Nawet pobieżne spojrzenie na mapę przekonuje, że na południowych krańcach opolskiej części Śląska - mimo 250 lat istnienia tam granicy państwowej - układ drogowy i struktura podzielonych granicą miejscowości zmieniły się jedynie w niewielkim stopniu. O ile przed przystąpieniem Polski i Czech do strefy Schengen fakt ten miał jedynie symboliczne znaczenie, to po 21 grudnia 2007 r. śląskie pogranicze powróciło w pewnym sensie do sytuacji sprzed 1742 r., czyli sprzed podziału regionu na część pruską i austriacką, który dokonał się po wygranych przez Berlin wojnach śląskich. Drogi, które jeszcze niedawno kończyły się na szlabanach, granicznych zaporach lub zarośniętych trawą mostach, znowu prowadzą dokądś. Mimo historycznych turbulencji, wojen i przymusowych migracji, które przyniósł ze sobą XX w., pogranicze rozpoczyna po Schengen nowe życie.
Na mecz bez stresu Położenie Ściborzyc Wielkich w powiecie głubczyckim można określić jednym słowem - "kuriozalne". Wieś stanowi swego rodzaju półwysep otoczony z trzech stron czeskim terytorium. Pięć z sześciu sąsiednich miejscowości leży już za granicą. Za czasów PRL większość dróg wychodzących ze Ściborzyc kończyła się tuż za wsią. "Granica przyjaźni" stanowiła na tym odcinku - przynajmniej oficjalnie - nieprzekraczalną barierę. Lata 90. przyniosły wprowadzenie małego ruchu granicznego, co w praktyce oznaczało, że między godziną 6 a 22 pieszo czy też na rowerze, można było zajrzeć na nieznaną dotąd czeską stronę. Prawdziwe otwarcie granicy nastąpiło jednak dopiero po 21 grudnia 2007 r.
Ewa Pilcha ze Ściborzyc nie ma wątpliwości co do praktycznych korzyści, jakie przyniosło przystąpienie Polski i Czech do strefy Schengen: - Dwa najbliższe duże miasta to polski Racibórz i czeska Opava. Przed grudniem ubiegłego roku, żeby dojechać do Raciborza, trzeba było pokonać 30 km, a do Opavy ok. 50. Teraz, jadąc przez
Czechy, drogę do Raciborza skracamy sobie o połowę, a do Opavy jest dziś nawet mniej niż 15 km. Dla tych, którzy pracują w jednym albo drugim mieście, to ogromna oszczędność czasu i pieniędzy.
Zza wznoszącego się nad Ściborzycami wzgórza wyłania się oryginalna wieża nowego kościoła w Hn'vošicach. Jan Šimeeek spędził tam dzieciństwo i młodość. Choć dziś mieszka w Opavie, swą rodzinną miejscowość odwiedza w każdy weekend. - W ciągu ostatnich lat zmieniło się tu wszystko poza tą drogą - mówi, wskazując na wyboisty, wysypany drobnymi kamyczkami trakt łączący obie wsie. - A tak na serio: strasznie denerwowali mnie ci chłopcy w mundurach kręcący się ciągle po okolicy. Tak samo denerwowało mnie to, że nie mogłem pójść na grzyby do zagajnika, który widziałem z okna. Jeszcze za czasów komunistycznych jeździłem czasem do Polski, bo mam krewnych w Rudzie Śląskiej, ale wtedy przekraczając granicę, każdorazowo zastanawiałem się, co tym razem celnicy mi zabiorą. Od kiedy mamy Schengen, regularnie jeżdżę na rowerze po wędliny do sklepu w Ściborzycach. Mają tam moją ulubioną kiełbasę z majerankiem. Cieszę się, że wreszcie jest normalnie!
Kilkanaście kilometrów dalej na zachód, po polskiej stronie granicznej rzeki, leży miejscowość Branice. Tam polsko-czeska integracja przebiega na dość nietypowej płaszczyźnie. Część branickich mężczyzn i chłopców to wierni kibice pierwszoligowego Banika Ostrava. W każdą piłkarską sobotę polscy fani czeskiego klubu przechodzą przez graniczny most, by na położonej tuż za nim stacji kolejowej Uvalno wsiąść do pociągu do Ostravy i dołączyć tym samym do ekipy kibiców jadących na mecz z sąsiednich czeskich miejscowości. W Ostravie można zobaczyć w akcji m.in. Spartę Praga regularnie występującą w Lidze Mistrzów. Przed przystąpieniem do strefy Schengen aktywne kibicowanie związane było z pewnymi niedogodnościami. Po meczu trzeba było albo szybko wrócić do Branic, żeby zdążyć przed godz. 22, przed zamknięciem przejścia małego ruchu granicznego, albo też nadłożyć drogi i wracać przez któreś ze zwykłych przejść. Dziś fani Banika mogą już kibicować bez ograniczeń, a po wygranym meczu do woli świętować, nie zastanawiając się, czy na granicy Rzeczypospolitej nie zastaną przypadkiem zamkniętego szlabanu.
