http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wstyd

Jerzy Jedlicki
2008-10-14, ostatnia aktualizacja 2008-10-14 18:23

Jerzy Jedlicki*: Pomysł, żeby wznowić sprawę przeciwko autorom stanu wojennego - po upływie ćwierćwiecza - jako sprawę o przestępstwo kryminalne z artykułu o związkach gangsterskich, jest kpiną z wymiaru sprawiedliwości oraz z poczucia sprawiedliwości przynajmniej części obywateli, mam nadzieję, że sporej

Bronislaw Geremek , Tadeusz Mazowiecki , Jerzy Jedlicki
Fot. Kuba Atys / AG
Bronislaw Geremek , Tadeusz Mazowiecki , Jerzy Jedlicki
"Ten proces jest aktem sprawiedliwości" - mówi Bogdan Borusewicz ("Gazeta" 9 X, s. 23). Ten proces jest aktem zawstydzającym dla państwa prawa i dla prestiżu Rzeczypospolitej, a ze sprawiedliwością nic nie ma wspólnego - odpowiadam z szacunkiem należnym marszałkowi Senatu. On może się powołać na zdania wielu publicystów, polityków i prokuratorów. Ja także mam za sobą zdania części publicystów, historyków, pisarzy i prawników. To rozdwojenie opinii, które, jak widać, nie musi się pokrywać z postawami politycznymi, nie zostanie zniesione przez żaden wyrok sądowy, jakkolwiek bądź on wypadnie: temat będzie nas dzielił przez długi czas, tak jak nas dzieli sąd nad Stanisławem Augustem, sensem lub bezsensem powstania styczniowego, zamachem majowym Piłsudskiego albo racjami Powstania Warszawskiego. Możliwe jest jedynie, że z czasem namiętności ostygną i spór przybierze postać bardziej analityczną niż moralistyczną. Na razie do tego daleko.

Zastanawiam się, dlaczego. Dlaczego z 45-letniej historii PRL właśnie ten moment - ani najbardziej brutalny, ani najbardziej przełomowy - skupił na sobie najwięcej emocji, które wciąż poruszają opinię publiczną (a przynajmniej tych, co mają ambicję ją formować). Dlaczego właśnie generał Jaruzelski i generał Kiszczak? Pozwoliliśmy przecież odejść albo żyć w spokoju prominentnym przedstawicielom betonu partyjnego, ubeckiego i prawniczego z lat 60. do 80., na których obronę doprawdy niewiele dałoby się powiedzieć. Ich nazwiska są zapomniane, ich osoby mało kogo obchodzą, a najmniej zajmuje się nimi wymiar sprawiedliwości. Jeden Jaruzelski został uznany za wcielenie zła (raczej większego niż mniejszego) i przemocy, zdrady narodowej i zaprzedania. On jeden (albo z Kiszczakiem pospołu) jest od lat ciągany po prokuraturach i sądach, przed jego domem czuwają co rok pikiety obrońców narodu.

„Zbrodniarzem” nazwał go w telewizyjnej audycji rzecznik praw obywatelskich, choć zdawałoby się, że wydawanie wyroków in absentia nie należy do zadań i prerogatyw tego szanownego urzędu. Nie zliczyć zniewag i potępień, jakimi obdarza go legion naszych moralistów politycznych wszelkiej denominacji. Zestawienia w parę z Pinochetem (skądinąd idolem niektórych kół naszej prawicy) to jeszcze pestka, skoro można by przytoczyć delikatne aluzje o podsądnych trybunału w Norymberdze. Wszelkie historyczne chwyty są dozwolone. Ta oskarżycielska pasja po ćwierćwieczu z okładem, jej skupienie na jednej osobie i na jednym, choć niebłahym, wydarzeniu, jest zaiste godne studiów psychologicznych.

