http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Moi przyjaciele z WZZ

Jan Lityński*
2008-09-12, ostatnia aktualizacja 2008-09-12 14:41

Pod koniec kwietnia 1978 r. przyjechał do mnie Krzysztof Wyszkowski. Nie znałem go, chociaż wiedziałem, że jest znajomym Borusewicza. Twierdził, że w Gdańsku trzeba koniecznie założyć wolne związki zawodowe - o powstaniu WZZ na Wybrzeżu opowiada Jan Lityński

Jan Lityński
Fot. Cezary Aszkiełowicz / AG
Jan Lityński
ZOBACZ TAKŻE
Krzysztof był stolarzem, wykazywał niezwykłe oczytanie i dużą trzeźwość sądów. Zrobił na mnie wrażenie entuzjazmem i przekonaniem do swojego pomysłu. W pierwszej chwili zawahałem się.

Dotychczasowe doświadczenia nie były najlepsze. Przed kilkoma tygodniami Kazimierz Świtoń, uczestnik głodówki w maju 1977 roku, założył Komitet Wolnych Związków Zawodowych na Śląsku. Represje posypały się natychmiast. Obiektami ataku SB stali się i Świtoń, i drugi sygnatariusz Władysław Sulecki. W przeciwieństwie do zamkniętego w sobie rzemieślnika Świtonia Władek był człowiekiem otwartym, lubił dużo mówić i miał autentyczny mir wśród górników. Poznaliśmy go, gdy w 1976 roku przyjechał do Jacka Kuronia z kilkuset podpisami popierającymi akcję obrony robotników prowadzoną przez KOR.

Po wstąpieniu do WZZ represje i nękania Władka przybrały rozmiary niesłychane. Próbowaliśmy się z nim porozumieć. Jednak ktokolwiek chciał wejść do jego mieszkania, był zatrzymywany na 48 godzin. Esbecy odprowadzali go do pracy i z pracy, pod drzwiami mieszkania zostawiali ekskrementy, straszyli córki. Nachodzili też jego żonę, Ślązaczkę, która rok później postawiła ultimatum - wyjazd do Niemiec. Władek, nie chcąc tracić rodziny, wyjechał. Straciliśmy w ten sposób nie tylko członka redakcji "Robotnika", który regularnie dostarczał nam informacje ze Śląska, lecz i przyjaciela. Szczególnie odczuł to Heniek Wujec, który od początku utrzymywał z Władkiem bliskie kontakty.

Akcja w obronie Świtonia

Podobnie traktowano Świtonia, który został pobity na ulicy, zatrzymany i skazany na 5 tygodni aresztu. Wspólnie z Biurem Interwencyjnym KOR-u prowadzonym przez Zosię i Zbyszka Romaszewskich "Robotnik" zorganizował akcję w obronie Świtonia. Działała jak nakręcona machina. Na Śląsk jechali współpracownicy KOR z Warszawy, studenci ze Studenckich Komitetów Solidarności z Krakowa i Wrocławia, kilkudziesięciu ludzi rozrzucających ulotki informujące o powstaniu WZZ i represjach. Ci, których SB złapało, byli bici i przetrzymywani w aresztach.

Jacek Kuroń przesyłał poprzez małżeństwa Smolarów w Londynie i Paryżu informacje zarówno o zatrzymaniach, jak i o akcji ulotkowej. Informacje te wracały do Polski podawane przez radio Wolna Europa, polską sekcję BBC czy Głos Ameryki. Liczyliśmy też, że to wymusi na władzy, której zależało na dobrej opinii na Zachodzie, złagodzenie prześladowań.

Początek roku 1978 był to okres nasilonych represji. Próby wyjazdu do innego miasta często kończyły się 48-godzinnym aresztem. W lutym Bogdan Borusewicz razem ze Staszkiem Śmiglem zostali w Chełmży skazani na kilka tygodni aresztu. Trochę tak, jakby władza odreagowywała lipcową amnestię z '77 roku, kiedy wypuszczono z więzienia i nas, i robotników skazanych po czerwcu 1976 r.

Organizacja "Robotnik"

Prześladowania na Śląsku trwały, gdy Wyszkowski pojawił się w Warszawie. Przyjechał do mnie, byłem bowiem w redakcji "Robotnika". Od powstania we wrześniu 1977 roku "Robotnik" był pismem nastawionym na tworzenie wolnych związków zawodowych. Unikaliśmy tej nazwy z obawy, że robotnikom będzie się kojarzyła z przymusowymi oficjalnymi związkami, skądinąd bardzo nielubianymi przez robotników.