Wszędzie zrobiło się blisko Na południe od powiatowych Głubczyc napotykamy prawdziwy wysyp bliźniaczych miejscowości. Z polską Chomiążą graniczy czeska Chomyž, naprzeciw polskiego Krasnego Pola leżą Krasne Loueky, a sąsiadem polskiej Opawicy są czeskie Opavice. Kiedy cały Śląsk należał do Austrii, przepołowione dziś miasteczka nazywały się odpowiednio Komeise, Schönwiese i Troplowitz.
Opawica wyróżnia się okazałym placem w centrum ozdobionym sporych rozmiarów figurami świętych. To dawny rynek przypominający, że Troplowitz było kiedyś nieźle prosperującym miasteczkiem. Wszystko skończyło się w połowie XVIII w. Po podziale na część pruską (dzisiejszą polską) i austriacką (dziś czeską) miasto podupadło i jeszcze w tym samym stuleciu utraciło prawa miejskie.
Jan Pirug mieszka w Opawicy od z górą 50 lat. Z okien swego domu patrzy wprost na czeską część wsi. - Mimo że teoretycznie było to zakazane, w latach 50. i 60. często bawiliśmy się z czeskimi dziećmi. W zimie na zamarzniętej granicznej rzece grywaliśmy z chłopakami z tamtej strony w hokeja. W Opavicach miałem nawet dziewczynę. Latem 1968 r., po inwazji na Czechosłowację, rodzice zabronili jej się ze mną spotykać. Stosunki między Polakami i Czechami pogorszyły się wtedy u nas na długi czas. A dziewczynę, dziś już dojrzałą kobietę, spotkałem niedawno na zabawie w sąsiedniej miejscowości - pierwszy raz od tamtego czasu. Przetańczyliśmy razem cały wieczór! Schengen było dla nas bardzo ważne. Głubczyce, najbliższe polskie miasto, oddalone jest stąd o 20 km. Od kiedy otwarto drogę do czeskich Albrechtic, do najbliższego miasta jest nie 20, ale 3 km; bez problemu można tam dojechać na rowerze albo nawet dojść pieszo. Część młodych, która błąkała się po świecie, po Anglii, Holandii czy Austrii, wróciła do domu i pracuje w Czechach. Zarabiają tam wprawdzie mniej niż na Zachodzie, ale przynajmniej są w domu. Nie ma za to bariery językowej, a i mentalność jest podobna. Teraz wszędzie zrobiło się blisko.
W domu położonym na przeciwległym brzegu rzeki, w Opavicach, od końca lat 40. mieszka Stanislav Huml, który - jak sam przyznaje - ani razu nie odważył się na nielegalne przejście do polskiej części wsi.
- Ja na polskiej stronie nie bywałem, ale niektórzy z moich kolegów chodzili tam na randki. To było w latach 50. Kilku z nich przyłapano i na parę tygodni przymusowo odesłano do pracy przy odbudowie Warszawy. Szpicli było wtedy pełno po obu stronach granicy.
Żołnierz w każdym krzaku Nawet w czasach komunizmu, przejeżdżając samochodem przez Velké Kun'tice, można było nie zauważyć, że
domy po północnej stronie szosy znajdują się już w Polsce. Dawny Gross Kunzendorf ma zwartą zabudowę, choć jego północna część nazywa się dziś Sławniowice i leży w powiecie nyskim, w Rzeczypospolitej Polskiej, a południowa to Velké Kun'tice, w powiecie jesenickim, w Republice Czeskiej. Także tutaj granica pojawiła się po raz pierwszy w połowie XVIII w., ale aż do czasów "socjalistycznego braterstwa" nie było większych problemów z jej przekraczaniem. Po 1945 roku nastąpiła tu całkowita wymiana ludności. Polaków i Czechów, którzy w miejsce wypędzonych Niemców osiedlili się w obu częściach wsi, oddzielił od siebie pas zaoranej ziemi, graniczna siatka i wszechobecne patrole wojskowe.
Przy jednym z domów po czeskiej stronie drogi krząta się mężczyzna koło pięćdziesiątki. Zagadnięty o życie na granicy z uśmiechem wspomina "przestępstwo", jakiego dopuścił się przed kilkunastu laty: - Wyjeżdżając samochodem z garażu, naruszyłem granicę państwową, bo łąka po drugiej stronie ulicy to już Polska. W zaoranym pasie zostały ślady opon. Od grzywny nie udało mi się wywinąć.