Myślę, że kilka przyczyn składa się na tę erupcję szlachetnego gniewu. Pierwszą przyczyną jest zapewne to, że stan wojenny zatamował niemający precedensu ruch masowy w Polsce, który jego działaczom dawał złudne poczucie mocy, zniweczone w jedną grudniową noc. Nie wszyscy umieją się, nawet po latach, pogodzić z takim obrotem dziejów, a zwłaszcza ci, którzy nie odnaleźli dla siebie godnego miejsca w III Rzeczypospolitej. To poczucie utraconych wtedy szans, jakkolwiek irracjonalnych, udzieliło się nawet niektórym historykom i publicystom młodego pokolenia, którzy wtenczas, w kolebce jeszcze będąc, nie zdążyli łba urwać hydrze.

Kto nazywa generała zbrodniarzem, niech wpierw obali dwa warszawskie pomniki Piłsudskiego, który podniósłszy zbrojny bunt przeciw legalnemu rządowi (za co przegranym grozi kara główna), w trzy dni zasłał ulice Warszawy czterystu trupami żołnierzy



Drugą przyczyną namiętności jest jednak bez wątpienia to, że generał Jaruzelski nie umarł we właściwym czasie, nie opuścił kraju, aby spokojnie dożyć swej starości w Rosji albo (jak ówczesny sekretarz KC PZPR Stefan Olszowski, reprezentant partyjnego betonu) w Stanach Zjednoczonych, nie schował się gdzieś na wsi i - co gorsza - śmiał wydawać książki i autoryzować rozmowy, w których bronił swojej pamięci zdarzeń, swoich racji, przyznając się przy tym do popełnionych błędów. Słowem, nie znikł publiczności z oczu, jak znikło wielu innych budowniczych i grabarzy Polski Ludowej. Tego niepodobna mu darować.

Trzecią przyczyną jest, jak sądzę, społeczne pragnienie stereotypu. Kiedy cały okres PRL-u przedstawia się jako wielką czarną dziurę, potrzebne jest osobowe ucieleśnienie tyranii i Jaruzelski zdawał się pasować do tej roli lepiej niż Bierut, Gomułka czy Gierek, bo pozostaje bardziej od nich żywy, z tymi swoimi czarnymi okularami i drewnianym głosem.

Czwarty zaś powód jest taki, że Jaruzelski, gdy przyszedł czas, oddał władzę wybrańcom narodu i - jako prezydent - został jeśli nie ojcem, to przynajmniej wujkiem założycielem Wolnej Rzeczypospolitej. Tego to już zupełnie nie można mu wybaczyć, ponieważ jego współudział w tej sprawie zamazał granice między Dobrem a Złem i zakaził nam pozornie odzyskaną ojczyznę. Godząc więc w generała, godzimy w podłych rycerzy Okrągłego Stołu.

Bezmiar sprawiedliwości

Zważenie win i krzywd stanu wojennego zostało uznane za zadanie Sejmu I kadencji, który powołał w tym celu komisję odpowiedzialności konstytucyjnej, ta zaś zamówiła ekspertyzy u czołowych badaczy najnowszych dziejów Polski. Nie wiem, dlaczego ich prace nie zostały dotychczas razem opublikowane. Jest jednak dostępny, choć w małym nakładzie, jeden z raportów, mianowicie „O stanie wojennym” Krystyny Kersten [K. Kersten, „Pisma rozproszone”, opr. Tomasz Szarota i Dariusz Libionka, IH PAN i wyd. Adam Marszałek, Toruń 2005, s. 424-465]. To opracowanie historyka o niekwestionowanej kompetencji, oparte na dokumentach z archiwów partyjnych, rządowych, wojskowych i MSW, jest ostrożne w konkluzjach, natomiast przedstawia krok po kroku, jak ekipa Jaruzelskiego i Kani usiłowała przez rok grać na zwłokę w coraz bardziej zacieśniającym się polu manewru, pomiędzy zrewoltowanymi i tracącymi poczucie rzeczywistości masami, stałym naciskiem i szantażem Moskwy i jej protegowanymi w Komitecie Centralnym PZPR, domagającymi się bezzwłocznej rozprawy z „kontrrewolucją”. Byłoby ze wszech miar wskazane, ażeby raport Krystyny Kersten szerzej udostępnić, a w ogóle nie wznawiać postępowania dowodowego oraz dyskusji bez znajomości tego, co już przez niejednego historyka zostało przebadane i opisane, choć nie zatarły się przez to różnice zdań.

