70 procent wykorzystujących seksualnie nieletnich, to nie ludzie chorzy, tylko na przykład głęboko zdemoralizowani. Tak zapewne jest w przypadku Krzysztofa B. zwanego "potworem z Siemiatycz". Takie osoby nie kwalifikują się ani do kastracji, ani do leczenia.
Z nimi ciągle nie robi się w naszych więzieniach nic i wygląda na to, że premier o nich znowu zapomina.
Kilka lat temu przyglądałam się programowi terapii przestępców seksualnych STOP w więzieniu w Peterhead na północy Szkocji. Siedzą tam nie tylko osoby molestujące dzieci, ale także pospolici gwałciciele i mordercy na tle seksualnym.
Ci, którzy przystąpili do STOP, przez dziewięć miesięcy poddawani są inwazyjnemu do bólu budzeniu zdolności empatycznych i prostowaniu skrzywionego myślenia o tym, co jest OK, a co nie.
W Szkocji Krzysztof B. podczas 80 sesji w grupach musiałby na przykład wciąż od nowa odgrywać sceny gwałcenia swojej córki. Musiałby wcielać się w tych scenach w rolę córki, potem w rolę żony podsłuchującej za ścianą, musiałby patrzeć na swój czyn oczami swojej mamy, babci, dawnej pani z podstawówki.
Musiałby stać się swoją córką teraz i opowiadać moderatorowi o tym, co czuje do ojca i do matki, a potem przeistoczyć się w córkę za dwadzieścia lat, a na koniec jeszcze wejść w skórę człowieka, który kiedyś zostanie jej mężem. Musiałby pisać do córki i do ich wspólnych dzieci listy na różnych etapach formowania swojego "nowego ja".
Twórca STOP Kanadyjczyk Robert Ross wyszedł z założenia, że w przestępcy seksualnym należy przede wszystkim uruchomić proces myślenia. Jego program nie leczy ze skłonności, ale wyposaża przestępcę w świadomość i system strategii, które mają powstrzymać go przed powrotem do procederu.
Kosztuje niewiele. Wystarczy papier, flamastry, tablica. W Szkocji seksuolodzy i psychiatrzy też nie garną się do pracy w więzieniu. Moderatorzy STOP to psycholog plus zespół wyselekcjonowanych i przeszkolonych wolontariuszy, kuratorów społecznych i strażników więziennych. Najważniejsza jest intuicja i postępowanie ściśle według podręcznika.
Podobnej terapii więzień podda się chętniej niż kastracji. Choćby po to, by zabić więzienną nudę.
Pewnie, że nie zawsze to pomoże, ale na pewno nie zaszkodzi. Więc może warto. Skoro i tak najpóźniej po 12 latach musimy ich wypuścić na wolność.