łukaszenki, bo w nim widzi karykaturę samego siebie.
Mamy do czynienia z pewnym paradoksem. Z jednej strony, kiedy chodzisz po ulicach Pragi, Ołomuńca, Brna, Warszawy czy Krakowa, to widzisz pozytywną zmianę: ładne domy, lepsze ulice, świetne sklepy, pełne księgarnie. A z drugiej strony we wszystkich naszych krajach obserwujesz postępującą degradację, żeby nie powiedzieć - degenerację, klasy politycznej. A kiedy patrzysz na cały świat, to też nie ma takich polityków, których można podziwiać, którzy mogą być liderami Europy czy świata. Jak wytłumaczysz tę sprzeczność, że pod względem cywilizacyjnym zmieniamy się na lepsze i po dyktaturze mamy demokrację, a jednocześnie widzimy postępujący proces psucia się klasy politycznej, za którym postępuje proces psucia się instytucji demokratycznych. W Rosji pluralizm został unicestwiony, ale w Polsce czy w Czechach jest wybór. Tylko czasem myślę, że jest to wybór między putinizmem a berlusconizmem. Jak dziś wygląda mapa polityczna, ideologiczna, duchowa krajów postsowieckich? - Z jednej strony wszystko jest coraz lepsze - co tydzień nowa generacja telefonów komórkowych. Ale żeby móc się nimi posługiwać, potrzebujesz szczegółowych instrukcji. Więc czytasz instrukcje zamiast książek, a w wolnym czasie oglądasz telewizję, gdzie piękny, opalony chłopak z reklamy wykrzykuje, że jest szczęśliwy, bo ma kąpielówki firmy X.
Z rozwojem tej konsumpcyjnej, globalnej cywilizacji rośnie rzesza ludzi, którzy nie tworzą żadnych wartości. Są tylko pośrednikami, konsultantami, agentami PR. Niby masz w supermarkecie ogromny wybór, ale w rzeczywistości to jest fałszywa różnorodność. Przestają istnieć centra społecznej samokontroli - małe sklepy czy knajpki. Idzie to w parze z niszczeniem środowiska naturalnego.
Wszystko to wydaje mi się bardzo niebezpieczne i nie wiem, czy cywilizacja jest w stanie sama się opamiętać bez wielkich wstrząsów czy tsunami. W każdym razie czuję potrzebę jakiejś egzystencjalnej rewolucji. Coś się musi zmienić w świadomości ludzi.
Tego nie da się naprawić żadnym technokratycznym trikiem. W dzisiejszym świecie traci znaczenie osobowość polityczna. Liczy się przede wszystkim krótkotrwała perspektywa. Tak na lewicy jak i na prawicy panuje ideologia wzrostu i kult nowości. Tak jak z proszkiem do prania, masz tam napisane: "nowy!", a następnego dnia masz jeszcze nowszy i nie wiesz, czym one się różnią. Politycy, chcąc osiągnąć sukces, nie potrafią przeciwstawiać się temu kultowi nowości, zmiany, postępu i wzrostu. W końcu stanowią tylko odbicie swoich społeczeństw. I ja też w naszym świecie nie widzę dziś wielkich autorytetów moralnych czy duchowych.
Jednak żeby nie być całkiem sceptycznym, to wierzę w sens różnych organizacji obywatelskich: związków, stowarzyszeń, inicjatyw. W Czechach jest kilka tysięcy różnych fundacji, często małych, lokalnych, o których nikt nie wie, ale które są ważne dla mikrospołeczności. Różnorodne społeczeństwo obywatelskie to moim zdaniem jeden ze sposobów obrony przed groźnymi skutkami cywilizacji.
W Europie z jednej strony mamy integrację: euro, Schengen, a z drugiej - dezintegrację: Kraj Basków, Korsyka, Belgia. Kiedy rozpadała się Czechosłowacja, byłem pełen złych przeczuć. Ale dziś wszyscy mi mówią, że jeszcze nigdy stosunki między Czechami a Słowakami nie były tak dobre jak obecnie. Jak ty to bilansujesz? - Nacjonalizmy powstają po części jako środek obrony przed uniformizującym naciskiem globalnej cywilizacji. Kiedy wysiadasz na lotnisku, w Tokio czy w Moskwie, nie możesz rozpoznać, gdzie jesteś. Im mniejsza cela z tą samą ilością więźniów, tym częściej będą się ze sobą bić.
Przypadek czesko-słowacki pokazuje jednak jeszcze coś innego. Często wspólnota narodowa musi przejść przez fazę własnej niezależności, żeby zrozumieć sens integracji. Wtedy bowiem następuje integracja samoidentyfikujących się grup, a bez fazy takiej samoidentyfikacji jest to znacznie trudniejsze. Ja tak przynajmniej tłumaczę sobie ten czesko-słowacki przypadek.
W Ameryce Obama mówił: Wybierajcie między nadzieją a cynizmem. To oczywiście slogan wyborczy. Ale kiedy się nad tym zastanawiam, to myślę, że dziś polityka w krajach postkomunistycznych jest tak skażona cynizmem, że to hasło może mieć sens - że nie jesteśmy skazani na cynizm i możemy spróbować wybrać nadzieję. Co ty o tym myślisz? - Przez ostatnie 20 lat byliśmy świadkami różnych prób dokonania zmian, wprowadzenia jakiegoś ładu moralnego. Próby te skończyły się niepowodzeniem. Po prostu społeczeństwo do czegoś takiego musi dojrzeć. U nas następuje to z reguły w cyklach 20-letnich: 1918, 1938, 1968, 1989 (z rocznym przesunięciem). Potrzeba zmiany nie może być tylko marzeniem intelektualistów, musi jej pragnąć też społeczeństwo.