Kto dziś pisze, że generał bronił po prostu swej władzy, ma formalnie rację. Można dodać, że bronił też własnej głowy. Jeśli jednak Jaruzelski nie kwapił się do odegrania roli polskiego Imre Nagya, to zapewne ocalił o wiele więcej niż swoją tylko skórę. W cytowanych dokumentach "ścisłego kierownictwa" nie brak oczywiście świadectw tego, jak ludzie ci, spętani własną retoryką, długo nie byli w stanie zrozumieć motywów i dynamiki wielkiego ruchu społecznego. Z czasem stali się jednak świadomi tego, co każdy mógł, jeśli chciał, dojrzeć nieuprzedzonym okiem, że ruch ten jesienią roku 1981 wchodził w fazę amoku i desperacji, w której nikt już nie mógł zapanować nad jego emocjonalnymi impulsami (pisał o tym Waldemar Kuczyński w "Gazecie" 8 X, s. 20).

Władza państwowa odpowiada nie tylko za skutki podjętych decyzji, lecz także za skutki swoich zaniechań. Należy rachować ofiary stanu wojennego, choć kategoria taka daleka jest od precyzji. Ale warto też uruchomić wyobraźnię i pomyśleć o skali przemocy, jaka mogła się rozpętać w Polsce, gdyby WRON-ę zastąpili jej mniej mający skrupułów konkurenci ze Stefanem Olszowskim, Andrzejem Żabińskim czy Mirosławem Milewskim. Dołączony do pierwszego pakietu tzw. dekret abolicyjny stanowiący, że nie będzie odpowiedzialności karnej za czyny popełnione przed wprowadzeniem stanu wojennego, choć próbowano później czynić wyjątki od tej zasady, był jednak wyraźną wskazówką, że ekipa Jaruzelskiego i Kiszczaka chce powściągnąć odwet, jaki esbecy czy funkcjonariusze partyjni mieliby zapewne ochotę rozpętać.

Do odwetu i krwawego terroru, jakiego przykładów dostarczają liczne na świecie przewroty pałacowe i wojskowe, w Polsce szczęśliwie nie doszło. Haniebna bez wątpienia była nieposkromiona wulgarność i podżeganie medialnego aparatu propagandy i pismaków prasowych. Natomiast restrykcje cenzury i biur paszportowych były popuszczane w miarę, jak opór społeczny słabł, a schwytani działacze podziemia jeden po drugim opuszczali więzienia, wielu z nich bez wyroku sądowego.

Był to marny czas, nikt temu nie przeczy: wlokący się czas zniechęcenia i depresji, ale w jego ocenie warto zachować proporcje. Kto nazywa generała zbrodniarzem, niech wpierw obali dwa warszawskie pomniki Piłsudskiego, który podniósłszy zbrojny bunt przeciw legalnemu rządowi (za co przegranym grozi kara główna), w trzy dni zasłał ulice Warszawy czterystu trupami żołnierzy. Ale także przecież legalna władza, która w czasach pokoju podejmuje decyzje leżące w granicach jej prerogatyw, musi liczyć się z tym, że jej postanowienia mogą pociągać za sobą ofiary w ludziach - na przykład wysyłanych w wojskowej ekspedycji do Iraku. Ponosi się za to odpowiedzialność moralną i polityczną, ale przecież nie karną.

Sejm Rzeczypospolitej, wysłuchawszy sprawozdania komisji odpowiedzialności konstytucyjnej, uznał, że nie ma dostatecznych podstaw, aby autorów stanu wojennego postawić przed Trybunałem Stanu - jedynym, jaki jest władny sądzić nadużycia władzy państwowej. Zdawałoby się, że sprawa w porządku prawnym została tym samym zamknięta, aczkolwiek zawsze będzie podlegać osądowi historycznemu i etycznemu. Pomysł, żeby wznowić ją (po upływie ćwierćwiecza) jako sprawę o przestępstwo kryminalne z artykułu o związkach gangsterskich, jest kpiną z wymiaru sprawiedliwości oraz z poczucia sprawiedliwości przynajmniej części obywateli, mam nadzieję, że sporej.

