Uderzająca jest długowieczność prawa prasowego. Korzenie ustawy uchwalonej w 1984 r. tkwią - paradoksalnie - w okresie pierwszej "Solidarności". Środowisko dziennikarskie domagało się wówczas zmiany ustawy o cenzurze i prawa prasowego. Na pierwszy ogień, jako pilniejsza poszła ustawa o cenzurze. Władze przeciągały sprawę, ustawa została uchwalona dopiero 31 lipca 1981 r. i weszła w życie 1 października. Dwa i pół miesiąca później ogłoszono stan wojenny. Rząd Jaruzelskiego zmienił uchwalone w 1981 r. prawo prasowe, już bez udziału strony społecznej.
Po 1989 r. prawo prasowe zostało znowelizowane w kilku istotnych punktach, przede wszystkim wprowadzono warunek sądowej rejestracji tytułu prasowego zamiast koncesji administracyjnych. Powstało kilka społecznych projektów. Odbyło się wiele debat z politykami. Wszystko na nic. Choć prawo prasowe to ustawa, która ma charakter ustrojowy. Dotyczy bowiem konstytucyjnych swobód - wolności słowa i prasy, prawa do krytyki władzy.
Czyżby kagańcowa ustawa z 1984 r. dobrze służyła wolnej Polsce? Czyżby autorzy w mundurach byli tak liberalni, że stworzyli ponadczasowe dzieło? A może demokratyczni politycy w skrytości ducha podzielają tamtą chęć trzymania dziennikarzy na krótkiej smyczy?
Kiedy przedmiotem dyskusji są kwestie ustrojowe, konstytucjonaliści pytają, czy moment historyczny sprzyja pisaniu ustawy. Nowemu prawu prasowemu sprzyjały reformatorskie rządy Mazowieckiego, Buzka i Belki. Nie sprzyjały "kanclerskie" rządy Millera i Kaczyńskiego. Ciarki po plecach chodziły, gdy w 2006 r. projekt prawa pasowego został wpisany do paktu stabilizacyjnego.
Samoobrona żądała, by procesy przeciwko prasie kończyły się w ciągu tygodnia. LPR domagała się kar dla wydawców sięgających tysiąckrotności najniższej płacy. "W Polsce nie powinno się żadnych gazet zamykać, choć bez niektórych gazet świat mógłby być lepszy", rozmarzył się w czasie konferencji prasowej Roman Giertych. Autorski projekt prawa prasowego sporządził także Jacek Kurski. Proces sądowy "to powinna być szybka piłka", deklarował.
Dziś mamy chwilową być może szansę, aby niemożliwe stało się możliwe, by fundamentalne wolności otrzymały nowoczesne oprzyrządowanie. Choć, przyznajmy, finał pracy nad ustawą dotyczącą
radia i TV studzi nadmierny optymizm.
Prawo do błędu Bezczynność polityków nie oznacza, że prawo mediów nie zmieniało się po roku 1989. Życie oraz wolnościowe aspiracje obywateli wymuszały zmiany, tyle że dokonywały się one nie drogą parlamentarną, ale sądową. Wyroki sądów, recepcja orzecznictwa Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu i - co najważniejsze - wyroki Trybunału Konstytucyjnego poszerzyły przestrzeń wolności słowa i ograniczyły państwową kontrolę nad mediami.
To dzięki wyrokowi TK z 2004 r. przestaliśmy być karani za skomentowanie sprostowania w tym samym numerze gazety. Dzięki wyrokowi TK z 11 maja 2008 r. zostały przypiłowane zęby artykułowi 212 k.k., który przewiduje dwa lata więzienia za zniesławienie tekstem prasowym. Trybunał uznał, że przestane jest żądanie, by dziennikarze publikowali wyłącznie prawdę. Zdaniem sędziów wystarczy, by dochowali należytej staranności i rzetelności przy zbieraniu materiałów, do czego zobowiązuje nas art. 12 prawa prasowego.