Anna Cokot od połowy lat 60. mieszka w domu, który znajduje się wprawdzie w polskich Sławniowicach, ale frontową stroną zwrócony jest ku czeskiej ulicy. - Za komuny pod domem ciągle kręcili się jacyś mundurowi; bywało naprawdę nerwowo. Między zwykłymi ludźmi nie było konfliktów, ale od wielkiej polityki czasem nie dawało się uciec. Pamiętam sierpień 1968 r. Byłam w polu, kiedy usłyszałam, że Czeszki pracujące po drugiej stronie granicy krzyczą w moją stronę, że polskie wojsko idzie na Pragę. Uwierzyłam w to, dopiero kiedy parę godzin później zobaczyłam nasze helikoptery lecące na południe. Zrobiła się naprawdę wojenna atmosfera. Polscy wopiści wychodzili na patrole w pełnym uzbrojeniu, a w miejsce czechosłowackich pograniczników pojawili się radzieccy żołnierze. W latach 70. i 80. też nie było tu spokoju. W każdym krzaku krył się jakiś żołnierz. Do tego po czechosłowackiej stronie, czyli pod naszymi oknami, ciągle jeździły ruskie transporty wojskowe.
WOP wiele razy upominał mnie, że mam nie rozmawiać z Czechami. Ale jak tu nie rozmawiać z sąsiadami z domów oddalonych o kilkanaście metrów. My już wtedy się przyjaźniliśmy!
Jak jest dziś? Po Schengen granica stała się bezpańska. Czeska policja pojawia się tu bardzo rzadko, nasza straż graniczna trochę częściej. Droga biegnąca przez Sławniowice była do grudnia ubiegłego roku spokojną ulicą kończącą się na granicznych zaporach. Dzieci mogły bez najmniejszych obaw jeździć po niej na rowerach i na rolkach. Teraz jest to przelotowa ulica z ruchliwym skrzyżowaniem tuż za granicą. Z drugiej jednak strony dzieci mają teraz fajnie: kiedy do Kun'tic przyjeżdża lodziarz, biegnie tam cała gromadka dzieciaków z naszej strony. Kiedy z kolei samochód z lodami pojawia się w Sławniowicach, czeskie dzieci pędzą do nas. Przed Schengen mieliśmy tu wprawdzie przejście małego ruchu granicznego, ale w praktyce nie wolno było przez nie nic przenosić. Dziś zakupy robi się albo po jednej, albo po drugiej stronie. W obu częściach wsi można płacić i w złotówkach, i w koronach. Teraz naprawdę czuć, że Sławniowice i Kun'tice to jedna miejscowość.
Poziomki na torach Od kiedy zniknął szlaban, trudno się zorientować, gdzie kończą się polskie Dziewiętlice, a gdzie zaczynają czeskie Bernartice. To kolejny przykład zrośniętych ze sobą nadgranicznych wsi. Iwona Ząbek mieszkała w Dziewiętlicach prawie przez 20 lat, przy czym były to czasy, w których o swobodnym odwiedzaniu sąsiedniej miejscowości można było myśleć jedynie w kategoriach science fiction.
- Mój pierwszy kontakt z czeskimi rówieśnikami to wczesne lata 80., miałam wtedy około dziesięciu lat. Przerzucaliśmy sobie przez granicę cukierki: my im polskie, oni nam czeskie. Nie mogliśmy ani do siebie podejść, ani nawet podać sobie rąk, bo ziemia wzdłuż granicy na szerokości kilku metrów była zaorana.
Wieczorami z okna mojego pokoju często patrzyłam na światła Vidnavy, czeskiego miasteczka oddalonego o parę kilometrów. Zastanawiałam się, jak tam jest i czy w ogóle kiedyś je odwiedzę. W połowie lat 80. wydawało się to mało realne, bo do Czechosłowacji jeździło się tylko na zaproszenia. Miałam wrażenie, jakby od tamtych miejsc oddzielały nas jakieś przezroczyste, ale szczelnie zamknięte drzwi.
Im byłam starsza, tym częściej zauważałam, że hermetyczne oddzielenie Dziewiętlic i Bernartic jest całkowicie sztuczne. Zbierając kiedyś na granicy poziomki, odkryłam, że rosną one na starych torach kolejowych. Dawniej, za niemieckich czasów, między naszymi miejscowościami kursowały pociągi. Właśnie te tory, które później całkowicie zdemontowano, stały się dla mnie symbolem braku normalności.
Podróżując w latach 90. po Europie Zachodniej, nie myślałam, że przekraczanie granic będzie u nas kiedyś wyglądało tak jak między Francją a Hiszpanią czy Francją i Niemcami. Chociaż mieszkam teraz w Londynie, Schengen jest dla mnie w pewnym sensie spełnieniem marzeń. Czasem zastanawiam się, jak potoczyłoby się moje życie, gdyby upadek komunizmu i Schengen wydarzyły się kilkanaście lat wcześniej. Może nauczyłabym się wtedy czeskiego i skończyłabym w Czechach
studia? Co czułam, przechodząc po raz pierwszy po 21 grudnia z Dziewiętlic do Bernartic? Że dopiero teraz nastąpiła normalność. Miarą wolności był dla mnie zawsze stopień przepuszczalności tej granicy. Dlatego uważam, ze Schengen to prawdziwa wolność.
*Dawid Smolorz, ur. 1971, tłumacz, autor projektów z zakresu historii Górnego Śląska i stosunków polsko-niemieckich