Jednakże Śląsk stworzył fakt dokonany. Było oczywiste, że to właśnie wolne związki winny stać się symbolem niezależnej reprezentacji robotniczej. "Robotnik" wychodził już wówczas w nakładzie kilku tysięcy egzemplarzy i docierał do co najmniej kilkunastu miast. Mieliśmy bardzo dobre informacje, które przywozili nam kolporterzy pisma. Był więc "Robotnik" zarówno pismem, jak i organizacją.

Argumentacja Krzysztofa była prosta. Na Wybrzeżu na pewno powstaną wolne związki. Dobrze by stały się one częścią ruchu KOR-owskiego, bowiem Bogdan Borusewicz i tak organizuje środowiska robotnicze, kolportuje "Robotnika" i na pewno włączy się w tego typu działania. Bez "Robotnika" - dodawał - WZZ będzie fasadową instytucją.

Brzmiało to atrakcyjnie. Po raz pierwszy mielibyśmy do czynienia z organizacją robotniczą, i to w dodatku w Gdańsku, na Wybrzeżu, gdzie ciągle obecna była pamięć o Grudniu 1970 r.

Z drugiej strony widoczna była słabość propozycji. Zaledwie 3 ludzi - obok Krzysztofa mieli to być Andrzej Gwiazda, inżynier z Elmoru, oraz Antoni Sokołowski, robotnik wyrzucony ze Stoczni po strajku w czerwcu 1976 roku.

Jednak taki zestaw był interesujący. Sokołowski to było dotarcie do Stoczni, zaś Gwiazda dawał szanse przełamania "klasowego" podziału PRL-owskiego, gdzie robotnicy nie mieli żadnych kontaktów z kadrą techniczną, często wykorzystywaną przez SB do ich nękania i prześladowania. Dotychczas jedynym współpracownikiem "Robotnika" z kadry technicznej był inżynier Franciszek Grabczyk z Nowej Huty.

Tak więc w mojej ocenie plusy przeważały. Dodatkowym argumentem było to, że na Wybrzeżu obok Bogdana działała powiązana z Ruchem Obrony Praw Człowieka i Obywatela - ROPCiO - grupa młodych ludzi pod przywództwem Olka Hala wydająca pismo "Bratniak", myśląca kategoriami nowoczesnej prawicy. Stwarzało to szanse, że w przypadku represji środowisko gdańskie będzie w stanie się bronić.

Deklaracja na 1 maja

Z takim przekonaniem pojechaliśmy do Heńka i Ludki Wujców, ściągając po drodze Helenę i Witka Łuczywów, czyli trzon redakcji "Robotnika". Moi przyjaciele byli bardziej sceptyczni ode mnie. Zwracali głównie uwagę na nieuchronność represji i brak przygotowania. Proponowali nieco poczekać. Jednak my uważaliśmy, że dobrze jest połączyć powstanie Komitetu z nadchodzącym 1 maja. W ten sposób zaatakujemy kolejny symbol PRL-owskiej propagandy.

Wezwałem jeszcze Jacka Kuronia, chociaż tu pamięć nieco zawodzi, być może z Jackiem spotkaliśmy się przedtem. W każdym razie Jacek poparł ideę, o czym znając go, byłem z góry przekonany. To przeważyło.

Z ostrożności zaproponowałem, żeby z powodu małej liczby członków do Komitetu dodać przymiotnik "założycielski". Krzysztof natychmiast zgodził się. Pozostało napisać deklarację. Jako "etatowy pisarz" deklaracji omówiłem treść z Krzysztofem i tak powstał ten tekst.

"Ruch związkowy w Polsce przestał istnieć ponad 30 lat temu. Likwidacja PPS, PSL i innych niezależnych reprezentacji społecznych przy dokonanej w 1947 roku centralizacji związków zawodowych doprowadziła do przekształcenia ich w przedstawiciela monopolistycznego pracodawcy, a nie pracowników. PZPR uczyniła działalność związków zawodowych przedłużeniem swej struktury i posłusznym narzędziem zorganizowanego wyzysku wszystkich warstw społecznych. [...] Dziś, w przededniu 1 Maja, święta od ponad 80 lat symbolizującego walkę o prawa robotnicze, powołujemy Komitet Założycielski Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża. [...] WZZ deklarują swą pomoc i opiekę wszystkim pracownikom bez różnicy przekonań czy kwalifikacji".

  • 5 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':