Kodeks karny odbierał nam prawo do błędu, Trybunał nam to prawo przyznał. Wymaganie publikowania wyłącznie prawdziwych informacji prowadzi bowiem nieuchronnie do autocenzury. A ona godzi w demokrację. Lepiej jest, by osoba publiczna została skrzywdzona nieprawdziwą informacją, niżby reporter miał się powstrzymać przed opublikowaniem starannie zweryfikowanej wiadomości. Kto wychodzi z cienia prywatności, ten musi ponieść ryzyko swego wyboru. John Stuart Mill głosił, że nawet opinie całkowicie błędne są przydatne w obiegu myśli, gdyż dzięki nim poglądy słuszne akceptowane są w sposób racjonalny. Ta prawda z trudem dociera do naszej klasy politycznej. Wielu jest polityków dotkniętych nieprawdziwymi newsami. Prace nad prawem prasowym pokażą, czy - w imię demokracji - wzniosą się ponad swe, niekiedy uzasadnione, urazy.
Wymaganie publikowania wyłącznie prawdziwych informacji prowadzi do autocenzury. A ona godzi w demokrację. Lepiej jest, by osoba publiczna została skrzywdzona nieprawdziwą informacją, niżby reporter miał się powstrzymać przed opublikowaniem starannie zweryfikowanej wiadomości
Poseł redaktorem? Do rządu wpłynęły projekty prawa prasowego: Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, klubu parlamentarnego PiS oraz - najmniej kontrowersyjny - Izby Wydawców Prasy. Uderza tu absencja polityków liberalnych.
W projekcie PiS manifestacyjna jest niechęć wobec mediów. Jego autorzy chcą, by politycy mieli prawo do redagowania gazety. Nie wystarcza im możliwość sprostowania błędnej informacji. Chcą, by gazety musiały publikować, nie krótki, "rzeczowy i odnoszący się do faktów" tekst, ale obszerną odpowiedź. Jej autor miałby prawo odnieść się nie tylko do faktów, ale i ocen zawartych w dziennikarskim tekście. Posłowie PiS chcą również ograniczyć prawo redaktora naczelnego do odmowy wydrukowania odpowiedzi. Domagają się przyspieszonego trybu rozpoznania spraw przeciwko gazetom. Posłowie PiS chyba zapominają, że politycy są grupą uprzywilejowaną w dostępie do opinii publicznej. Jeśli polityk zostanie skrzywdzony nieprawdziwą informacją, może zwołać konferencję prasową i publicznie wylać swe żale. Konkurencyjne gazety opiszą wpadkę kolegów. Mając taką "armatę", po jakie licho politykom marzy się redagowanie gazet?
Ciepłe słowo należy się natomiast projektowi PiS za chęć wykreślenia z kodeksu karnego art. 212 i skierowanie spraw dotyczących naruszenia dóbr osobistych na drogę postępowania cywilnego. Zwłaszcza że minister Ćwiąkalski obiecuje nam jedynie likwidację kary więzienia za zniesławienie. W projekcie PiS ważne jest również określenie górnej granicy dla zadośćuczynienia. Dziś sądy orzekają już blisko 100 tysięcy zł za pokazanie biustu aktorki bez jej zgody. Biustu, który sama wystawia na widok publiczny na egipskiej plaży.
Pisać może każdy Zagrożenie dla wolnościowej ustawy płynie nie tylko ze strony polityków, ale także części środowiska dziennikarskiego. W projekcie SDP wraca pomysł, by ograniczyć dostęp do zawodu. Argumenty na pozór są silne. Dziś dziennikarzem może być każdy. By napisać komentarz, nie trzeba mieć nawet matury. Każdy może wysłać list do gazety, a gazeta może mu ten list opublikować. I to bez podania nazwiska. Taka sytuacja, owszem, zwiększa ryzyko nieodpowiedzialności, gdyż uruchamia konkurencję podobną do tej, jaką mamy na rynku radiotaxi. Organizacje dziennikarskie podpatrują adwokatów i korci je, by przymknąć drzwi przed słabo wykształconą i agresywną młodzieżą.
SDP proponuje, by dziennikarzem mógł być ktoś, kto ma co najmniej licencjat. Chce podzielić dziennikarzy na licencjonowanych (goły licencjat) i zawodowych (licencjat plus cztery lata twórczej pracy w zawodzie). Wzoruje się na rozwiązaniach, które funkcjonują we Włoszech i Francji. We Francji amatora od zawodowca odróżnia karta prasowa, która jest odnawiana co roku. We Włoszech warunkiem uprawiania zawodu jest wpis na odpowiednią listę. Pamiętajmy jednak, że te przepisy pochodzą z odległych już czasów.
