Wokół scenariusza filmu "Tajemnica Westerplatte" rozgorzała dyskusja, w jakim stopniu rządzący mają prawo wpływać na treść filmów współfinansowanych przez państwo.
Scenariusz przedstawia także ciemne strony historii o
Westerplatte. Polski Instytut Sztuki Filmowej zastanawia się, czy cofnąć dofinansowanie, bo politycy PO uznali, że scenariusz jest "sprzeczny z polską racją stanu". Minister kultury
Bogdan Zdrojewski powiedział, że władza publiczna musi szanować polską wrażliwość na wydarzenia historyczne.
Takie tłumaczenie to wstęp do cenzury. Czy jednak państwo powinno dotować filmy, które przedstawiają historię w sposób zafałszowany? Nie oceniam samego filmu. Inaczej niż Roman Pawłowski uważam jednak, że minister ma prawo zapytać historyków, czy prawdą jest, że dezerterzy byli na Westerplatte rozstrzeliwani. A jak zareagowalibyśmy na decyzję Instytutu o dotacji dla filmu o Wałęsie, którego scenariusz oparto by na relacjach Anny Walentynowicz i Andrzeja Gwiazdy?
O dotacjach powinni decydować eksperci. Jeżeli historycy stwierdziliby, że nie ma żadnych poważnych źródeł, które uprawdopodobniałyby scenariusz, to jego autorzy powinni szukać wsparcia finansowego gdzie indziej.
W wielu przypadkach i eksperci mogliby mieć różne zdania na temat scenariusza, ale wtedy władze Instytutu muszą rozstrzygnąć wątpliwości i wziąć na siebie odpowiedzialność. Jeśli choćby część znawców tematu uważa, że scenariusz nie fałszuje historii i na dodatek jest ciekawy pod względem artystycznym, to jak najbardziej pieniądze powinny być przyznane.
Jedno jest pewne - decyzję powinni podejmować historycy i artyści, a nie politycy.