Przyjazd ministra Siergieja Ławrowa przygotowywano od dawna. Pomysł zrodził się zaraz po wizycie premiera Donalda Tuska w Moskwie w lutym, kiedy wszyscy mówili o ociepleniu (bądź też odmrożeniu) stosunków polsko-rosyjskich. Ale od tego czasu wiele się zmieniło.
Rosja najechała Gruzję, co Polska potępiła. Warszawa podpisała z
USA umowę o budowie u nas wyrzutni antyrakiet, czym naraziła się na krytykę i groźby Moskwy.
Polska wraz z kilkoma innymi stolicami europejskimi naciskała na zwołanie niedawnego szczytu Unii, który potępił działania Rosji na Kaukazie i zamroził z nią rozmowy o umowie o współpracy i partnerstwie. Polska wreszcie usilnie zabiegała, by zażegnać podziały w Unii, które od dawna były rozgrywane przez rosyjską dyplomację.
Choć od kilku tygodni rosyjska prasa spekulowała, że Ławrow "za karę" odwoła przyjazd, to jednak dziś siada do stołu z polskim ministrem i premierem. To wyraźny sygnał, że Rosja ma coś w Polsce do ugrania. I że Ławrow będzie chciał zademonstrować Europie mniej więcej to, co w listopadzie 1914 roku powiedział w ratuszu londyńskim Winston Churchill: "business as usual" - czyli "interesy jak zwykle" bez względu na toczącą się wojnę...
Nie ma wątpliwości, że Radosława Sikorskiego czeka dziś trudna rozmowa. Kto wie, czy nie najtrudniejsza i najważniejsza w jego karierze ministra spraw zagranicznych. Naprzeciw niego usiądzie bowiem nie tylko doświadczony dyplomata, ale i przedstawiciel mocarstwa, które interweniowało w Gruzji, by bronić swej strefy wpływów, i które straszy nas rakietami. To wystarczy, by się na Ławrowa obrazić albo przed rozmową spocić się ze strachu. Oba te podejścia nie są właściwe - najskuteczniejsze wobec Rosji mogą być spokój i rzeczowa rozmowa. Ale spokój nie oznacza zrozumienia dla tego, co Rosjanie zrobili w Gruzji.
Sikorski powinien bez zbędnych emocji, ale stanowczo, powiedzieć, że "business" wcale nie jest taki "usual". Że Rosja zrobiła coś, czego nie powinna. I że w XXI wieku myślenie kategoriami stref wpływów ("uprzywilejowanych interesów", jak pisze Ławrow obok), oraz kierowanie się urażoną dumą Rosji, jako państwa quasi-kolonialnego, które utraciło swe kolonie, jest nie tylko niezrozumiałe, ale i dziwaczne, nie mówiąc już o szkodliwości dla niej samej.
Polscy politycy i eksperci, którzy znają się na Rosji, boleją nad tym, że polska polityka wobec niej podszyta jest strachem. Nawet w wielkiej niechęci do Rosji i ostrych oświadczeniach prezydenta Lecha Kaczyńskiego czuć podskórnie obawy. Tymczasem im bardziej straszy nas Rosja, tym mniej powinniśmy się jej bać. Bo to Polska jest po bezpiecznej stronie świata - w Unii Europejskiej, w NATO. I choć obie te organizacje przechodzą przemiany (żeby nie powiedzieć kryzys), to stoi do nich długa kolejka narodów.
Do Rosji zaś długa kolejka nie stoi. Poza Abchazami i Osetyńczykami, którzy autentycznie cieszyli się z powrotu na rosyjskie (radzieckie) łono, nie ma narodów z b. ZSRR, które wiwatowałyby po wkroczeniu do ich krajów rosyjskich czołgów.
To Rosjanie mają kłopoty gospodarcze, a nie my. I rosyjska giełda pikuje, podczas gdy nasza zachowuje się jak inne na świecie. Jeśli polscy politycy przestaną bać się Rosji, będzie to większy sukces niż np. odblokowanie przez Rosjan żeglugi na Zalewie Wiślanym. Traktowanie Rosji jak każdego innego kraju jest kluczem do normalizacji stosunków, które od dawna (jeśli nie od zawsze) nie były normalne.