Przy wszystkich zastrzeżeniach do jakości i odpowiedzialności naszego środowiska lękam się przymykania drzwi do zawodu. Nasz zawód musi być otwarty i konkurencyjny, gdyż tego wymaga swoboda debaty publicznej. Każdy powinien mieć prawo do zabrania głosu, choć oczywiście nie każdy tekst musi być opublikowany. Pamiętajmy także, że przenosimy się z papieru do internetu, gdzie nikt nikomu licencjatu nie sprawdzi. Tu nie Chiny.
Liberałowie, do dzieła Projekty zgodnie utrzymują wymóg autoryzacji. To jest rozwiązanie archaiczne. Punkt ciężkości z prasy przesunął się do mediów elektronicznych, gdzie wypowiedzi są niemal wyłącznie na żywo. Powiedzenie kilku słów za dużo w wywiadzie prasowym ma się nijak do wpadki na oczach wielomilionowej widowni. Można zrozumieć co najwyżej wymóg autoryzacji wypowiedzi eksperckich i osób prywatnych. Z chwilą kiedy dziennikarz się przedstawi, rozmówca ma świadomość, że rozmowa jest publiczna. Jeśli chce jej uniknąć, może skorzystać z formuły "off the record". Nadto o pomstę do nieba woła karanie za brak autoryzacji. A zatem, autoryzacja do kosza!
Mądrej regulacji wymaga rozgraniczenie tego, co w internecie jest prasą, a co nie jest. Absurdem była niedawna decyzja, że tytułem prasowym są codziennie aktualizowane strony MSWiA. Choć nie jest absurdem przyznanie praw dziennikarskich tym, których gazety nie mają papierowej wersji. Internetowa prasa może stać się ważnym narzędziem kontroli nad samorządowymi władzami.
Oczekuję również, że prawo prasowe wskaże warunki, w jakich dopuszczalna jest prowokacja dziennikarska. Reporterzy TVN byli niedawno ścigani przez prokuratora, gdyż w banku posłużyli się sfałszowanym dowodem osobistym kupionym bez trudu na Stadionie Dziesięciolecia. Choć działali w interesie publicznym, to dopiero sąd umorzył sprawę.
Pora wykreślić z prawa prasowego obowiązek ukrywania nazwiska i twarzy osób publicznych, przeciwko którym toczy się śledztwo lub sprawa sądowa. Absurdalna jest sytuacja, kiedy z dnia na dzień minister sportu Lipiec staje się podejrzanym, czyli byłym ministrem L. Kto działa publicznie, ten także publicznie powinien być sądzony.
Złudne jest przekonanie, że w demokratycznym państwie nie ma zagrożeń. Owszem, nie ma takich, jakie pamiętamy z komunizmu (cenzura i koncesje prasowe, przydział papieru, dostęp do drukarni i kolportażu). Zamiast nich pojawiają się stare zagrożenia w nowej formie, korporacyjne zabiegi światka dziennikarskiego oraz nieznane wcześniej problemy - komercjalizacja mediów, internet, otwarcie polskiego rynku dla zagranicznych inwestorów, jego koncentracja etc.
Ważniejszy od szczegółowych rozwiązań jest duch prawa. Dlatego od liberalnego rządu oczekuję liberalnej ustawy prasowej. Ustawy emerytalna i zdrowotna natrafiają na opór materii, dlatego idee muszą ścierpieć kompromis. W prawie prasowym przeszkody tkwią jedynie w głowach posłów. Nowe prawo pokaże, z kim mamy do czynienia w naszej polityce - z mężami stanu, którzy piszą ustawy dla następnego pokolenia, czy też z politykami, których wyobraźnia sięga najbliższych wyborów.
"Lepiej nie mieć parlamentu, niż być pozbawionym wolności prasy. Lepiej zrezygnować z odpowiedzialności ministrów i Habeas Corpus Act, z prawa ustanowienia podatku, niż z wolności prasy, dlatego że ta wolność ostatecznie wyrówna stratę tamtych" - pisał angielski wig Richard B. Sheridan dwieście lat temu. Czy dziś w Sejmie ktoś powtórzy jego słowa?
*Maciej Łętowski wykłada prawo prasowe i autorskie na KUL, wcześniej był dyrektorem Informacyjnej Agencji Radiowej i Programu dla Zagranicy Polskiego Radia