Stefan Chwin napisał tekst niezwykły ("My, Ablowie czyści jak łza", Gazeta" z 4-5 września) i zadał jako pierwszy w debacie o stanie wojennym pytanie: "Co byś zrobił 13 grudnia na miejscu generała Jaruzelskiego?".
Niezwykłość tekstu widzę w niedopowiedzianym, ale wyczuwalnym spostrzeżeniu, że przez rozumiejące - lepszego słowa nie mam - odniesienie się do stanu wojennego wielka część, chyba większość, ówczesnego społeczeństwa przyłożyła rękę do likwidacji "Solidarności". Zrobiła to, nie kochając komunizmu, komunistów i Polski Ludowej, lecz czując, że tamten zryw wolnościowy, słuszny przecież, prowadzi do tragedii, a nie do celu.
Zaskoczeniem można tłumaczyć, choć nie do końca, praktyczny brak oporu, ale nie brak masowej, nienawistnej reakcji wobec żołnierzy, a nawet milicjantów, za wyjątkiem ZOMO. Myślenie milionów "wspólników Kaina" można by opisać tak: sięgnęliśmy po upragniony i należny nam owoc wolności, ale nie zerwiemy go, bo obetną nam ręce. To było myślenie dyktowane instynktem samozachowawczym.
Generał Jaruzelski i jego machina nie pobiłyby "Solidarności", gdyby większość narodu nie czuła, że stanie się wielka tragedia, jeśli z drogi po nieosiągalne runo nie zejdziemy. I ślad tego czucia trwa do dziś w postaci uznania racji Jaruzelskiego co najmniej przez połowę Polaków.
Gdy zaś chodzi o pytanie zadane przez Stefana Chwina, odpowiem tak: tkwiąc w środku walki, po stronie "Solidarności", szukałbym polubownego złagodzenia konfliktu. Ale jestem pewien, że znalazłszy się w kręgu uzależnień, w jakich działał generał Jaruzelski, doszedłbym do wniosku, że nie ma szansy na zatrzymanie katastrofy, że "Solidarność" musi zostać rozbita.
Decydowały o tym dwie okoliczności. Po pierwsze, brak możliwości kompromisu między władzą a "Solidarnością" stabilizującego sytuację gospodarczą i polityczną, a obie zmierzały ku katastrofie. Po drugie, niedopuszczalność kapitulacji przed "Solidarnością" i oddania jej władzy ze względu na dramatyczne dla kraju skutki. A teraz uzasadnienie.
Jest banałem, że Rosjanie w Polsce interweniować nie chcieli, ale zrobiliby to, gdyby zawiodły inne sposoby ochrony komunizmu w Polsce
Nieuchronna walka o ustrój Powiada się, że "Solidarność" była wyjątkowym ruchem; pokojowym, niedążącym do obalenia systemu i przejęcia władzy. To jest sąd powierzchowny, podobnie jak przypisywanie "Solidarności" zamiaru wieszania komunistów.
"Solidarność" była rewolucją i miała wszystkie jej potencjalne możliwości, także sięgnięcie po gwałt. Nie wiemy, czy by sięgnęła, bo ruch rozbito. Rewolucja to zjawisko dynamiczne, które zaczyna się zawsze bez świadomości ostatecznego celu. 14 lipca 1789 r. Francuzi nie chcieli obalać monarchii i ucinać głowy królowi, a trzy lata później to zrobili.
Świadomość celu wykluwa się stopniowo w reakcji na warunki tworzone przez czas rewolucji dla wielkich rzesz społeczeństwa i w reakcji na działania władz. To proces wielowymiarowy, ale ogromną rolę odgrywa ekonomia. Na jej przykładzie, bardzo skrótowo, przedstawię dojrzewanie ruchu do obalenia systemu.
Po grudniu 1970 r. Polacy przeżywali największy festiwal konsumpcyjny od wojny i sądzili, że będzie trwał. Był na kredyt i skończył się po pięciu latach. W drugiej połowie dekady warunki życia bardzo się popsuły. To niejedyne, lecz najważniejsze źródło Sierpnia. Zawiedziona nadzieja przerodziła się w protest, który miał ją przywrócić. Narzędzie widziano w niezależnym związku zawodowym niechcącym władzy, lecz kontroli nad nią w sprawach ważnych dla świata pracy.
To była związkowa faza rewolucji, w której "Solidarność" odżegnywała się nawet od wchodzenia do samorządów w fabrykach. Sierpień wybuchł w toku gospodarczego kryzysu i bardzo go zaostrzył przez zablokowanie ruchu cen, wysoki wzrost płac i dochodów oraz drastyczny spadek wydobycia węgla (skutek porozumień strajkowych w Jastrzębiu), głównego wtedy źródła dewiz.
Zamiast poprawy jesienią 1980 r. nastąpiło załamanie rynku, powstały gigantyczne, niewidziane od planu sześcioletniego kolejki przed sklepami. Od południa na półkach stały ocet, paczki marnej herbaty gruzińskiej i niewiele więcej.
Zamiast powrotu nadziei był zawód i wściekłość na władze. Jedynym wyjściem z zapaści byłaby bardzo wysoka podwyżka cen i zablokowanie płac, rodzaj planu Balcerowicza, ale nawet wspomnienie o tym wywoływało w "Solidarności" wielki gniew. Odpowiedzią stał się ekonomiczny unik - bierzemy w ręce produkcję i powołujemy niezależne samorządy pracownicze.
Wiosną roku 1981 zaczęła się samorządowa faza ruchu, a wraz z nią pierwsza część fazy politycznej - pozbawianie władz prawa mianowania dyrektorów i próby usuwania komórek partii z fabryk. Zaopatrzenia to nie poprawiło, bo źródło katastrofy nie kryło się w strukturze władzy w fabrykach, lecz w ogromnym nadmiarze pieniędzy w portfelach ludzi, także 10 mln solidarnościowców.
Latem 1981 r. załamał się system kartkowy na mięso, rósł strach przed głodem i doszło do masowych "marszów głodowych". Ludzie byli coraz bardziej zdesperowani, zagubieni i od wielomilionowej bazy związkowej szedł zew do działaczy: "Zróbcie coś, do cholery, z tym zaopatrzeniem rynkowym, bo was wywalimy". Remedium było nadal to samo - blokada dochodów i wysoka podwyżka cen. I ciągle nie było szansy, by Związek na to przystał. Każda próba czegoś takiego groziła buntem, zastąpieniem władz Związku przez bardziej radykalną zmianę, taką, że trzeba komunę "dorżnąć".
Odpowiedzią NSZZ "Solidarność" był znowu unik ekonomiczny, który kierował go na otwartą walkę o władzę pod hasłem utworzenia Społecznej Rady Gospodarki Narodowej i wolnych wyborów do Sejmu. Tę polityczną fazę przerwał stan wojenny.
Gdyby nie uderzył generał Jaruzelski, bez wątpliwości tak czy owak uderzyłaby "Solidarność". Dowodzi tego i opisana tu ewolucja ruchu, i generalne doświadczenie ruchów rewolucyjnych, które nigdy nie zamierały w miejscu. "Solidarność" musiała uderzyć w ustrój i uderzyłaby, a jak by to się skończyło - o tym teraz.