Prokurator, który wpadł na taki pomysł albo z cudzego natchnienia go podjął, zasłuży sobie na taką chwałę, jak pamiętni prokuratorzy stanu wojennego.

Racje podzielone

Demokratyczne rewolucje udają się na ogół wtedy, kiedy ludzie związani z dawnym porządkiem, z autokratycznym aparatem władzy, zaczynają przechodzić na stronę buntu lub przynajmniej wdają się z nim w rokowania. Różne bywają motywy takiej dezercji - wysoce ideowe albo z osobistego wyrachowania. Motywem może być zmęczenie władzą, utrata wiary w sens działań, przekonanie o wyczerpaniu środków, o niepowodzeniu reform, o daremności trwania na posterunku. Zniechęcenie takie bywa udziałem cynicznych karierowiczów, ale także najwierniejszych chorążych ideowego sztandaru. Rzadko jednak zdarza się, iżby zwątpienie zaraziło naczelny ośrodek dyktatorskiej władzy.

A tak właśnie się stało w roku 1988. Dzień, w którym czterech przywódców państwa polskiego upoważnienie do podjęcia rozmów z nielegalną do tej pory opozycją wymusiło na plenum Komitetu Centralnego partii, grożąc swoją dymisją (a mogli przegrać), był faktycznym końcem autokracji. Ani ci, którzy przedstawili takie ultimatum, ani ci, którzy je przyjęli, nie spodziewali się z pewnością, że to już oznacza wejście na równię pochyłą. Nie spodziewali się tego również działacze opozycji, którzy podjęli ryzykowną grę z władzą. Władza miała wciąż w ręku wszelkie środki przemocy, ale nie miała woli ich ponownego użycia. Wiedziała, że nie ma już wsparcia z zewnątrz, ale także, że nie ma zagrożenia z zewnątrz.

W tym stanie rzeczy pragnienie zmiany ogarniało szersze segmenty partii rządzącej, zwłaszcza jej inteligencję. Ustępując pola krok za krokiem, wreszcie sromotnie przegrywając cząstkowe, lecz uczciwie przeprowadzone wybory, ekipa Jaruzelskiego ani razu nie zagroziła odruchową reakcją siły. Od tego momentu nie miało politycznego znaczenia, jakie były ich biografie - to może ciekawić historyków i pisarzy. Jeśli byli janczarami na śmierć i życie oddanymi idei komunistycznej dyktatury i nierozerwalnego sojuszu ze Związkiem Radzieckim, to tym dłuższą drogę mentalną mieli do przejścia, pozbywając się szczątków swojej roztrzaskanej wiary. Ich sprawa.

Dla demokracji polskiej i dla pokoju w Europie ważny był i jest finał tej drogi. Komunizm nie został obalony: został - ku zadziwieniu świata - rozwiązany za obopólnym porozumieniem stron. Krótki, lecz godny staż generała Jaruzelskiego na stanowisku prezydenta Rzeczypospolitej jest pomostem między dwiema epokami. To do czegoś zobowiązuje tych z nas, którzy mieli pod dostatkiem powodów, aby się uważać za jego przeciwników i ponosić konsekwencje swego wyboru.

Proces karny jest postępowaniem, które ma na celu orzec o winie lub niewinności podsądnego. Wymierzając karę lub zawieszając jej wykonanie, sąd może brać pod uwagę okoliczności łagodzące, ale w sentencji wyroku nie ma wiele miejsca na wątpliwości i zastrzeżenia. Są tymczasem zapętlenia w historii, tak zresztą jak i w życiu, w których trzeba brać pod uwagę, że racje mogą być rozpaczliwie podzielone i sprzeczne. W takich przypadkach ludzkie pragnienie sądu, który raz na zawsze wymierzy i odda sprawiedliwość komu należy, jest ułudą, bo żaden taki werdykt z natury swej nie będzie ostateczny.

Historia rzadko bywa opowieścią jednoznaczną, a od rozplątywania jej wieloznaczności są historycy, nie prokuratorzy i sędziowie.

*Jerzy Jedlicki, profesor w Instytucie Historii PAN. Internowany od 13 grudnia 1981 do 11 lipca 1982 r.

  • 75 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':