Kiedy dorosną nowe pokolenia, już nieskażone komunizmem i "normalizacją", to ci cynicy będą mieli coraz mniejsze znaczenie i zaczną być wypychani z życia publicznego. I mam nadzieję, że wtedy ideał zmiany będzie miał szansę realizacji.
Nie będę cię pytał o lustrację, o tym już wiele razy rozmawialiśmy, ale nie mogę nie spytać o przypadek Milana Kundery. Czytałem twoją wypowiedź i całkowicie się z nią solidaryzuję. We wszystkich postkomunistycznych krajach mamy składnice narkotyków, czyli archiwa służby bezpieczeństwa. I mamy narkomanów, którzy powinni tego pilnować, ale wciąż wdychają te narkotyki i wychodzą na scenę, by nam opowiadać, kto był agentem. Jaki jest mechanizm tego, że ktoś znalazł jedną kartkę, gdzie nie ma podpisu Kundery, i nagle czeskie gazety ogłaszają: "Kundera przestał być Bogiem!". On nigdy nie był Bogiem, tylko pisarzem. Co to znaczy? - Cała ta sprawa została źle rozwiązana we wszystkich krajach postkomunistycznych. W jednych było to zrobione lepiej, w innych gorzej, ale nigdzie nie było dobrze. To oczywiście temat, z którym trzeba coś zrobić. Nie da się tego zamknąć i powiedzieć, że to nas nie interesuje, bo to w końcu część naszego życia.
Po rewolucji proponowałem, żeby stworzyć grupę pięciu w pełni godnych zaufania, inteligentnych ludzi ze środowiska dysydenckiego, którzy mieliby rok na zastanowienie się, co z tym zrobić. Jednak zamiast tego podejmowano pośpieszne decyzje: ustawa lustracyjna, jej nowelizacja itd. Dzieją się więc tak absurdalne historie, że ogłaszają w telewizji jakąś listę, słuchają tego miliony ludzi, a potem przyznają, że nie wiedzą, czy to były osoby pokrzywdzone, czy donosiciele. I że ponoć można to sobie samemu znaleźć w tych archiwach. Ale kto z milionów, które tego wysłuchały, pójdzie sprawdzać? To jest zupełnie nieodpowiedzialny sposób postępowania: zniszczyć komuś życie, pakując wszystkich do jednego worka.
Ale to też jakoś świadczy o społeczeństwie, że istnieje na to zapotrzebowanie. - Ta sprawa jest również związana z rozwojem cywilizacyjnym. Mediom chodzi o zysk. A jak mówi stare porzekadło: jeśli
dekarz spadnie z dachu, to jest wiadomość, a jak nie spadnie, to nie jest. Skoro więc mogą powiedzieć, że Y jest donosicielem albo się rozwiódł czy kogoś zgwałcił, to tak zrobią, bo z tego mają zysk. A dla niektórych mediów zysk jest ważniejszy od treści i od prawdy.
Gdyby ktoś, kto ma dziś dwadzieścia lat, przeczytał twój esej "Siła bezsilnych", to jakie w obecnych czasach mógłby dla siebie wysnuć wnioski? Jaką miałbyś radę dla dzisiejszego młodego człowieka, gdyby cię spytał, jak żyć? - Podstawowy imperatyw:
"Żyć w prawdzie"
- który ma swoją tradycję w czeskiej filozofii, ale w sumie posiada korzenie biblijne - nie oznacza jedynie posiadania czy przekazywania informacji. Bo informacje niczym wirusy krążą w powietrzu i jeden człowiek ich przyjmie więcej, a inny mniej. Jednak prawda to coś innego, bo za nią ręczymy własną osobą. Prawda jest podbudowana odpowiedzialnością. A to imperatyw, który w każdym okresie ma zastosowanie. Oczywiście dzisiaj ma trochę inne formy. Dziś już na szczęście nie trzeba wywieszać w witrynie żadnego sklepu portretu Havla, Klausa czy Kaczyńskiego i naturalnie nie ma już totalitarnych nacisków, ale to nie znaczy, że mamy wygrane. To, co nazywam "egzystencjalną rewolucją", wciąż obowiązuje, choć w różnych miejscach wygląda trochę inaczej.
Jednak w sumie chodzi o to, żeby stać przy swoim i ręczyć za swą prawdę.
Jak pani Politkowska, która gwarantowała ją własnym życiem. Ten przykład odnosi się akurat do dość specyficznej przestrzeni putinizmu, ale to samo obowiązuje również w Ameryce.
A skoro już jesteśmy przy "Sile bezsilnych", to chciałbym przypomnieć, że to trochę twoja wina, bo w 1978 na granicy umówiliśmy się, że zrobimy wspólną, polsko-czeską książkę esejów. To ty poprosiłeś, żebym napisał pierwszy tekst, którym był właśnie wspomniany esej.
Czyli po 30 latach powinienem usiąść i napisać ci na niego odpowiedź. Dziękuję ci, Vaszku! *Vaclav Havel ur. w 1936 r. w Pradze. Dramaturg, dysydent, ostatni prezydent Czechosłowacji (1989-92) i pierwszy prezydent Czech (1993-2003)
Źródło: Gazeta Wyborcza