Mnie od kilku tygodni nęka "Bajka o dobrym szpitalu" zamieszczona w "Gazecie" 23 września. To opowieść profesora neurochirurgii Waldemara Koszewskiego. Sam uczestniczył w przebudowie części szpitala, skompletował zespół, stworzył oddział i ostatnio postanowił odejść z hukiem na znak protestu - bo dyrekcja nie pozwala rozwinąć mu skrzydeł i ograniczyła liczbę operacji.
- Chciałem założyć najlepszy oddział neurochirurgii w Polsce. Bez kolejek i łapówek - mówi profesor. Ale się nie udało. "Gazeta" doniosła 16 października, że ten wyjątkowy oddział został zamknięty.
A przecież ambicja profesora chwyta za serce. Każdy czytelnik jest po stronie profesora. Na tle jego opowieści wyjaśnienia dyrektor Instytutu Psychiatrii i Neurologii brzmią bezdusznie i drętwo. Bo pani profesor Danuta Ryglewicz mówi o pieniądzach. O opłacalności. O stratach. O kolejkach. A któżby chciał słyszeć o pieniądzach, kiedy chodzi o życie? Życie ludzkie jest wszak bezcenne, a zdrowie też nie ma ceny. To każdy wie.
Wszyscy kochamy bajki. Lubimy, kiedy zwycięża dobry książę, zła czarownica zostaje pokonana, a potem już wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Szkodliwość bajek zaczyna się wtedy, kiedy nie widzimy, że są tylko bajkami. Kiedy domagamy się, by w realnym życiu było tak samo.
- Mój sposób na kolejki? Bardzo prosty. Oddział musi pracować pełną parą, jak fabryka zdrowia. Przyjmujemy wszystkich, którzy się zgłaszają - mówi profesor Koszewski.
Tylko co dokładnie ma oznaczać brak kolejek? Czyżby 20 łóżek na jego oddziale miało zaspokoić potrzeby wszystkich chorych w Polsce? Nie? Jeśli po kraju rozejdzie się wieść, że gdzieś można dostać się na operację szybciej, to co szkodzi chorym ustawić się w kolejce do usług bez kolejki? Rejonizacji przecież nie ma.
Ale tu nie chodzi tylko o to, że kolejki do wybitnego profesora nie da się skasować. Problem jest poważniejszy.
- Przecież każdy z tych chorych musiałby być operowany - zapyta ktoś. - Więc w końcu i tak
NFZ musiałby za to zapłacić. To chyba lepiej, że chory zostanie zoperowany szybciej?
Pewnie, że lepiej. Musimy jednak pamiętać, że przypadki chorych są różne. W sytuacjach nagłych nie ma gadania. Trzeba operować - i nikt tego nie podaje w wątpliwość. Ale gdy operacja jest potrzebna, ale nie natychmiast? W przyszłym miesiącu, a nie jutro? Albo nawet w ciągu pół roku?
W medycynie jest tak, że jedni chorzy muszą być operowani natychmiast, bo chodzi o ratowanie życia, inni pilnie, a jeszcze innym można zaplanować termin i nie umrą, jak przez kilka miesięcy będą brać leki. Ale dla pacjenta jego schorzenie jest najważniejsze i zawsze tak będzie.
Przyjmowanie wszystkich, którzy się zgłaszają, może zaburzyć proces kwalifikowania chorych do zabiegów pilnych i planowych. Więc może planowanie w szpitalu i ustawianie kolejki ma sens? Może jest dobre dla chorych, chociaż propozycja pani dyrektor Instytutu brzmi bezdusznie? Rok temu tego oddziału nie było w ogóle. Czy to znaczy, że chorzy masowo umierali? Czy można dopuścić do tego, że jeden oddział szpitalny rozkwita, drenując pieniądze szpitala? Czy na innych oddziałach nie ma równie pilnych potrzeb?
Długi polskich szpitali, wobec których kolejne rządy są bezradne, nie rozdzielają się równomiernie. Najbardziej toną w długach wielkie szpitale specjalistyczne i kliniczne. W dużej mierze dlatego, że w szpitalach klinicznych pracują najwybitniejsi lekarze, gwiazdy polskiej medycyny. Ci ludzie chcą i potrafią pracować na najwyższych obrotach. Wiedzą, że mogą pomóc. Dlaczego mają słuchać dyrektora kliniki, którego zadaniem jest pilnowanie kosztów i bilansowanie wydatków z przychodami? Zdrowie nie ma przecież ceny. Nie ma, póki klinika nie ma długów i nie grozi jej zatonięcie.
Ale jest jeszcze coś.
Nie każdy sobie uświadamia, że zasada przyjmowania "wszystkich, którzy się zgłaszają", mogłaby być dla nas, pacjentów, groźna. Bo jeśli system opieki zdrowotnej działałby tak, że po jednej stronie jest lekarz, który chce operować jak najwięcej, a po drugiej - pacjent, któremu lekarz mówi, jak powinien się leczyć, to zapotrzebowanie na usługi zdrowotne społeczeństwa może wzrosnąć ponad miarę i ponad zdrowy rozsądek.
Nie wierzycie? Kilka lat temu amerykański profesor położnik zapytał, czy wszystkie ciężarne nie powinny mieć cesarskiego cięcia. Taka operacja jest bezpieczna, a dla amerykańskiego lekarza, który płaci wielkie składki ubezpieczenia przed roszczeniami pacjentek - najtańsza. Ale dla lekarza, a nie dla systemu ochrony zdrowia! Nie dla kobiety i nie dla dziecka!!!
Dziś w Polsce wykonuje się dwa razy więcej cesarskich cięć, niż z przyczyn zdrowotnych zaleca to WHO. Są szpitale powiatowe, gdzie robi się ich 40 proc., i takie, gdzie wykonuje się ich 11 proc. Czy tak duża rozbieżność wynika z potrzeb medycznych, czy z interesu ekonomicznego personelu?
Możemy pójść dalej. W dobie dzisiejszych osiągnięć techniki medycznej można nosić okulary, a można też poddać się operacji korekcji soczewki. Gdyby więc można było zlikwidować wszystkie okulary i każdemu okularnikowi robić operację - dla przemysłu urządzeń medycznych i okulistów nastałby czas prosperity.
Każdy człowiek rodzi się z wyrostkiem robaczkowym nie wiadomo po co, bo czasami dochodzi do jego perforacji. Więc zamiast czekać biernie, można by każdemu dziecku profilaktycznie go usunąć.
Tylko...
No właśnie - kto za to zapłaci?